Przeglądarka zdjęć medycznych

Jedną z konsekwencji cyfryzacji naszej służby zdrowia są wyniki otrzymywane już nie w postaci wydrukowanych zdjęć (chyba że za dodatkową opłatą), a nagranych na płytę CD-R „negatywów”, wraz z przenośnymi wersjami programów do ich odczytu. I teoretycznie powinniśmy się cieszyć bo płyta nie zajmuje aż tyle miejsca co klisza, a nawet nie musi to być płyta. Są jednak dość istotne niuanse z tym związane, których zwykły Kowalski nie jest świadomy:

  1. Wykorzystywane nośniki organiczne są często niskiej jakości, więc ich żywotność nie przekracza kilku lat (stąd zresztą wziął się mit, że płytom ufać nie należy – ale to temat na osobną dyskusję).
  2. Są nagrane bez antycznego i mało znanego rytuału poprzedzającego sprawdzanie ilości błędów C1 i C2 dla trio MID-nagrywarka-firmware – bo kto by miał na to czas? Toć to gabinet, a nie piwnica informatyka w kraciastej koszuli.
  3. Są trudne do archiwizacji bo wraz z oprogramowaniem zwykle ważą setki MiB, a wszystko ma nieczytelną dla zwykłego użytkownika postać, w formatach których nierozumie.
  4. Bywa nawet i gorzej, dla wielu z tych aplikacji, środowiskiem docelowym był Windows XP i z jakichś przyczyn Windows 10 gardzą.
  5. Ile osób w dzisiejszych czasach ma w komputerze napęd CD/DVD? „Pokolenie smartfonów” nie bardzo. Laptopy na terapii odchudzającej również nie bardzo. Stacjonarne komputery rzadko, a „te dla graczy” tym bardziej nie, skoro gry przestały być wydawane na płytach (na których obecnie są instalki np. Steam i przedpotopowa wersja gry, którą i tak trzeba pobrać z serwerów, więc można przyjąć że kanałem dystrybucji „optyk” już nie jest).

Zacznijmy więc od tego, że na płycie znajduje się przeglądarka zdjęć zapisanych w formacie DICOM (warto też sprawdzić angielskojęzyczną wikipedię). Najczęściej są to pliki bez rozszerzenia, dziwnie nazwane i jedno waży zwykle powyżej 20MiB. Zdjęcia mogą być pojedyncze, a może być to także cała ich seria. To właśnie jedyne dane godne uwagi jakie warto zgrać z tej płyty (wszelkie metadane jak np. imię i nazwisko, data, rodzaj badania etc. są wpisane w nagłówki tych plików). Oczywiście można wykonać obraz *.iso całego nośnika, gdyż nie są w jakikolwiek sposób zabezpieczane przed kopiowaniem, ale w ten sposób powiela się bezsensownie mnóstwo, w skrajnych przypadkach nawet setki, megabajtów. Nie spotkałem się jeszcze z sytuacją aby DICOM były skompresowane, więc bardzo dobrze podlegają kompresji LZMA (np. za pomocą programu 7-Zip, nawet do 60%).

Skoro użytkownik archiwizuje tylko same zdjęcia to co z przeglądarką? Nie znalazłem zbyt wiele propozycji w sieci i subiektywnie najlepsza wydaje mi się RadiAnt DICOM Viewer. Aplikacja jest przejrzysta, na posiadanych przeze mnie próbkach wyświetla to samo i tak samo co na programach z płyty, nie tworzy dziwnych indeksów, jest szybka i mało waży. Pozwala na wybranie pliku lub folderu z plikami, które po wczytaniu doda do listy. Jedyną wadą jest to, że jest za droga jak na oprogramowanie do oglądania raz na sto lat swoich zdjęć, ale wersja próbna wystarczy do czasu ponownej instalacji systemu/wgrania obrazu i kolejnej rejestracji triala (są też i inne proste sposoby, ale nie chcę psuć rodakom biznesu). Można również użyć programów z płyt, ale większość jest strasznie opasła i trzeba w nich żmudnie modyfikować bazy danych, więc to raczej strata czasu. Jeśli ktoś zna jakiś równie lekki i dobry program, ale całkowicie darmowy, bez zbędnych ograniczeń dla pacjenta, niechaj da znać.

Kompletnie nie znam się na tej branży, jestem skromnym serwisantem i grafikiem, więc tym razem wpis był bardzo krótki. Jako, że każdy program odczytujący takie zdjęcia informuje w klauzuli, że nie może służyć do diagnostyki pacjenta, już na wstępie rodzi we mnie wątpliwość w sens całego przedsięwzięcia – ale może to tylko ubezpieczenie producenta na ewentualne roszczenia klientów i nie są to wyłącznie zabawki dla kota. Oczywiście nie jestem lekarzem, więc daleko mi do oka specjalisty (jeśli jest na sali takowy to proszę o fachową opinię).