Android w smartfonie kusi producenta do zniewalania klienta, ale koronawirus nieco tu namiesza

Opisy OS z zielonym ludzikiem wyraźnie wskazują, jaka jest strategia Google, by konkurować z Windows. W oczach urzędników marketingu jest ona z całą pewnością bardzo innowacyjna, ale jak to jest dla nas w praktyce? Opisy wyglądają na kalki z materiałów marketingowych i są powielane w najróżniejszy sposób w wielu miejscach w Internecie. Ich przekaz jest podobny i mieści się w tych dwóch zacytowanych zdaniach.


Android to jeden z pierwszych i najpopularniejszych systemów otwartych na świecie. Zawdzięcza to m.in. niemalże nieograniczonym możliwościom modyfikowania oprogramowania, czego efektem jest wiele wersji systemu rozwijanych przez niezależnych twórców

Androida obserwowałem wcześniej tylko z perspektywy techniki, a jego reklamę traktowałem, jak zwykłą działalność marketingową. Na produkcję smartfonów w Chinach spojrzałem realniej w związku z blokadą dostaw i spadkami na światowych giełdach, które spowodował wirus Korona. Uzależniony od producentów w Chinach jest także dynamicznie rozwijający się rynek komputerów osobistych. Niemniej jeszcze groźniej będzie, gdy całkowicie uzależnieni od niego staną się użytkownicy. Chiny mogą postawić warunki, które nie będą do zaakceptowania i wiele osób zostanie przez to "na lodzie" ze swoimi smartfonami, których obsługi nie zdążyli się jeszcze nauczyć, ale nadal są niespłacone, co utrudnia zakup nowego.

W całości zrozumiałem ten temat dopiero w trakcie poszukiwania prostych opisów dla posiadaczy urządzeń, które są hybrydą telefonu i komputera. O efektywniejsze korzystanie z nich zagadują mnie znajomi, których mogę odsyłać tylko do Internetu. Mam świadomość, że to brzmi niegrzecznie, ale ten temat jest bez dna. Szkoda mi czasu na poznawanie tajników poszczególnych dystrybucji Androida, bo wystarcza mi bałagan z PC po aktualizacjach Windows 10. Pomyślałem jednak, że skierowanie znajomych do jakieś strony zabrzmi grzeczniej. Rozważałem zrobić względnie logiczną stronę z adekwatnymi odsyłaczami. Potrzebowałem tylko zrozumieć istotę problemu, z którym borykają się znajomi.

Cofnięcie się do źródeł komputerów osobistych pozwoli lepiej zrozumieć obecną sytuację. Stworzony przez Microsoft system operacyjny powstał dla bardzo konkretnej platformy zaprezentowanej przez IBM. Nawiązano w tym celu współpracę, która od początku nie była elegancka i tak wyglądała aż do końca. Gates dosłownie podrzucił IBM system operacyjny, który przygotował Digital Research. Microsoft zaoferował klon z dodatkiem BASIC, który miał ułatwić użytkownikom przygotowanie własnych aplikacji. Ten dodatek był istotny, bo na rynku dominowały wówczas terminale, które dawały jedynie dostęp do komputera. Powszechne było wklepywanie za każdym razem całego kodu programu z klawiatury.

Dobrze te czasy obrazuje sekwencja z serialu "07 zgłoś się", gdzie oficer milicji musi złożyć podanie o dostęp do komputera, by zlecić informatykowi zadanie, które zajmowało sporo czasu - nawet kilka dni, gdy chodziło tylko o rysopis. Teraz jest to dla zwykłego policjanta kwestia kilku kliknięć, bo oprogramowanie jest na dysku komputera i wystarczy wprowadzić dane do gotowego formularza, by zweryfikować je z odległym serwerem. Nikt nie potrzebuje już zmagać się z kodem oprogramowania.

Komputery IBM dla kart perforowanych obsługiwano z jednoznacznym kodem maszynowym, a rozwój PC wymagał zaawansowanych języków oprogramowania, które można dla uproszczenia nazwać bardziej inteligentnymi. Możliwość zapisania takiego kodu na nośniku magnetycznym i swobodnego modyfikowania pozwalało lepiej zagospodarować czas pracy nielicznych jeszcze informatyków, a wprowadzenie dla nich przy okazji standardowego języka było bardzo kuszącą ofertą dla pracodawców. 

