Mój dzień z Huawei Watch GT

Dziś jest wtorek, 4 dzień kwietnia. Słońce wstało o godzinie 4:36 - a tak było przynajmniej w mieście, w którym mieszkam. Wychodzi więc na to, że podniosłem się z łóżka sporo ponad godzinę po tym wydarzeniu. W sumie nic w tym dziwnego - obudziły mnie dopiero promienie słońca wpadające przez okno, bo ktoś zapomniał zaciągnąć rolety do końca. Zapewne byłem to ja. Ale nie będę szukał usprawiedliwienia. Po weekendowym horrorze z bolącym, ułamanym zębem, wczoraj wylądowałem u mojego ulubionego stomatologa. Jego hasłem przewodnim jest maksyma, że:


Człowiek przychodzi do stomatologa zrelaksować się na porządnym i wygodnym fotelu. I nie ma prawa czuć bólu!

I w sumie ma rację, bo tak znieczula, że nawet przy leczeniu kanałowym żadnego bólu nie czułem. Ba, lata temu potrafił mnie znieczulić w taki sposób, że na jednym łuku zębowym potrafił najpierw naprawić zęby, a na koniec wizyty usunąć jeden, czy dwa. Gorzej było dopiero po powrocie do domu, gdy znieczulenie przestawało działać. Jednym słowem masakra! Po aplikacji leków "znieczulających" i odczekaniu odpowiedniej ilości czasu, poczułem się na tyle błogo, że dało się zasnąć. Pewnie pomocny był przy tym fakt, że poprzedniej nocy spałem może ze dwie godziny? Generalnie obudziłem się wyspany i całkiem rześki. Spojrzenie na zegarek Huawei Smart GT - w którym ostatnio nałogowo śpię, by korzystać z "fejczerów" smart-zegarka - i wszystko jasne.

Spałem nieco ponad 8 godzin - w sumie to do 8,5 godziny zabrakło jedynie ośmiu minut. Ale jak na mnie wynik rewelacyjny. Średnio bowiem to coś w granicy 5 - 6 godzin na dobę. Na dłuższe spanie przyjdzie czas na emeryturze, albo po śmierci - choć bardziej prawdopodobny jest ten drugi ze scenariuszy. Ale by ocenić jakość snu nieco bardziej szczegółowo, wystarczy szybko zerknąć do telefonu i do aplikacji Huawei Zdrowie. I co widzę?

Wniosek? Jest całkiem nieźle - 87 punktów na 100 to zdecydowanie najlepszy wynik, jaki osiągnąłem w czasie testowania zegarka. Jak widać niemal wszystkie parametry w normie. Faza REM nieco - bo o 1pp - za długa, ale to pewnie dlatego, że we śnie pracowałem w mojej drugiej pracy i robiłem rozliczenie godzin produkcyjnych. Szkoda tylko, że rano nie było żadnych rezultatów owej pracy w postaci plików na służbowym laptopie. Może i dobrze - nie będę miał dylematów moralnych, jak dużo czasu zaliczyć na poczet tej pracy. No i jeszcze czuwania trochę za dużo - ale to normalne, jak się ma małe dzieci i czasami trzeba do nich wstać; czy to przez ich zły sen, czy z jakiegokolwiek innego powodu. Patrząc na wskazania trzeba przyznać:


Stomatolodzy sprawiają cuda!

Poranek

A po pobudce to już standard - poranny prysznic, kawa, przepakowanie rzeczy i jedzenia do pracy, a później budzenie i szykowanie dziewczynek do przedszkola i żłobka. W między czasie szybkie kursy do służbowego laptopa, bo obiecałem, że wyślę rano zestawienie rozliczające do sprawdzenia urlopów i L4 pracowników produkcyjnych za miesiąc maj. 10-ty dzień miesiąca już w poniedziałek, więc trzeba się streścić, by ludzie dostali wypłaty na czas. Jak będzie kasa na koncie, ma się rozumieć.

Czynność za czynnością i krokomierz wyświetla coraz to wyższe wartości. Przed wyjściem z córkami do przedszkola i żłobka na tarczy zegarka pojawił się wynik powyżej 1 000 kroków. Jako że było już dość późno, zawiozłem dziewczyny samochodem. Szybko poszło, bo dzisiaj naprawdę jest pięknie. Uwielbiam porę wiosenną i lato, bo przynajmniej nie trzeba dzieci nałogowo ubierać i rozbierać. Teraz wystarczy ściągnąć czapkę z daszkiem, przebrać sandałki na kapcie i gotowe. Dziecko może lecieć do sali, a ja mogę wracać do domu, by odstawić samochód i zamienić środek transportu na motor. Tym bardziej, że dzisiaj naprawdę jest pięknie.

