Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

O ja... czyli o porządkowej organizacji IEM 2015 słów kilka

IEM to bez wątpienia wielkie wydarzenie, wręcz święto dla wielkiej rzeszy fanów cyfrowej rozrywki. Nie inaczej było i w tym roku. Finał rozgrywek światowych znów zawitał do Polski i w skromnych progach katowickiej infrastruktury dane nam było podziwiać rozgrywki na naprawdę wysokim poziomie, kibicować drużynom czy oglądać sprzęt przygotowany przez wystawców. A że imprezę przygotowywano tu już trzeci raz, wszystko powinno pójść "jak z płatka". Jak się jednak okazuje - nie do końca. Ale może zacznijmy od początku.

Początek radości...

Nie ma chyba nikogo, kto interesując się rozgrywkami światowymi, nie cieszył się z faktu, że po raz kolejny IEM odbędzie się w katowickim Spodku. A mogło być jeszcze piękniej, bo dzięki portalowi dobreprogramy.pl można było otrzymać bezpłatną wejściówkę na imprezę - bez konieczności stania w kilometrowej kolejce i bez konieczności moknięcia w strugach deszczu - bo to ostatnio coś tradycją jest, że gdy odbywa się IEM, to na Śląsku pada deszcz... Jakieś przemyślenia poparte dowodami?

"Do trzech razy sztuka" - więc w tym trzecim roku miało być jeszcze lepiej. Wszystko dzięki temu, że w centrum Katowic, zaraz obok Spodka powstało Międzynarodowe Centrum Kongresowe (MCK bądź z angielskiego ICC). To właśnie o powierzchnię tego obiektu miał powiększyć się teren IEM. Według informacji dostępnych w sieci takie połączenie miało korzystnie odbić się na przebiegu mistrzostw - rozgrywki w hali Spodka, natomiast wystawy sprzętu i wszystko, co dodatkowe podczas IEM, swoją siedzibę miało mieć w hali MCK. Pomyślałem, że to świetne rozwiązanie, bo mniej osób będzie kręcić się w miejscu partnerów, a i sama impreza będzie jakaś spójniejsza; nie będzie też problemu z bardzo ograniczoną przestrzenią dla wystawców. A to oznacza, że będzie ich więcej. Fantastycznie!

r   e   k   l   a   m   a

Początkowo miłe zaskoczenie, później beczka, tak, beczka dziegciu...

Podobnie jak w poprzednim roku, na IEM umówiliśmy się większą, dobroprogramową grupą. Spotkanie w okolicach Spodka ustaliliśmy około godziny 13-tej. Nie bez powodu taki wybór - posiadając wejściówki chcieliśmy uniknąć stania w kolejce... W poprzednim roku nawet posiadając bilety, musieliśmy odstać swoje; nie inaczej - w deszczu! Pomysł okazał się trafiony w 100% - odziani w pomarańczowe kurteczki ruszyliśmy do wejścia i po trzech minutach byliśmy już w środku.

Wewnątrz zastaliśmy oczywiście tłumy fanów, rzeszę zwiedzających oraz licznych uczestników cosplay. Większość przechadzała się po koronie Spodka, na której oprócz kilku stoisk partnerów znajdowały się punkty, w których można było kupić fast-fooda, frytki i Colę do tego. Nie zostawało więc nic innego, jak a korony wejść na sektory, by zobaczyć wspaniale przygotowane sceny, na których toczyć miały się rozgrywki. I tutaj pojawiła się chwila konsternacji.

Sceny? Jakie sceny? Czy oby na pewno liczba mnoga?