Trudno przez to porównać obecną ofertę klonu Linuksa ze "skokiem" Microsoft, gdy wszystko było jeszcze w powijakach. Reklamowanie "otwartości" klonu Linuksa brzmi dla mnie nieco niepoważnie, ale jak widać są z tym sukcesy marketingowe i obroty z bardzo poważnymi sumami. W tych sukcesach sporo zasługi ma Linux, który od stworzenia jest systemem otwartym i pozwala teraz twierdzić w opisach Androida, że to jeden z pierwszych OS. Przepychanka reklamowa dotyczy OS dla urządzeń mobilnych, więc osiągnięcia, a raczej porażka Microsoft liczy się przez to od Windows Phone. Więc cóż w stosunku do wieczności może znaczyć jakieś kilka lat różnicy.

Niemniej dynamiczny rozwój komputerów osobistych możliwy był za sprawą stabilnej bazy, którą zapewnił Microsoft. Żadne sztuczki reklamowe nie zmienią tego faktu. IBM liczył wprawdzie na OS dla PC ze swoją marką - czyli jak Apple. Wcześniej tylko zrozumiano, że produkcja jest bardziej rentowna w Azji. Prawdopodobnie próbowano ograniczyć koszta, bo działy marketingu i zarządzania nie rozumiały potencjału PC, który nie mógł zapewnić IBM zysków na tak wysokim poziomie, jak budowa serwerów i obsługa systemów z kartami perforowanymi. Bill Gates zauważył potencjał standardu PC. Skopiował najlepszy istniejący do tego OS i umiejętnie podretuszował go, by idealnie pasował do światopoglądu osób decyzyjnych w IBM. Uwolnił ich od bólu głowy spowodowanego próbami zrozumienia PC. W nagrodę za to dostał nieprawdopodobnie korzystne warunki współpracy, które później bardzo ambitnie zagospodarował.

Zespół Microsoft dobrze rozumiał, że PC to jedynie bezmyślne pudło i potrzebuje oprogramowania, którego rozwój utrudniało to, że nie wszyscy używają języka angielskiego. Mnożyły się w związku z tym niejednolite standardy i Gates liczył, że uporządkowanie tego zapewni mu monopol. Tu wpadł we własne sidła, bo Microsoft nie stworzył przecież standardu PC, a na dodatek pomógł udostępnić go na cały świat. Konkurencja chętnie zaakceptowała uporządkowanie obsługi oprogramowania dla PC, bo ułatwiło oferowanie ciekawych produktów. Zmobilizowali tym Microsoft do zglobalizowania pomysłu Apple i zastosowania w PC interfejsu graficznego. Gates był już dostatecznie bogaty, by dobrze to obwarować. Można tu debatować, czy rozwój PC to zasługa sprytu właściciela Microsoft, czy spowodowała go również niefrasobliwość szefów IBM. Podobnie można zastanawiać się, czy Microsoft jest teraz w sytuacji IBM, a Google lepiej rozumie gigantycznie rozwinięty już rynek komputerów osobistych.

Pozornie strategia Google z komputerami osobistymi jest nowoczesna, ale tak nie jest. Google nie jest świętym Mikołajem i strategię biznesową mają bardzo podobną do tej w IBM. Nie widzą dla siebie zysku na dostatecznie wysokim poziomie z produkcji komputerów osobistych. Wspierają więc wykreowany przez Apple trend powrotu do ofert z systemami wbudowanymi i używają przy tym szyldu otwartej struktury Linuksa. W tym jest właśnie sedno sprawy, bo producenci mogą bez stosownej kontroli jakości korzystać z marki reklamowanej przez Google. Powstają przy tym niejednolite standardy, co nie jest żadnym problemem dla Google, który zyski czerpie z usług w sieci. Do korzystania z tych usług wystarcza nawet lichy smartfon, a im mniej użytkownik daje sobie radę z obsługą urządzenia, tym chętniej zdaje się na ofertę Google. Producentom ta sytuacja nie przeszkadza, bo Google jest dla nich dojną krową, więc konkurują tylko między sobą, by maksymalnie uzależnić od siebie klientów.

