Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Czerwony Las

Czerwony Las

Tak nazywam park leśny, Arboretum SGGW w Rogowie k/Łodzi. Od czterech lat odwiedzam go z aparatem fotograficznym po kilka razy w ciągu roku. Najpierw wiosną. Jeśli wpadnę tu w drugiej połowie kwietnia, to mogę liczyć na magnolie. Ale najwięcej wiosennej przyjemności sprawia mi widok parku w drugiej połowie maja. Przypada wtedy apogeum kwitnienia różaneczników – azalii i rododendronów.

Natomiast druga runda odwiedzin przypada jesienią. Trzecia dekada października to czas najpiękniejszego przebarwiania się klonów palmowych. Arboretum zajmuje ok. 50 ha, z czego znaczna część obsadzona jest roślinnością rodem z Azji. W tej grupie najwięcej jest przedstawicieli flory chińskiej, ale nie brakuje roślin rodem z Japonii i Korei. Zresztą niektóre gatunki mają swoje siedziby we wszystkich tych trzech krajach. Sprzyja temu podobieństwo klimatyczne i to ono także sprawiło, że wiele gatunków flory azjatyckiej przyjęło się w warunkach europejskich. Arboretum, jako placówka naukowa, jest nawet dumne z tego, że co trzecia roślina w lesie to „Chińczyk”. Jest jednym z największych skupisk klonów palmowych w Europie.

reklama

Park jest udostępniony do zwiedzania przez cały rok. Od maja do października we wszystkie dni tygodnia. A od listopada do kwietnia tylko przez pięć dni, tj. od poniedziałku do piątku.

Gościem w Arboretum, jak już wspomniałem, bywam od 4 lat, ale nie ukrywam, że moja początkowa wiosenna fascynacja różanecznikami, w ostatnim czasie znalazła godnego rywala jesienią, gdy przyroda zaczyna przygotowywać się do zimy. Nie znam u nas innego parku leśnego, w którym jesień czarowałaby mozaiką tak przepysznie barwną i zróżnicowaną kolorystycznie, jak to czyni w Rogowie z pomocą klonów palmowych. Gdy kończy się zieleń – klony palmowe wkraczają w różne odcienie złota, aż po czerwień i amarant.

I jak co roku, krążę alejkami parku przez kilka godzin w poszukiwaniu ciekawych ujęć. Ale każdego roku wygląda to nieco inaczej. Proces przebarwień drzew zależny jest od pogody, od temperatur i wilgotności, a te bywają „kapryśne”, zmienne. I każdego roku przebiega nieco inaczej.

Wyjątkowo pięknie las wyglądał jesienią rok i dwa lata temu. Natomiast tegoroczna jesień nie była dla miłośników chińskich i japońskich klonów zbyt łaskawa. Ponieważ w okresie, gdy przebarwianie się liści z zieleni w czerwień nabierało tempa, nastały dni suche, liście zaczęły licznie opadać znacznie szybciej niż zazwyczaj, i działo się to zanim przebarwienie objęło wszystkie klony. Korony tych drzew szybciej opustoszały, niż rok temu o tej samej porze października, a pod nimi ujrzałem miejscami poletka zeschniętych, poskręcanych liści. Ale przyroda mimo to, coś tam dla mnie jednak pozostawiła i w tym roku.

Kierownictwo Arboretum informuje na swoje stronie internetowej w zasadzie na bieżąco, co w danym momencie dzieje się w przyrodzie parkowej, a szczególnie o kwitnieniu, które dla różnych gatunków roślin przypada w różnych porach roku, od wiosny do jesieni. A ponieważ proces jesiennych przebarwień klonów jest obserwowany prze wielu miłośników krajobrazów jesiennych, ten typ komunikatów jest od października obiektem szczególnego zainteresowania zwiedzających. Ja także pilnie śledzę te komunikaty, a w szczególnych przypadkach uzupełniam tę wiedzę telefonicznie i zawsze otrzymuję przyjazne wsparcie.

Ale bywa, że przebarwienia sobie, a pogoda sobie. Dlatego zawsze równolegle śledzę i prognozy pogody. Zdążyłem przyzwyczaić się do tego, że jesienna pogoda bywa w kratkę i wobec tego nie mogę sobie pozwolić na czekanie wyłącznie na pogodę słoneczną, bo mogłoby się zdarzyć, że jesień przesiedziałbym w domu.

Jeżeli po 20 października prognozy wskazują jakiś dzień, jako bezdeszczowy, to przygotowuję sprzęt fotograficzny, co głównie oznacza sprawdzenia naładowania akumulatorów oraz kart pamięci. Plecak, statyw i czekam.

