Święta wojna szklarzy, bezlotków i antonówek

Człowiek, zwierzę stadne, chce zawsze gdzieś przynależeć. A jak już być częścią jakiejś społeczności to najlepiej albo tej najliczniejszej bo w przeświadczeniu najsilniejszej, albo elitarnej bo po prostu wyjątkowej aby samemu czuć się wyjątkowym. Złoty cielec fanatyków promieniuje na wszystkich poszukujących autorytetu, lidera, który wskaże kierunek podążania stada. Po obraniu azymutu, logika i godność przestają mieć znaczenie, w końcu wódz prowadzi do zwycięstwa nad niewiernymi, a w każdej wojnie ofiary są nieuniknione.

Blogerom/vlogerom lub „dziennikarzom” zależy na generowaniu dużego ruchu, więc starają się naprowadzić na kurs kolizyjny ortodoksyjnych fanów Windowsa, Linuksa i macOS – a dalej to już leci samo z górki.

Dumą szklarzy są: procent obecności na „biurkach”, zaszłości historyczne zapewniające wsparcie antycznego oprogramowania, niekompatybilny z niczym MSO, biblioteka gier. Honorem bezlotków: legendarne bezpieczeństwo, stabilność, „wieloplatformowość”, „oskryptowanie” i „konfigurowalność”. Antonówek zaś, rzekoma prostota, estetyka i podobno cena korelująca z jakością. Boleścią okienek są ryzykowne, uciążliwe i nierzadko wymagające restartów aktualizacje, „wirusologia”, niespójność stylistyczna i projektowa. Pingwiny cierpią na problemy z DE, zależnościami, brak komercyjnego oprogramowania, brak dopracowanych własnościowych sterowników i konieczność problematycznej kompilacji ze źródeł „softu” spoza repozytorium. Głównymi wadami jabłek jest zrywana wsteczna kompatybilność co niemal każdą edycję, mniejsza wydajność niż u konkurentów, stale rosnąca awaryjność sprzętu, przy stale rosnącym stopniu w jakim utrudniane są naprawy i wysoka cena ichnich komputerów.

Atakując lub gloryfikując którekolwiek powyższe, ilość odwiedzin wystrzeli jak rakieta hipersoniczna. Naturalnie nie zapominając o stałym dostarczaniu noży, kijów baseballowych, haubic i gorących komentarzy z kont widmo do podsycania nastrojów. Wszyscy wiemy, że wyświetlenia to potencjalne kliki w reklamy, a każdy klik odkłada grudkę kruszcu na mały stosik. Operację powtarza się cyklicznie, aż wataha sama się dorżnie, a niedobitki znudzą, potem wystarczy odczekać jakiś dłuższy okres, aż się baza biologiczna odbuduje, krew w żyłach spieni i można operację powtórzyć z tym samym skutkiem…

Nie róbmy tego! Nie angażujmy się w jałowe dyskusje na temat wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Nie odpowiadajmy na zasadzie: „bo ktoś się myli w internecie”. Nie brońmy fanatycznie, którejkolwiek ze „stron”, ani nie atakujmy tylko dlatego, że teraz nasze stado szarżuje. Każdy system operacyjny ma swoje wielkie wady jak również spore zalety. Każdy ma pewną unikalną bazę oprogramowania i rozsądnie jest traktować je jak narzędzia – bo tym są – młotkiem do wbijania gwoździ, wiertarką do wiercenia dziur. To nie jest religia, sens życia i nieistotna jest „najmojsza racja”. To tylko zlepek zer i jedynek. Inaczej takie hieny i ten konkretny model biznesowy będą stałym krajobrazem, psuć krew, humor, zdrowie i internet.

A teraz podstawmy za systemy operacyjne np. partie polityczne. Parafrazując czołówkę każdego Fallouta: wojna nigdy się nie zmienia…