Potwierdzenie tego znalazłem nawet w bibliotece, gdzie z myślą o wspomnianych na wstępie znajomych wyszukałem opasły poradnik dla użytkowników smartfonów. Przewertowałem go na szybko i dominowało w nim uczenie w rozpoznawaniu marek, co wydaje się całkiem logiczne. Trudno zestawić jakieś bardziej konkretne wskazówki, gdy producenci bezustannie coś indywidualnie zmieniają. Pojawia się przez to często w tym poradniku zastrzeżenie, że urządzenia bardzo się różnią i opisywane funkcję nie zawsze są zgodne. Są to wskazówki aż trzech autorów. Ich najcenniejszą radą jest chyba ta, że użytkownik powinien sam wybrać odpowiednie dla siebie urządzenie. Jak go jednak wybrać, gdy udostępniana na ten temat informacja opiera się najczęściej na hasłach reklamowych producentów, co przypomina jazgot na targowisku i brakuje tu rzetelnej skali porównawczej.

Testów najróżniejszych urządzeń mobilnych nie brakuje oczywiście w Internecie, ale dominują te chałupnicze. Ktoś otrzymuje coś do testu i opisuje swoje szczęście przy rozpakowywaniu, a potem przy okazji dzieli się jeszcze tym, co był w stanie zrozumieć podczas zabawy z nowym gadżetem. We wspomnianym poradniku pojawia się po prawe 40 stronach prezentacji marek i ich usług rozdział "Jak rozpakować smartfon?". Zilustrowany został zdjęciem, gdzie ostrze noża przecina folię na pudełku, ale w tekście nie było uwagi, że opakowania mogą się różnić. Zwrócono szerzej uwagę na plombę, a przy tej okazji znalazło się jeszcze jakieś zwięzłe wyjaśnienie, do czego służą załączone w pudełku słuchawki. Ten poradnik z całą pewnością nie był tani i kupujący liczyli pewnie na większą pomoc od tego co jest za darmo dostępne w Internecie.

Stwierdziłem, że bez sensu jest robienie strony z odsyłaczami w temacie hybrydy telefonu i komputera. Nie mam szans, by zestawić coś, co pomoże znajomym. Problem polega na tym, że jestem zbyt uodporniony na zakusy rynku gadżetów. Nie widzę np. sensu wklepywania niniejszego tekstu ze smartfonem, gdy tradycyjnie z klawiaturą jest wygodniej. Relaks z muzyką wolę z analogowym sprzętem połączonym z PC, który służy za prywatny serwer z nagraniami. Mogę w samolocie i pociągu odtwarzać sobie muzykę z telefonu, ale opcja audiobooka daje mi większą przyjemność, a przy okazji nie muszę już targać ze sobą książki. Nie widzę również przyjemności z filmem, gdy wyświetlany jest na ekraniku. Inne funkcje w telefonie są najczęściej korzystaniem z aplikacji. Nie potrzebuję dla nich zgłębiać obsługi urządzenia, co w pełni potrafi pewnie tylko jedna lub co najwyżej kilka osób u producenta. Nie widzę sensu, bym tracił czas na konkurowanie z producentami, którzy sami powinni zadbać o bardziej przydatną dla użytkownika instrukcję.

Uzależnienia się konsumentów od smartfonów produkowanych w Chinach nie ma oczywiście sensu demonizować w szerszej skali. Ich produkcja w Chinach to tylko drobna oszczędność w gigantycznym projekcie. Chodzi o algorytmy, czyli sztuczną inteligencję. Google inwestuje tu ogromne sumy, bo widzi dla siebie możliwości bezpośredniego zysku na wysokim poziomie. Wówczas liczy się tylko kreatywność w oparciu o precyzyjnie dopracowane standardy z optymalną dbałością o ich przestrzeganie, bo bałagan generuje straty finansowe i wizerunkowe oraz spowalnia rozwój, czyli obniża rentowność inwestycji. Na polu AI imponujące są osiągnięcia Google Heart i polecam przy okazji lekturę artykułów pojawiających się od jakiegoś czasu w nawiązaniu do rozmów z Marcinem Sienieką, który pracuje z tym projektem w Kalifornii i ma szeroki wgląd w jego światową działalność.

Inną stronę AI pokazuje natomiast działalność, która pozwoliła ingerować w wybory prezydenta USA. Google nie musiało być bezpośrednio w to zaangażowane, by stać się przez to jeszcze bardziej łakomym kąskiem dla Chin. Z ich strony należy w związku z tym spodziewać się prób szantażu. Przeciw takim zagrożeniom profilaktycznym ruchem była szeroko dyskutowana sprawa 5G, która pokazuje jednocześnie, że inwestorzy zupełnie nie obawiają się uzależnienia od produkcji smatrfonów. Ten problem mogą mieć tylko użytkownicy, jeżeli są mniej odporni na reklamę gadżetów.