Przychodzi oczekiwany dzień. Nawet, jeśli miało być słonecznie, a okazało się, że przyszły ciężkie ołowiane chmury zasłaniające całe niebo, lecz nie pada: jadę. Ale parasol na wszelki wypadek wkładam do plecaka. No i ważne są solidne buty terenowe, najlepiej za kostkę, odporne na wilgoć, bo w lesie często trzeba zejść z alejki. Ale przyda się i termos z czymś gorącym. Przez kilka godzin w lesie będę zdany tylko na siebie.

Będzie raczej mrocznie, bo to las, a wiele ujęć będzie miało miejsce w istnych tunelach pod koronami drzew. A na dodatek zachmurzenie. Zabieram więc ze sobą statyw. Na zdjęcia z ręki raczej bym nie liczył, bo nauczony doświadczeniem wiem, że, aby zdjęcia z ręki nie były ruszone, ISO musiałoby się wywindować tak wysoko, że obraz zacznie się od tego w szczegółach zanosić niemiłym szumem. Ćwiczyłem już to i efektem „wygody” łażenia bez trójnogu było ISO w automacie sięgające i 10 tysięcy. Zauważalnie tracił na tym detal obrazu. Ale zdjęcia, które z tego powodu straciły nieco ostrości, co widać wyraźniej przy powiększeniu, mają w sobie jakiś niesamowity magnetyzm, który nie pozwala wyrzucić ich, mimo tego mankamentu. Apogeum przebarwiania nie trwa długo, kilka dni, tydzień. Jeżeli mam trafić w ten okres, to muszę wybierać. I albo akceptuję słabe warunki oświetleniowe ze wszystkimi tego skutkami, albo czekam na lepszą pogodę, ale może się wtedy zdarzyć, że następnym razem drzewa będą już puste. Jestem przede wszystkim miłośnikiem tych krajobrazów z czerwonymi klonami, a nie niewolnikiem perfekcyjnie wykonanych zdjęć i nikt nie może mi zarzucić, że celowo, lub z niedbalstwa lekceważę pewne kanony wykonania technicznie poprawnej fotografii. Klonów przecież nie mogę sobie zamawiać, jak dania w restauracji, aby było odpowiednio przyprawione i na czas. Robię więc czasem nieco gorsze zdjęcia, ze świadomością, że następna okazja może będzie mogła się nadarzyć dopiero za rok.

Decyzja operacyjna. Jaki obiektyw podpiąć? Na co dzień do zdjęć spacerowych zazwyczaj używam 18-135. Ale postanowiłem przede wszystkim wypróbować Samyanga 10/2.8. Mój tegoroczny nabytek. Jeszcze w Rogowie z nim nie byłem. W ciasnych przestrzeniach miast i zabytkowych wnętrz sprawdził się już znakomicie, a jest to obiektyw w pełni manualny.

Jego światło to 2.8. Dobry na ciemniejsze miejsca, idealny w ciasnych uliczka miast i zabytkowych wnętrzach, ale że cel w lesie bywa przestrzenny i jego elementy bywają różnie od nas oddalone, czasem bardzo blisko, więc przesłonę dobrze będzie ustawić na jakieś 5.6. Czyli już taki jasny nie będzie, ale za to nie będzie problemu z głębią ostrości, której właściwe oszacowanie w lesie już nie raz okazało się dla mnie bardzo istotnym warunkiem akceptacji, względnie zadowolenia ze zdjęcia.

Taktyka marszu przez las zakłada, że najpierw obejdę go z Samyangiem, a potem zmienię go na SAL18-135 i będę wymiatać te miejsca, gdzie przydałoby się trochę zbliżeń. Akurat koło alpinarium wybudowano w tym roku zadaszenie. Powstaje tam Ogród Ginących Roślin Świata. Jest gdzie wygodnie usiąść i będzie to dobre miejsce do zmiany obiektywu. Mam zasadę, że nie wymieniam obiektywów w krzakach. Arboretum to tylko kilkadziesiąt hektarów. Kilka godzin na dwie rundki starczy.

Wreszcie jestem w Rogowie. Kupuję bilet wstępu i spokojnym krokiem ruszam przez las wypatrując czerwieni. Jest! Ale niestety nie taka, jak rok i dwa lata temu. To właśnie tegoroczna pogoda spłatała figla i wiele liści już opadło. Na szczęście nie wszystkie. Nie jest więc źle. Ultraszeroki kąt Samyanga pozwala penetrować takie miejsca pod drzewami, do których z SAL18-135 nawet bym nie próbował podchodzić.

