popularne tematy: linux

Linuksy dla pospólstwa: odsłona druga. Becikowe, czyli dystrybucje na dobry start.

Słowo się rzekło i skoro padła dwa dni temu deklaracja, że na ostatnim wpisie autor się nie zatrzyma, to coś trzeba było z tym brzemieniem zrobić. Jakoś wyjątkowo sumienny nigdy nie byłem, ale ta przymusowa izolacja sieje spustoszenie w życiu ludzi i robi z psychiką niektórych z nas rzeczy straszne, więc do wywiązania się z tej obietnicy doszło dużo szybciej niż piszący ma w zwyczaju.

Zacznijmy jednak od początku. Wbrew pozorom za tym szalenie “odkrywczym” bon motem

Linuksy dla pospólstwa: odsłona pierwsza. Prolegomena, czyli ornitologia nie jest dla wszystkich.

Opowiem Wam na wstępie krótką historię moich początków z Pingwiniątkiem. Jakieś cztery lata temu, dosłownie na moment przed końcem okresu dwuletniej gwarancji (czy tam rękojmi), mój laptop się rozkraczył. W efekcie reklamacji po kilku tygodniach otrzymałem naprawione urządzenie i sądząc z opisu usterki okazało się, że wymieniono w nim między innymi płytę główną. Niestety z perspektywy czasu wydaje mi się, że serwisant nie przyłożył się specjalnie do swojego zadania, ale to już temat na inne opowiadanie. 

Gnome Shell na sterydach. Moje TOP 5 rozszerzeń tej niesławnej powłoki.

Kilka dni temu świat obiegła wieść o tym, że właśnie światło dzienne ujrzała kolejna odsłona środowiska graficznego, które silnie kojarzone jest z Linuksem, czyli Gnome. Tym razem oznaczona została ona numerem 3.34 i nazwą kodową „Saloniki” i choć nie ma ona żadnego związku z małymi pomieszczeniami, to mnie jeszcze całkiem niedawno uczucie pewnego dyskomfortu czy ograniczenia, towarzyszyło na myśl o tej inkarnacji Gnome.

BlankOn Linux — ubogi krewny deepina

Pomysł na tak rozkosznie klikalny tytuł to efekt pierwszego skojarzenia, jakie miałem po instalacji tytułowej dystrybucji, choć nie bez znaczenia ma też proweniencja obu rozwiązań, o czym za chwilę. Teraz - w celu zapełniania wpisu dużą ilością znaków - szybciutko jednak odtwórzmy okoliczności, w jakich ten OS wylądował na moim sprzęcie.

KDE vs GNOME, czyli słów kilka o trzeciej opcji

Zarzut, z którym nierzadko można się spotkać w trakcie przeróżnych dyskusji o kondycji Linuksa (zwłaszcza w kontekście jego biurkowych zastosowań), polega na podnoszeniu kwestii rozdrobnienia i licznych podziałów środowiska, przez który to przebija się pewna tęsknota za centralnym zarządzaniem. Zawsze mnie zastanawiały podobne opinie formułowane przez osoby, które skądinąd kibicują temu rozwiązaniu, niejako przecząc w ten sposób podstawowej idei, która leży u podłoża FOSS.

Publiczny kod za publiczne pieniądze. Dlaczego w Polsce się to nie uda?

Roku Linuksa na desktopach nie ma i zapewne jeszcze przez bardzo długi czas zawołanie to będzie wyłącznie okazją do - zazwyczaj kiepskich - żartów, powtarzanych głównie przez osoby niechętne Linuksowi bądź użytkowników tegoż ostatniego, którzy przy tym charakteryzują się zdrowym dystansem do zagadnienia ekspansji “Pingwina” na komputerach osobistych.

Deepin 15.6 (Beta) — „chińszczyzna" po lekkim tuningu

W cieniu zbliżającej się premiery kolejnej odsłony Minta światło dzienne ujrzała najnowsza wersja stosunkowo popularnej dystrybucji rodem z Kraju Środka, o dość irytującej w sposobie zapisu nazwie "deepin". W tym przypadku - podobnie jak dla wspomnianego Minta - nie jest to jednak finalny produkt, ponieważ mamy do czynienia z fazą beta wdrożenia, choć patrząc na skalę zmian nie sądzę, by testy były przesadnie długie i wniosły coś istotnego do finalnego wydania.

Dobre, bo polskie? Nadwiślańskie dystrybucje Linuksa

Mimo upływu kolejnych miesięcy w trakcie trwania mojej przygody z systemami operacyjnymi spod szyldu Pingwiniątka, turystyka linuksowa nadal sprawia mi sporo frajdy. Te rozliczne eskapady chyba niespecjalnie wynikają z naturalnej ciekawości, a już zupełnie pomijalny jest w nich aspekt “edukacyjny” (choć akurat tego ostatniego najbardziej żałuję, bo tym kolejnym “wojażom” nieustannie towarzyszy poczucie bezproduktywnego trwonienia czasu i energii).

Instalacja Arch Linux dla ignorantów

Tytuł dzisiejszego wpisu dość wyraźnie nawiązuje do pochodzącej ze Stanów serii publikacji na tematy wszelakie zebranych pod szyldem “for dummies”. Tłumaczenie jest oczywiście dość luźne, jednakże na własne usprawiedliwienie mogę napisać, że mój “ignorant” jest i tak bliższy pierwotnemu znaczeniu niż efekt polskiej myśli translatorskiej, gdzie “głupek” nagle przepoczwarzył się w “bystrzaka”.