Bajki na trudne czasy o smartfonach w 2018 roku – tuż przed Mobile World Congress

Strona główna Aktualności

O autorze

Jutro oficjalnie zaczną się jakieś targi, poświęcone poświęcone podobno nowym technologiom. Przez kilka dni duże i nieco mniejsze przedsiębiorstwa będą walczyć o atencję mediów, prezentując praktycznie nieodróżnialne od siebie obiekty, z których każde jest lepsze od każdego innego. Każda najmniejsza nawet lepszość zostanie wyniesiona do rangi najlepszego wynalazku od czasu wynalezienia kanapki z szynką i serem – a po tym znów wrócimy do normalności. Także na łamach dobrychprogramów. Jak co roku, przy każdym kolejnym Mobile World Congress.

Mniejsze ciastko do podziału...

Tym razem jednak MWC przypada na szczególny czas. Wygląda na to, że już niebawem producenci smartfonów, którzy poza Samsungiem i Apple i tak kiepsko na nich zarabiają, będą mogli się w ogóle pożegnać z perspektywami wzrostu. Mroczny sygnał przyszedł z Chin: po raz pierwszy w historii sprzedaż telefonów na największym rynku planety spadła rok do roku, o całe 4%, jak podaje firma badawcza Canalys. Właściwie wszyscy wiedzieli, że ten moment musi nadejść, ale nikt nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko. Jeszcze w 2016 roku udało się osiągnąć wzrost na poziomie 11%. Nagłe załamanie przyszło w ostatnim, gwiazdkowym przecież kwartale – pomimo tych wszystkich promocji i rozmachu świątecznego handlu, sprzedaż smartfonów spadła o 14%.

Nie tylko producentów smartfonów czeka więc zażarta walka o kurczący się rynek, ale idących też z nimi ramię w ramię operatorów telekomunikacyjnych. Z jednej strony ruch sieciowy rośnie w strasznym tempie. Według ostatniego raportu Annual Wireless Industry Survey tylko w USA wykorzystanie danych w 2016 wzrosło o 42%, do 13 eksabajtów, tj. 35-krotnie więcej niż w 2010 roku. W roku 2017 spodziewano się wzrostu o około 50%. Wszystko za sprawą Netfliksa i coraz większej ilości multimediów na Facebooku. Czy operatorzy coś na tym zarobili? Skądże, według CTIA przychody im spadły o 2% i mają spadać dalej.

...a i tak większość zjada Apple

Do tego lukratywnego przez całe lata biznesu mobilnego weszło zbyt wielu, a rosnąć dalej już nie ma gdzie. Obiecywano sobie wiele po krajach Trzeciego Świata, szczególnie Indiach. 900 milionów ludzi wciąż tam czeka na podłączenie do Internetu i jeśli do tego dojdzie, to na pewno nie przez pecety, ale właśnie smartfony. Przez ostatnie lata rządził tam niepodzielnie Samsung, a potem w 2014 roku pojawiło się Xiaomi. I bez specjalnego wysiłku w trzy lata zdetronizowało Samsunga. Eksperci próbując wyjaśnić ten fenomen zaskoczeni odkryli, że Samsung sprzedawał indyjskiej klasie średniej, podczas gdy Xiaomi zdołało ze swoimi najtańszymi telefonami dotrzeć do tych, którzy zarabiają nie więcej niż równowartość 2 tysięcy dolarów rocznie, czyli właśnie tej ubogiej, niewidocznej większości. W porównaniu z ofertą Xiaomi, Samsung po prostu nie miał nic ciekawego w segmencie telefonów kosztujących nie więcej niż 200 dolarów.

A kto chce zarabiać na produktach dla najuboższych? Na pewno nie Apple, które wpadło na pomysł wyniesienia ceny flagowego smartfonu do poziomu ponad tysiąca dolarów. Sprzedaż owszem, spadła, ale przychody wzrosły. Dla elit finansowych planety Apple mogłoby pewnie sprzedawać swoje iPhone’y X nawet za 2 tysiące dolarów – ale to jest jedno Apple, przedmiot kultu, gdzie o cenach najwyraźniej się nie rozmawia. Pozostali muszą konkurować ze sobą ceną, jakich by cudów technologii nie zastosowali. Owszem, Sony być może będzie miało w swoich tegorocznych smartfonach wyświetlacze lepsze niż Apple, ale co z tego? Pod względem wartości sprzedaży nie sprzeda nawet 10% tego, co Apple, które z kolei sprzedaje tyle, ile wszyscy jego konkurenci razem wzięci.

A może tak dla odmiany jakaś prawdziwa rewolucja?

W tym paskudnym, nierosnącym (a nawet kurczącym się) rynku, gdzie większość zysków trafia dziś do jednego gracza, producenci sprzętu mobilnego będą jeszcze bardziej desperacko szukać kolejnej wspaniałej rzeczy. Musi to być coś, co usprawiedliwiłoby utrzymanie dotychczasowych schematów prowadzenia biznesu i konstruowania smartfonów – więcej rdzeni, więcej pamięci, więcej megapikseli, większe rozdzielczości mogą już bowiem nie wystarczyć, a przecież dla całej branży konsumenckiego IT koncepcja zrównoważonego rozwoju jest obca i obrzydliwa. Każdy rok musi przynosić „rewolucję” i przynajmniej dwucyfrowe wzrosty.