Jak się okazało, wewnątrz ustawiona była tylko jedna scena, na której w sobotę odbywały się rozgrywki w League Of Legends. Położona w centralnej części płyty determinowała jedynie połowiczne wykorzystanie przestrzeni Spodka. Nie lepiej było ustawić dwie sceny, wykorzystując całą dostępną przestrzeń obiektu? Nie byłoby to optymalne rozwiązanie? Teraz wiem, że to byłoby pyszne. A tak pewne stało się jedno - kolejne miejsca rozgrywek muszą być zlokalizowane w MCK. I tu pojawiał się wcale nie drobny problem. Tylko jednym wyjściem ze Spodka możliwe było dostanie się do drugiej z lokalizacji IEM. Sposób fatalnego oznaczenia na szczęście równoważyli dobrze poinformowani ochroniarze. Nie zmienia to jednak faktu, że kolejka do wyjścia była ogromna - zlokalizowana w okolicach szatni tylko potęgowała ścisk. Jak śledzie w beczce (stąd też brak jakichkolwiek zdjęć) cierpliwie czekaliśmy na wyjście - udało się po jakiś 45 minutach. Nie oznaczało to jednak pełnego sukcesu - ciężko mówić nawet choć o połowicznym. Przywitała nas bowiem kolejna ogromna kolejka - tym razem do wejścia do budynku MCK.

I co, mamy kolejne cenne minuty tracić na wystawanie w kolejce? Przecież mamy bilety. Czy one nic nie znaczą? Nie ma jakiegoś osobnego wejścia dla osób z biletami? W rozwianiu wątpliwości pomógł nam jeden z ochroniarzy. Choć przyznam, że zupełnie nie takiej odpowiedzi się spodziewałem.

Bilety uprawniają tylko do wejścia na obiekt!

Że co? No ja Was proszę. Co to za bubel przy przygotowaniach? To za co płaci się pieniądze, niemałe pieniądze w przypadku biletów na IEM? Za to by bez kolejki wejść na obiekt i kupić sobie hot doga? Przecież równie dobrze można zrobić to w 100 innych miejscach centrum Katowic, niekoniecznie w Spodku podczas IEM. Nie kryję, byłem zawiedziony, zbulwersowany. A co dopiero miały powiedzieć osoby, które za wejście na IEM zapłaciły z własnej kieszeni? Jak się bowiem okazało w tłumie osób oczekujących na wejście do MCK grupa "biletowców z opaskami na rękach" wydawała się naprawdę spora.

I gdyby chodziło o samo stanie w kolejce, naprawdę nie byłoby problemu. Ale przy tej okazji wyszedł niestety jeszcze jeden bubel. Okazało się, że w przejściu pomiędzy obiektami zabrakło klasycznych bramek ułożonych w ślimaka - takich samych jak przed wejściem do Spodka... Zamiast nich zamontowano normalne proste barierki blokujące wejście, same zaś wejścia w ilości sztuk dwóch - kontrolowane przez ochronę, a jakże! - ustawiono na skrajnych krańcach barierek. Wiem, niezbyt to odkrywcze. Ale co to powodowało? Za sprawą samych obecnych zapewniało porządkową tragedię, która mogła się naprawdę źle skończyć. Ludzie przepychali się, popychali, napierali na tych z samego przodu, a osoby stojące w środku tłumu nie dość, że zbite jak sardynki w beczce, dodatkowo ruchami tłumu były rzucane "to tu, to tam". Aż wolę nie myślę, co by się stało, gdyby ktoś się tam przewrócił, a tłum nadal napierałby. I o tragedię naprawdę nie byłoby trudno. Staliśmy tak w deszczu z dobroprogramową ekipą jakąś godzinę - tylko przez pierwsze 15 - 20 minut posuwaliśmy się do przodu; później już tylko stagnacja i ciągłe ruchy tłumu, których nie dało się w żaden sposób opanować. Pod koniec naszego czekania na wejście zrobiło się takie - wybaczcie - bydło, że musiała zapaść decyzja.

Wracamy do Spodka, a później uciekamy na pizzę. Lepiej oszczędzić sobie nerwów i nie narażać życia przy próbie wejścia do MCK.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze raz przeszliśmy się po koronie Spodka i kierowaliśmy się do wyjścia, przez które nota bene nie tak łatwo było przejść. Ochroniarz uparcie twierdził, że służy tylko do wchodzenia; nie mam pojęcia skąd on wziął taki pomysł. Opuszczając obiekt i kierując się w stronę pizzerii nie kryliśmy w rozmowie naszego niezadowolenia. Coś, co miało być wielkim atutem, wartością dodaną, okazało się ogromną porażką, ujawniającą porządkowe niedoróbki. Nie, niedoróbki to zbyt łagodne słowo; porządkowe partactwo brzmi zdecydowanie lepiej. Aż na usta sam przychodził znany tekst:

Miało być tak pięknie, a wyszło... jak zawsze.

