Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

[Felieton] Chyba się starzeję…

Na komputerze rodziców (512 RAM-u, Celeron 2 GHz i ogólnie te klocki) od kilku lat sobie pracował Windows XP. Nie działał on nigdy wybitnie, ale też zawsze działał tak, że nie było na co specjalnie narzekać. Od pewnego czasu, niestety, przestawał działać tak sprawnie jak wcześniej, mimo że nikt tam nie przeglądał „dziwnych” (czyli tych związanych z pierwszymi czterema literami i trzecią od tyłu literą słowa w cudzysłowie) stron, nikt nie instalował nadmiarowego oprogramowania, nikt nie próbował go nigdy naprawiać po rosyjsku (5-kilogramowym kluczem francuskim).

Komputer nie był nigdy rozbudowywany (grzebanie w sprzęcie nigdy aż tak mnie nie rajcowało, a sam komputer miał status „działającego” i wolałem nie zmieniać tego). Czy więc za jego postępujące zwalnianie ponoszą odpowiedzialność coraz bardziej opasłe programy (Firefox, Thunderbird, Skype, LibreOffice, czyli to co każda gosposia potrzebuje żeby ugotować zupę dla 5-osobowej rodziny mieszkającej na Podbeskidziu)? A co innnego jeśli nie to? Nie wiem już sam jak to jest z tymi teoriami spiskowa jakoby Windows samoczynnie prowadzi do autodestrukcji…

W każdym razie jakieś 2 tygodnie temu po przerwie (kiedy to nie był potrzebny) ponownie zainstalowałem Skype'a, a jakiś tydzień później komputer zaczął zachowywać się jak coś pomiędzy głodnym zombie, a litrowym wiaderkiem do którego ktoś próbuje wlać dwa litry wody…

r   e   k   l   a   m   a

Komputer ma działać. Sprawnie… Rodzice mnie już posyłać chcieli z wioski do miasta, co bym nabył woreczek RAM-u na dobry początek (mam złe doświadczenia z niedomiarem RAM-u (nie mylić z margaryną) w organizmie komputera, więc odgłos wciąż pracującego dysku wskazywał, że system zrzuca dane, kiedy coś innego próbuje zacząć działać). Awaryjnie jeszcze zakumplowałem do telefona z pytaniem, czy może nie ma jakiegoś złomu w muzeum na rogu drzwi i szafy na stare graty, ale niestety dowiedziałem się tylko tyle, że gdybym ja miał trochę RAM-u na zbyciu, to wspomniany jegomość chętnie przyjmie na rzecz usprawnienia działania jego własnego sprzętu.

Leniwy jestem, do centrum aż tak jeździć mi się nie chce, żeby połazić po kanciapach mieszczących się często w lokalizacjach, w którym w nocy chyba bym się czuł nie najbezpieczniej. Jak ostatnio szukałem jakiejś karty graficznej sprzed 10 lat, to znalazłem np. komis komputerowy połączony ze szmateksem (sic!). Sami więc widzicie… Odkurzanie Windowsa XP również nie wchodziło w grę. Nie jestem fanem tego systemu, szczególnie dlatego, że pierwsze połączenie z internetem w celu ściągnięcia jakiegoś antywirusa wystarcza za uzasadnienie do jego instalacji. Jeśli nie wiecie co mam na myśli, to na prawdę musicie mieć niezłe szczęście…