Droga do pracy

W tym miejscu trzeba jednak przyznać, że jazda na motorze wymaga przede wszystkim mocnych nerwów, sporego refleksu i dobrego ubezpieczenia. Przyda się jeszcze niepokazywanie filmów zarejestrowanych na kamerze swojej żonie. Po co ma się niepotrzebnie martwić o życie i zdrowie małżonka? A niestety osób, które uważają się za "święte drogowe krowy" jest na polskich drogach bardzo wiele. I to w każdej grupie - wśród pieszych, rowerzystów, kierowców samochodów, czy też kierowców motocykli i skuterów.

I muszę przyznać, że poziom kultury drogowej doskonale widać na wykresie pokazującym poziom tętna motocyklisty. Zaznaczony fragment to już dojazd do Centrum Gliwic. Pani z granatowego Renault nawet nie popatrzała za siebie, gdy wyjechała z miejsca parkingowego na drogę. No przecież ma większy samochód niż ja motor. Ona ma poduszki powietrzne, kurtyny, pasy bezpieczeństwa, kontrolowane strefy zgniotu. A ja? Odzież z założonymi ochraniaczami, rękawice z kevlar-em i kask. Trochę kiepsko w tym porównaniu wychodzę. Generalnie hamowanie awaryjne (ciekawe, czy przy przeciążeniu nie nabiły się jakieś dodatkowe kroki) i klakson. Ale widać niewiele one dały. Panią złapałem na kolejnych światłach. Podejrzewam, że klaksonu w ogóle nie słyszała. Skąd takie przeświadczenie? Przekleństwa z utworu, którego słuchała z aucie słyszałem 7 metrów od samochodu i to mimo założonego kasku. I tacy ludzie jeżdżą po drogach! Czasami tak sobie myślę, ile osób prowadzi samochód w ogóle się do tego nie nadając. Na szczęście mimo wszelkich przeciwności udało się dotrzeć do biura w jednym kawałku i bez uszkodzonej maszyny.

Praca

W końcu dotarłem do pracy. Pierwsze piętro, niezbyt długi korytarz i jestem w pokoju. Odpalam komputer i klimatyzację - koniecznie w tej kolejności, bo komputer działa jeszcze z klasycznym talerzowcem, więc nim się włączy, to trochę czasu upłynie. Szybkie spojrzenie na zegarek - kilka minut po wpół do dziewiątej. A ja na wykresie mam już ponad 2 000 kroków. Niby nic się nie robi, a kroki nabijają się niemal same. Pewnie w trakcie dnia szybko dobiję do kilku tysięcy - w końcu tu się idzie po kawę, tam na spotkanie, a w okolicach południa dobrze zejść na dół do stołówki i coś dobrego zjeść na obiad. Odpalam więc mail-a i zobaczę, z czym dzisiaj trzeba się zmierzyć. O, nie ma w nim prośby o przesłanie zaległej prognozy wyniku, bo tą zrobiłem i wysłałem w zeszłym tygodniu. Udało mi się choć trochę ten burdel w controllingu nowej spółki ujarzmić. Na jak długo? Nie mam pojęcia...

Krótka przerwa na wykresie tętna to oczywiście moment, gdy zdjąłem zegarek i podłączyłem go do ładowarki. Pomiędzy godziną 6:37 a 07:16, czyli w ciągu 39 minut zegarek naładował się, korzystając z portu USB 3.0 włączonego laptopa z poziomu 17% do 67%. Naprawdę całkiem dobry wynik! Teraz zdejmę go raz jeszcze i uzupełnię energię w baterii - tym razem pełne naładowanie nie powinno zająć więcej niż 30 minut. Swoją drogą ładowarka wyposażona jest w magnes, który wymusza poprawne podłączenie odpowiednich pinów zegarka Huawei Watch GT w czasie ładowania.

Ładowanie zakończone. Jednak w przypadku ładowarki sieciowej - o natężeniu prądu do 2A - ładowanie zegarka trwało do godziny 12:15, czyli łącznie około 47 minut. Trochę to dziwne, że na porcie USB 3.0 proces przebiegał sprawniej. Tym bardziej że przecież załączony do podstawki przewód, to klasyczny kabel USB zakończony z jednej strony pełnowymiarowym męskim gniazdem USB w standardzie 1.0/2.0, a z drugiej strony portem USB typu C.