To jednak nie koniec...

Pod koniec "pizzowego spotkania" zrodził się jednak pomysł powrotu na IEM. W sumie Samurai i tak musiał załapać się na tramwaj odjeżdżający z okolic Spodka, więc nic nie traciliśmy. A można było zyskać drugą szansę na zajrzenie do stoisk wystawców i zobaczenie całej imprezy, a nie tylko niewielkiego jej fragmentu. Pojawiła się też szansa na zmycie brudów porządkowego bałaganu. I tutaj naprawdę ogromny szok - weszliśmy na obiekt bez żadnego problemu, w ogóle nie korzystając z opasek, które do tej pory mieliśmy na rękach. Wieczorową porą wpuszczano bowiem wszystkich bez konieczności czekania. Ciekawe tylko, czy faktycznie o tej porze już tak niewiele osób krążyło po obiekcie, czy ochrona po prostu odpuściła sumowanie osób? Coś mi wydaje że chyba bardziej to drugie.

Omijając nawet samo wejście do Spodka od razu skierowaliśmy się do wejścia na teren MCK. I mimo sporej ilości osób stojącej na placu między obiektami, potrzebowaliśmy jakiś 10 minut, by znaleźć się w środku - tym razem nie odnotowaliśmy przepychanek, falowań tłumu czy innych sposobów na "cheat-erskie" przejście kolejki i wejście do środka.

W końcu się udało - byliśmy z Samuraiem naprawdę mega zadowoleni: raz - z tego, że postanowiliśmy zrobić "drugie podejście", a dwa - że tak szybko udało na się wejść do środka MCK. Wewnątrz wręcz poraziła nas ilość wystawców, ogrom sprzętu, mnogość konkursów i tego wszystkiego, co składa się na Intel Extreme Masters. Można więc było zrobić zakupy w promocyjnych cenach, pograć i przetestować sprzęt na świetnie przygotowanych stanowiskach, pooglądać rozgrywki (sami z Samuraiem oglądaliśmy, jak polska drużyna CS'a pożegnała się z dalszymi rozgrywkami) oraz samemu załapać się na konkursy z atrakcyjnymi nagrodami. Udało się też nam spotkać się z częścią redakcji dobrych programów. Trzeba przyznać, że wypad na IEM należy zaliczyć do udanych!

Dobrze, że wróciliśmy. Było naprawdę fajnie! :)

PS1. Zgodnie z obietnicą, zawartą w tym komentarzu, udało mi się wystartować w konkursie składania zestawu komputerowego na czas. W tym roku osiągnąłem czas 39 sekund; Samurai mógł poszczycić się nieznacznie gorszym czasem. Zatem udało się. Jednakże osiągnięty wynik w żaden sposób nie mógł zagrozić sobotniemu rekordowi: 24 sekund. Aczkolwiek krążą plotki, że zwycięzca przy składaniu komputera cheatował - posiadał bowiem 4 ręce. :P

PS2. W trakcie imprezy hostessy z Virgin Mobile zagadywały obecnych proponując zakup starterów operatora. Kusiły - a jakże! - konkursem, w którym do wygrania była specjalna wersja gry Dying Light, z koszulką i dodatkowymi gadżetami. Wystarczyło wysłać z zakupionego startera SMS'a zachwalającego sieć i czekać na wyniki. Co tam - pomyślałem - 5 złoty to żaden koszt. Jak się okazuje, opłacało się. Nagroda wygrana, dane adresowe do przesyłki podane, czekam już tylko na jej otrzymanie. Tylko na czym ja odpalę tę gierkę? :) 

gry inne

Komentarze