Pisałem, że komputer ten pracował pod WinXP. Mimo to od jakiegoś czasu czas było tam również zainstalowane Ubuntu 10.04. Tak właśnie i nie inaczej. Pojawił się tam w czasach, gdy był czymś świeżym. Ja Linuksa poznałem niewiele wcześniej i byłem akurat wtedy nim dość zafascynowany, choć na sposób raczej typowo neostradowy… Z tego względu postanowiłem podczas wakacji, kiedy przez chwilę z z tego komputera korzystałem, umilić sobie czas pracując na systemie, który trochę bardziej lubiłem niż Windowsa. Kolejnym krokiem była próba przekonania rodziców do Linuksa, bo przecież „on jest taki fajny i w ogóle”. Nieskutecznie… Sam z obecnej perspektywy kiepsko wspominam ten system. U mnie sprawdzał się dobrze (nie licząc Compiza, który zawsze ssał) z reguły tylko do czasu, gdy nie próbowałem w niego choćby w najmniejszy sposób ingerować. Canonical w tamtym czasie udowadniało, że zepsucie Linuksa, wbrew krążącym przypowieściom, było relatywnie proste. Trochę inne doświadczenia ma przyjaciel, który stara się podkreślać zawsze, że nie zna się na komputerach. Sam sobie zainstalował tę wersję Ubuntu, ale jak go rok temu odwiedzałem, to widziałem, że ten kolega ma na prawdę cierpliwość, bo pulpit ukazywał przede wszystkim artefakty wywołane błędami Compiza. Czasem prowadziły one do znikania istotnych części okien. Cóż, system LTS…

Mimo braku zainteresowania ze strony rodziców pomyślałem, że mógłbym spróbować sobie uprościć życie instalując po raz ostatni Linuksa, a nuż… Uzbrojony w świadomość, komputer łyknie Linuksa bez głosu sprzeciwy jego flaczków, postanowiłem zasugerować się popularnymi ostatnio opiniami o Ubuntu oraz dość świeżymi własnymi wspomnieniami i… Xubuntu :)

Może to się wydać śmieszne, ale urzekło mnie pierwsze wrażenie jakie robi Xubuntu 12.04 LTS. Miesiąc wcześniej testowałem tę dystrybucję na innym staruszku i już wtedy spodobała mi się bardzo elegancka, nowoczesna, czytelna i dość spokojna szata graficzna. Xfce zaś ostatnio jest lansowane na środowisko, w którym odnajduje się wielu fanów Gnoma 2.32. Ponadto od zawsze był to przykład systemu, który będąc nowoczesnym, równocześnie ma skromne wymagania sprzętowe. Można sobie jednak zadać pytanie:

WTF?

Bo Linux to jednak nie takie dla leniwych do końca. Trzeba go skonfigurować przecież, naprawiać to wszystko co nie działa (a często coś nie działa, bo nie…).

Nie liczyłem ile trwała instalacja. Na pewno krócej niż obejrzenie jednym tchem całego Twin Peaks i zrozumienie go. Z resztą to był najmniejszy problem, bo to się jeszcze robiło samo. Uzbrojony we wspomnienia o Ubuntu 10.04, racjonalnie za instalację zabrałem się niedługo po południu, by uporać się w jeden dzień ze wszystkimi problemami, które się pojawią. Sam instalator był milusi. Jeśli ktoś twierdzi, że w Win8 instalator jest super, niech kupi sobie czym prędzej 0,5 szkockiej na zdrowie…

Na dzień dobry instalacja kodeków i programów do których rodziców przyzwyczaiłem, czyli Firefox, Thunderbird, LibreOffice. Ale po pierwszym uruchomieniu oprogramowanie to już było zainstalowane i ładnie wpasowane w system (np. obszar powiadomień z kopertą informującą o nowych wiadomościach Thunderbirda). Jeszcze podczas procesu instalacji zauważyłem opcję doinstalowania na dzień dobry kodeków. Spoko! Zamiast LibreOffice jest AbiWord, którego tylko z nazwy kojarzyłem. Doinstalowałem więc LO i zabrałem się za konfigurację Thunderbirda. Dodałem dane konta i zaczęło się ssanie poczty (ulubionym protokołem MS, czyli IMAP). Bingo! Wydawało mi się, że odkryłem Amerykę i za problem spowalniania komputera miała okazać się poczta. Mama nie wiedziała, że można / warto usuwać niepotrzebne mejle, więc uzbierała ich 2 tysiące (ćwierć tego to były same powiadomienia z NK i FB :P ). Nie dużo, jeśli się ma sprawny komputer biurowy, ale przy tej maszynce, taka ilość na zwykłego użytkownika internetów wydała mi się sporą. Zwątpiłem jednak w racjonalność tego argumenty, gdyż Linux miał tę samą pocztę do „przemyślenia”, a działał w sumie normalnie, jak powinien, więc wniosek jest taki, że Windows nie dlatego spowolnił (czyli jednak teoria spiskowa?).