Południe

Nastało południe. Czas więc na krótką przerwę na obiad. Spoglądając na zegarek nie sposób powstrzymać się od komentarza. Dzisiaj jednak bardzo dużo siedzę w pokoju przy komputerze. Nie ma dzisiaj biegania po piętrze, a spotkania dzisiejsze ograniczyły się w zasadzie do jednego - w dodatku trochę wymuszonego. Ale trzeba działać - budżety same się nie rozliczą. Nikt inny też nie sprawdzi, czy synchronizacja danych pomiędzy finansowym systemem ERP a programem do zarządzania projektami w końcu działa poprawnie. A już widzę, że nie - coś tu zaciąga złe kursy w przypadku faktur w EUR. Trzeba znaleźć źródło problemu.

Powrót do domu i popołudnie

Dniówka się kończy z lepszymi i mniej dobrymi akcentami... Dane dotyczące wydruków z plotera kolorowego z lat 2016 i 2017 gdzieś przepadły, a informatyk, który ma o tym jakiekolwiek pojęcie i dostęp do samego serwera, jest na urlopie do połowy czerwca. Fantastycznie! Dobrze, że chociaż znalazłem błędy w kwerendzie do synchronizacji danych. Firma wdrożeniowa na pewno się ucieszy, że czepiam się kilku tysięcy złotych, które wynikają z przyjęcia kursów EURO "z czapy". Cóż - nie moja wina. Naprawili jedną rzecz, a drugą zepsuli. W takim tempie to ta synchronizacja może zacznie działać pod koniec roku... Czas przebrać się, odpalić sprzęt i ruszyć do domu. Na razie z wysiłkiem nie poszalałem. Dniówkę kończę z 4 063 krokami i 10-krotnym wstaniem z miejsca po dłuższym okresie wymuszonej pozycji. Łącznie to spalone 192 kcal i przebyty dystans na poziomie 3,87 km. Ale przecież do końca dnia jeszcze daleko.

Standardowo powrót do domu na motocyklu. Przez moment nawet myślałem, by w trasie testowo uruchomić jazdę na rowerze, co by sprawdzić, jak wyglądają statystyki. Ale poczucie moralności i chęć pokazania wszystkiego poprawnie zwyciężyła. W czasie powrotu nie mogło obejść się bez niespodzianek i sytuacji, w których konieczne było uruchomienie refleksu. Na przykład oddano dzisiaj do użytku naprawioną nawierzchnię jednej z nitek wiaduktu na trasie Gliwice - Bytom (rano jechałem jeszcze po staremu). Bardzo fajnie, że drogi są naprawiane. Szkoda tylko, że służby przełożyły oznakowania, słupki i wszystko co konieczne, by zablokować drugą z nitek - znów będzie zwężenie i korki przez pierwsze dni - a tony piasku na nawierzchni pozostawili. Nie wiem, ktoś ma zamiar tam robić babki z piasku? Każdy, kto jeździ na motocyklu bądź rowerze wie, jak niebezpieczny dla jednośladów jest piasek rozsypany na nawierzchni drogi.


Panowie drogowcy, nie tędy droga!

Wjeżdżając już do Piekar Śląskich znowu wymuszenie pierwszeństwa. Mimo reklam w radiu i telewizji mentalność ludzi się nie zmienia. Na podporządkowanej stoi czerwony VW. Pani się rozgląda - uważam to więc za dobry znak. Ale po chwili zmienia zdanie i decyduje się ruszyć. Myśli pewnie: "Co tam, zdążę!" A jednak nie zdążyła! Przeceniła możliwości przyśpieszenia swojej "polówki" w konfrontacji z jednośladem. Ale byłem na to przygotowany. Nie chcę w tym miejscu wyjść na szowinistę, ale mam coś pecha do kobiet za kierownicą. I wcale nie uważam, że kobiety za kierownicą to pomyłka. Znam kilka takich, z którymi wsiadłbym i bez obaw wybrał się w podróż na drugi koniec Polski; ba, nawet Europy! Ale jest też rzesza takich, z którymi bałbym się podjechać do "spożywczaka" za rogiem. Dalsze kilometry były już w miarę bezpieczne - i dla mnie, i dla mojej "bestii". :)

Jestem już w domu i korzystając z faktu, że nie ma w nim nikogo - małżonka odebrała dziewczyny i zabrała je pewnie na plac zabaw - zabiorę się za odkurzanie. Lubię, jak jest czysto! Mieszkanie takie średnie, ale zakamarków i miejsc do obskoczenia trochę jest; tym bardziej że wszędzie albo panele, albo kafelki. Nie myśląc długo klikam na moim smartwatchu Ćwiczenia inne, włączam odkurzacz i biorę się za odkurzanie. Jaki rezultat? Zaraz zobaczymy...