Przepięknie wyglądają gałęzie z czerwonymi liśćmi klonów palmowych podglądane od spodu. Ale, aby to sfotografować kątem 76 stopni (18 mm), musiałbym w niektórych miejscach chyba wkopać się w głąb ziemi. A z Samyangiem i jego kątem 110 stopni, nie muszę. Wystarczy obrócić tylko obiektyw na statywie ku górze i już. Przydaje się uchylny ekran LCD. Ale przy zdjęciach z bliska powinienem kontrolować ustawienie fokusa. Tak dla zasady. Mój ILCA 68 ma w menu opcję ustawiania ostrości dla obiektywów manualnych i gdy zakładam Samyanga opcję tę wywołuję tylko jednym ruchem przycisku „menu” (tak sobie ustawiłem). Naciskam na środek joystick’a i pierścieniem fokusa na obiektywie ustawiam ostrość mając na podglądzie znaczne powiększenie obiektu. Odkąd doszedłem do wprawy, operacja ta zajmuje mi już tylko 3-4 sekundy, ale pośpiech w ustawianiu nie jest wskazany. Drzewo nie zając.

Czułość matrycy. Nie ustawiam przede wszystkim na „auto”, ani nie zaczynam od wyższych wartości. Dawniej tak ustawiałem i to był błąd. Sprawdzam czas przy ustawieniu najpierw na 100, potem 250. Przy tej drugiej wartości ISO - szum na moich jpg-ach też nie wystąpi. Nie powinienem dopuścić, aby czas wydłużył się ponad pół sekundy, bo wiatr może pobujać gałązkami i zdjęcie wyjdzie nieciekawie. To też już ćwiczyłem. Ale gdyby czas się jednak wydłużył, to można delikatnie podnieść ISO, albo, jeśli nie wystąpi problem głębi ostrości, można nieco powiększyć otwór przesłony. Warunki oświetlenia pod drzewami są zmienne, więc trzeba stale kontrolować równowagę pomiędzy sensownym ISO i nie za długim czasem migawki.

Balans bieli. No cóż, tego dnia niebo jest mocno zachmurzone, a do tego lekka poranna mgła. Ale z doświadczenia wiem, że to chyba nie o taką chmurę, jaką mam nad sobą, chodziło inżynierom opracowującym algorytm przetwarzania koloru w WB oznaczony ikoną chmurki. Z „chmurą” w menu, zdjęcia pod tą rzeczywistą chmurą tego dnia wychodzą nieco zbyt „ocieplone”. Opcja „auto” wychodzi jakby nieco zbyt „zimno”. Ok., mimo, że nie widać słońca, ustawiam na „słoneczko”, choć efekt ustawienia „w cieniu” wygląda na oko tak samo. Tak będzie chyba optymalnie. Mówię „chyba”, bo faktycznie dowiem się dopiero w domu, jak wyszło. Aparat mam ustawiony na RAW+JPG. Ewentualne korekty poczynię w komputerze, gdzie w razie czego zaprzęgnę do masowej roboty odpowiednie filtry balansu - i efekt kolorystyczny osiągnę w ułamku sekundy dla setek zdjęć jednocześnie. Używam do tego RawTherapee.

Tej jesieni przywiozłem z Rogowa nieco ponad trzysta zdjęć i 6 GB na karcie pamięci. Po wstępnej selekcji w Fast Stone Image Viewer zostały z tego dwie trzecie. Zostawię je, choć fajnie wyszło nie więcej niż pięćdziesiąt obrazków, a może nawet mniej. Ale tak to jest, gdy toczy się walkę z deficytem światła. I zawsze pozostaje jakiś niedosyt, że tam w lesie coś ustawiłem nie tak, jak powinienem - a poprawka dopiero za rok.

Obecnie, po tegorocznym naładowaniu moich duchowych akumulatorów widokami Rogowskiego Czerwonego Lasu, mogę czekać do następnej jesieni. I gdy przyglądam się niekiedy jesiennym fotografiom japońskich ogrodów znalezionym w Internecie, a potem patrzę na te z Rogowa, to dochodzę do wniosku, że nie ma specjalnej konieczności wybierania się aż do Japonii, aby ujrzeć tę cudowną czerwień.

Kilka godzin spędzonych w lesie to także radość dla płuc zmęczonych miejskim powietrzem, a taka większa dawka ruchu to świetne antidotum na zasiedzenie przy komputerze. Śpi się po tym, jak dziecko. 


Uwagi redakcyjne: 

Zdjęcia umieszczone w prezentacji pochodzą z moich zbiorów z lat 2015-2017.

Zdjęć nie podkręcałem Photoshopem. ;-)


  

sprzęt hobby
reklama
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze