Rozczarowanie serwisanta masą ludzką

Tym razem wpis będzie krótki – na tle pozostałych wręcz telegraficzny, depresyjny, z nutą frustracji, być może nieco arogancki i być może zasłużenie pogardliwy dla ekstrawertycznych, (de)humanistycznych, narcystycznych pierwotniaków, gotowych zepsuć nawet młotek jeśli takowy wpadłby w ich spocone grabie… Lekki chaos, potok myśli. Wpis strawny tylko dla dziwaków. ;)

W poprzedniej epoce, w programie telewizyjnym pt. Sonda, usłyszałem po raz pierwszy o „człowieku informatycznym”. Byłem wówczas dzieckiem, zupełnie nie rozumiałem czym jest informatyka, a słowo komputer kojarzyło mi się wyłącznie z blaszaną szafą, oblepioną kolorowymi lampkami, wydającą z siebie dziwne dźwięki (i akurat nie mam na myśli tutaj Odry czy Mery, a traumę jaką pozostawiał Pan Kleks w kosmosie i proto-Pirelli z Matplanety). Musiało upłynąć dużo wody w Wiśle nim ta tajemnicza materia stała się mniej tajemnicza (włączając w to brak promocji do następnej klasy, m.in. z przedmiotu informatyki). Czy to poetyckie określenie zawodu czy może zastępcze dla „neo sapiens sapiens”? Na pewno w tamtym czasie śp. prowadzący nie mogli przewidzieć jak wielki synkretyzm dotknie informatykę – a bliżej – nawet zwykłego serwisanta który to raz wymieni toner w drukarce, a innym razem skonfiguruje system by np. zaczął jakoś wyglądać, jeszcze innym razem próbuje naprawić coś czym winien zająć się ktoś z zupełnie innej branży… Człowiek orkiestra, który dla własnego zdrowia psychicznego nigdy nie powinien nadto przykładać się do swojej pracy, nigdy sumiennie, nigdy z poświęceniem. A to dlatego, że nikt nigdy tego nie zauważy, tym bardziej nie doceni, nigdy nie zrozumie bo paradoksalnie sam musiałby posiąść wiedzę, która wyklucza potrzebę takiej usługi. Droga takiego samuraja to wstęga Möbiusa. Wypala duszę każdego kto nie zastosuje się do tej zasady i spróbuje z godnym podziwu zapałem, z pasją i „poczuciem misji” naprawiać i modyfikować środowiska „nietechnicznych”. Prole, mugole czy dowolne szczeble z grupy ą-ę, wszyscy są tacy sami – niewdzięczni. Nie szanują cudzej pracy, lekceważą, są pretensjonalni. Najgorzej kiedy nawet bliska rodzina potrafi bezstresowo i bezrefleksyjnie anihilować efekt wielu godzin dzierganiny, i choć na życzenie, to jak się często okazuje życzenie jedno-popołudniowe, dyktowane potrzebą chwili, ale przedstawiane ci jako sprawę życia lub śmierci. „A bo tak jakoś”, „a bo jednak już nie”, „a bo coś tam”.

Podjąłem więc męską decyzję: kończę z tym i wam też tak radzę. To ocean rozczarowania, strata czasu i energii. Niech walczą sami, bez wiedzy, doświadczenia, nawet bez zdolności wyszukiwania informacji (chyba nie jestem jedyny, który obserwował jak Google dostaje zapytanie pełnym zdaniem po polsku, prawda?), bez rozumienia czym jest redukcja niewiadomych w równaniu ;) i dlaczego za stukanie w klawisze nie wystarczy 20zł na kobiety, wino i śpiew. Oczywiście nie ma nic złego w pobieraniu cracków diabli wiedzą skąd i po co (o pardon, po co to wiemy: „po co płacić skoro jest za darmo?”), klikania w każde guano na ekranie, które się domaga jakiejś reakcji i otwierania bezwiednie wszystkiego na poczcie, prawda? Niech płoną ich dane, niechaj się karuzela kręci, wysiadam z tego pociągu. Powtarzać jak mantrę: nie wiem, nie znam się. Wdech, wydech.