Inwestorzy wiedzą, że w Indiach tylko czekają na okazję, by trafiły do nich inwestycje i zlecenia rynku komputerów osobistych. Z produkcją smartfonów świetnie poradzą sobie także roboty, które mogą pracować 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Hale dla nich mogą powstawać nawet w starych kopalniach, bo roboty nie potrzebują przecież światła dziennego. Takich miejsc nie brakuje w Stanach, czy w Europie. Dotychczas w to nie inwestowano, by nie blokować kapitału, który przydaje się dla innych działalności. Ostatnie perturbacje spowodowane wirusem Korona mogą jednak skłonić inwestorów do refleksji na temat dotychczasowej koncentracji produkcji i spowodować rozłożenie jej w bardziej odległych od siebie miejscach. Potrzebny jest tu tylko dobry standard, by produkcja i serwis były rentowne. Właśnie do tego przygotowuje się już od kilku lat Microsoft i pośrednio uwzględniana jest w tym także kwestia czytelności instrukcji dla użytkowników.

Podsumowanie

Przyjemność sprawia mi wyszukanie optymalnych konfiguracji standardowego PC, by móc jeszcze wiarygodniej odtwarzać muzykę z zestawem audio. Jest to możliwe, bo jest standard i jednocześnie bardzo duża wolność wyboru. Nie trzeba nawet kupować najnowszego PC.

Natomiast producenci smartfonów muszą myśleć o zysku. Chcą przez to, by ich rozwiązania całkowicie uzależniały klienta i wizja spróbowania czegoś innego była dla niego przerażająca. Podobne ambicje mieli kiedyś producenci sprzętu RTV, ale im się nie udało, wiec teraz próbują załapać się na trend smartfonów z Androidem i oferują je wbudowane w telewizor lub zestaw audio. 

PS

Pojawił się właśnie tekst związany z nowymi planami uwalniającymi od archaizmów PC "Visual Basic kończy swój żywot. Microsoft nie widzi dla niego przyszłości", a także nie dotyczący sytuacji spowodowanej przez wirus Korona "Koniec wymieniania smartfona co dwa lata. UE robi porządek z prawem", który pokazuje, że temat ma szerszy zasięg. 2 dni temu pojawił się związany również z tym tematem tekst "Późne aktualizacje, błędy i uceglone telefony, czyli Xiaomi i Android One w praktyce"

Wczoraj pojawił się natomiast "Google uderza w forki Androida: modyfikujesz, tracisz dostęp do Sklepu Play", a jeszcze inny miał tytuł "Android TV kontra Fire OS, czyli jak Google niszczy konkurencję" i do tego news "Google połączy Chromecast z Android TV? Są plany nowego Chromecast Ultra". Nie zabrakło nawet informacji, że budzi się także kreator trendu, o czym jest pt "Apple szykuje MacBooki z procesorami ARM? Miałyby zadebiutować wkrótce", który rozpoczyna się:


Procesory ARM w komputerach osobistych to ciekawe rozwiązanie, aczkolwiek patrząc na starania, choćby Microsoftu, nie do końca jeszcze udane. Tymczasem według najnowszych doniesień Apple planuje wydać MacBooki z CPU tego typu już wkrótce.

W tym bigosie z informacją nie zamieściłem ważnego faktu, o którym wspomniał latem Piotr Urbaniak:


Dziś Microsoft i Apple to dwie najpotężniejsze firmy Stanów Zjednoczonych, walczące ze sobą o pozycję najwyżej wycenionej spółki giełdowej. Tymczasem dokładnie 22 lata temu twórcy Windows wyjęli z kieszeni co najmniej 150 mln dol. tylko po to, aby ratować upadającego rywala.

i w opublikowanym właśnie newsie przypomina jeszcze, że "Gates powrócił do bardziej regularnego wspierania Microsoftu w 2014 r., gdy ówczesny (i obecny) dyrektor generalny, Satya Nadella, mianował go swoim doradcą ds. technologii" - co było kalką powrotu Jobsa do Apple, żeby zachęcić tym szerokie grono inwestorów. 

W temacie przyciągania inwestorów pojawił się właśnie news, który rozpoczyna się:


Wraz z Windowsem 10 2004 (20H1) podsystem WSL2 stanie się integralną częścią systemu, a aktualizacje jądra Linux będą dystrybuowane poprzez Windows Update – informuje Microsoft na blogu Windows Command Line.