Przyznam szczerze, że sam jestem nieco zdziwiony, gdy patrzę na statystyki w aplikacji Huawei Zdrowie. Co widzę? Już pokazuję i piszę.

Otóż odkurzenie 60-metrowego mieszkania to wzmożony, 30-minutowy wysiłek, który oznacza spalenie energii na poziomie 192 kcal. Co ciekawe to dokładnie tyle samo, ile przez większą część dnia spaliłem będąc rano w domu, odprowadzając dziewczynki do przedszkola i żłobka, jadąc do pracy oraz pracując w niej zawodowo przez całe 8 godzin. Tylko jedno słowo może oddać moje zdziwienie:


Szok!

Wieczór

W przypadku innych ćwiczeń wyświetlane statystyki są dość mocno ograniczone. Inaczej jest jednak, gdy skorzystamy w konkretnego profilu ćwiczeniowego zdefiniowanego w zegarku. Fajnie i te byłoby sprawdzić. A że akurat dobrze byłoby udać się do apteki, to może zamiast iść, po prostu - wzorem Forresta Gump-a - pobiegnę? Pewnie, a co! Zakładam zatem krótkie spodenki, koszulkę termoaktywną, wygodne buty i w drogę. Apteka bardzo blisko, więc zaraz po niej skoczę na plac zabaw zobaczyć, czy moje kobiety nie zbierają się przypadkiem do domu. Włączam Bieganie w terenie i startuję...

Muszę przyznać, że bieganie zakończyło się szybciej, niż zakładałem - w dodatku z przerwą na odebranie służbowego telefonu. Rodzinkę spotkałem bowiem już poza placem zabaw. Ale może to i dobrze, bo przy takim upale naprawdę ciężko się biega - a już w ogóle, gdy się jest na środkach przeciwbólowych i z obolałą twarzą.

Pominę mój niewielki dystans i już dłużej nie będę się tłumaczył, bo i po co? Zarejestrowane statystyki pokazują dokładną trasę przebiegu nałożoną na Mapy Google oczywiście dzięki danym zebranych przez modułu GPS. Mamy też określone średnie tempo biegu oraz kilka wykresów, przedstawiających:

  • dynamikę tętna,
  • tempo biegu,
  • kadencje, czyli ilość kroków na minutę,
  • przekrój wysokości terenu.

Ostatnia z zakładek pokazuje zaś podsumowanie aktywności, łącznie ze średnią długością kroku i różnicami pokonanych wysokości. W sumie 134 kcal w 15 minut - nie jest źle!

Kroczek do kroczka...

Gdy przychodzi wieczór, a ma się do tego małe dzieci, scenariusz działań niemal każdego dnia jest taki sam - no może poza kolejnością poszczególnych elementów. Mamy więc kolację, mycie oraz kładzenie do spania i usypianie. Czasami jeszcze sprzątnie zabawek, ale koniecznie wspólnie. Dzisiaj mimo sporego zmęczenia dziewczyn, wieczorny rytuał trwał wyjątkowo długo. Dopiero teraz mogę spokojnie usiąść i uruchomić laptopa, by dokończyć wpis oraz przysiąść do pracy zawodowej. Noc więc tym razem będzie dość długa i pracowita. Ale spojrzę jeszcze raz na zegarek. Co widzę?

Mimo pracy biurowej i w miarę spokojnego dnia, cel 10 000 kroków osiągnąłem bez większego wysiłku. To chyba dobrze. Teraz czas popracować i położyć się spać o normalnej porze - czyli na pewno sporo po północy...

Podsumowanie

Ostatecznie dzień 4-go czerwca zakończyłem z sumą kroków na poziomie 12 294. Przyznam szczerze, że gdyby nie Huawei Watch GT nie wiedziałbym, że zrobienie 10 000 kroków w ciągu jednego dnia nie jest jakimś mega wyczynem. Szczególnie jak przez 8 godzin nie siedzi się cały czas w fotelu, a do tego ma się małe dzieci, za którymi jeszcze trzeba czasami pobiegać. Dystans pokonany wyniósł w przybliżeniu niemal 12 km, a wysiłek zaowocował spaleniem około 706 kcal. Czyli tego dnia chyba większość skonsumowanych rzeczy poszła w brzuch. :)

Posłowie

Tak już całkiem poza konkursem zastanawialiście się, ile można kroków zrobić, bawiąc się na weselu? Sprawdziłem to w weekend z Dniem Dziecka. Łącznie ponad 10 000 kroków. Co więc zrobić, by spokojnie osiągnąć rezultat minimum 10 000 kroków w ciągu dnia?


Udaj się na wesele i baw się dobrze! Ale koniecznie z Huawei Watch GT! :)