Tegoroczny Mobile World Congress pewnie będzie sceną, na której takie rewolucje (a może rewolucyjki?) będą nam pokazywane. Czego można się spodziewać? Oto kilka moich prognoz na ten rok:

  • Wirtualna i wspomagana rzeczywistość (VR/AR) już od kilku lat mają wejść i odmienić rynek mobilny. Wchodzą, wchodzą i odmienić nie mogą. Faktycznie, wygląda to fajnie, te nowe frameworki wspomnianej rzeczywistości na Androida i iOS-a pozwalają łatwo tworzyć ciekawe mobilne aplikacje, ale to wszystko margines. Ot, może jakaś gra na moment, a może aplikacja do przymierzenia jak nowe drzwi będą pasować do ściany. Producenci bardzo by chcieli znaleźć jakieś przebojowe zastosowanie, które usprawiedliwiłoby inwestycje w jeszcze mocniejszy pod względem mocy graficznej sprzęt – ale póki co nic takiego nie widać, i raczej w tym roku też tego nie zobaczymy.
  • Obiecywane przez największych operatorów telekomunikacyjnych pierwsze sieci 5G nie mają wciąż biznesowego uzasadnienia, nie zwróciły się jeszcze inwestycje w LTE Advanced. Producenci smartfonów chcieliby nas przekonać, że możliwość pobrania całego filmu fabularnego w kilka sekund to coś wspaniałego, ale oczywiście zapominają o jednym drobnym szczególe – ludzie nie umieją oglądać filmów fabularnych w kilka sekund. Potrzebują średnio 90 minut. Więc czy faktycznie potrzebujemy płacić za gigabitowe szybkości pobierania dla smartfonu?
  • Internet rzeczy zaczyna wchodzić pod strzechy. Coraz więcej ludzi ma w domach bystre odkurzacze, filtry powietrza czy inteligentne głośniki. Możliwe że to te urządzenia, coraz lepsze i sprawniejsze w swoich zadaniach zaczną odciągać uwagę konsumentów od nudnych prostokątnych smartfonów na których wyświetlają się jakieś obrazki. Jest całkiem fajnie wydać odkurzaczowi rozkaz posprzątania mieszkania i po powrocie z pracy zastać mieszkanie czyste. Pod tym względem takie Xiaomi bije Apple na głowę, od lat spokojnie rozwijając swój „ekosystem” sprzętu sterowanego aplikacją MiHome. Jest w stanie zaoferować dziś kompleksową ofertę dla tego, co nazywają Connected Home. Co szczególnie ważne, te właśnie inteligentne odkurzacze, pralki i filtry powietrza łatwo wytłumaczyć zwykłej Kowalskiej, która może już tak naprawdę nie wiedzieć, po co jej w smartfonie nowy procesor sygnałowy do polepszania jakości zdjęć, skoro wg niego tak są już doskonałe (tzn. nie ma na nich zmarszczek).
  • Zginalne ekrany to kolejna zrozumiała dla mas technologia. Gdyby nie monobrew iPhone’a X, to wszystkie zeszłoroczne modele wyglądałyby tak samo, są przeraźliwie nudne w formie, a tę nudę wymusiła ergonomia i ekonomia. Samsung obiecał jako pierwszy, że wyróżni się w tym roku zginalnymi/zwijalnymi telefonami z wyświetlaczami OLED. Tak, zwijalny ekran to może być naprawdę wielkie coś, tym bardziej, że pozwoli przerobić smartfon w urządzenie ubieralne, np. bransoletę na nadgarstku.
  • Cyfrowe asystenty i sztuczna inteligencja – wciąż nie tak inteligentna, jak byśmy chcieli (i nie chcieli, luddyści są wśród nas). Jej głównym zastosowaniem w bliskiej przyszłości stanie się automatyzacja procesów zakupowych, co będzie prawdziwym ciosem dla marketerów. Do tej pory marketing miał za zadanie nakręcenie klienta na zakupienie tego konkretnego proszku do prania, masła czy lodówki. A co jeśli Bixby, Siri, Alexa czy kto tam jeszcze zaczną rywalizować ze sobą o wskazanie swojemu właścicielowi faktycznie najlepszego dla niego produktu, przejęcie zarządu nad całym procesem zamówienia, płatności i dostawy? „Siri, patelnia się spaliła, kup nową”. Na taką erę marketingu dla robotów współczesny handel w ogóle nie jest gotów, a ten z producentów smartfonów, który to opanuje pierwszy, będzie mógł tylko liczyć nowe góry pieniędzy. Gorzej, jeśli okaże się, że po wydaniu polecenia „Siri, potrzebuję nowego telefonu”, asystentka kierowana imperatywem jak najlepszego spełnienia potrzeb użytkownika kupi mu tani Huawei Honor z dostawą do domu…

Kilka tygodni temu poprosiłem Mateusza Budzenia o poradzenie mi, jaki telefon kupić żonie. Polecił mi zainteresować się jednym z „flagowców” sprzed dwóch lat. Świetny wybór, żona zachwycona. Zarazem jednak jaki niedobry ten wybór dla branży, w której powinno istnieć tylko to co najnowsze i najlepsze, a telefony wypadałoby zmieniać co rok...

© dobreprogramy
s