W drugiej turze postanowiłem zainstalować Skype'a. Przyznam szczerze, że zawiodłem się tym razem na rozwiązaniach Canonical. Żeby mieć Skype'a zainstalowanego koszernie, tj. ze sklepu z aplikacjami, należy dodać repozytoria partnerów. Ale nie po prostu repozytorium z programami, tylko repozytorium z KODEM ŹRÓDŁOWYM (sic!). Nie mam pojęcia gdzie w tym logika. Zwykły użytkownik by sobie z tym nie poradził, tego jestem pewien… Sam Skype, jak pewnie wielu z was wie, wygląda jak pół dupy zza krzaka w porównaniu z tym co jest w ofercie dla Windowsa. Nie dziwi mnie to w sumie. Tylko twórcy Skype'a mogli tak kapitalnie rozwinąć biznes związany z oprogramowaniem… Może dla niektórych będzie ciekawostką, to co kiedyś przeczytałem o rozwijaniu tego programu. Skype na Windowsa jest napisany w Delphie + pewnie WinAPI. Na makowy system OS X dla odmiany jest to Objective-C z natywną biblioteką od GUI tego systemu (nie znam się, więc nie brnę, żeby nie nakłamać). Na Linuksa wreszcie postanowiono koło wymyślić po raz trzeci tworząc od zera program w C++/Qt.

GZGZGZGZGZGZGZGZGZGZ…

Okej, instalacja jest za mną, teraz ścieżka zdrowia… Dźwięk w Skypie! Ile razy zdarzyło wam się, że Skype zaraz po instalacji był od razu gotowy do użytku? Ach, mnie też nigdy! Nawet na mitycznym Windowsie inteligentnie głośność mikrofonu domyślnie zawsze miałem zjechaną do zera, a dokopanie się do opcji ustawiania tego nigdy nie było czymś trywialnym na Windowsie… Odpalam więc echo test, żeby zrobić listę rzeczy do poprawy. Opowiadam komputerowej pani historie mojego dzieciństwa. Już mam opowiedzieć o tej nocy kiedy wraz z moim kolegą, po ciemku, pod kocem, bez… GDY NAGLE SŁYSZĘ PIP oznaczające koniec nagrywania i po chwili okazuje się, że wszystko się elegancko nagrało, Skype działa bez kiwnięcia palcem. Tyle… Tylko tyle i aż tyle… To się nawet największym kucharzom nie śniło *_* a właśnie byłem tego świadkiem. W tym momencie wiedziałem już, że moje życie nigdy nie będzie już takie samo jak wcześniej…

Czy to już koniec? Och, wtedy jeszcze myślałem, że to była moja nadnadnadnirwana… Te kilka dni temu czułem, że w pokoju unosi się woń rumianku, a dźwięk zsuwającego się śniegu po dachu przypominał szum fal…

Te kilka dni aż do dzisiaj były niczym sen. To nie mogła być prawda, wiedziałem to, ale przecież przeżyłem to… Ale świat idzie do przodu. Dziś mama poprosiła mnie bym jej dwukrotnie wydrukował jeden dokument… Amen. Wiedziałem, że gdzieś brakuje jakiegoś puzzla w tej układance. Od razu przypomniały mi się obrazu jakie widziałem, gdy konfigurowałem po raz pierwszy drukarkę na Ubuntu 10.04… Mama stała obok komputera i patrzała na drukarkę naiwnie sądząc, że za chwilę będzie po wszystkim. Przypomniały mi się wtedy ostatnie zajęcia z podstaw negocjacji i powiedziałem jej grzecznie, że warto by na jakiś czas znalazła sobie jakieś zajęcie, a ja postaram się jeszcze tego samego dnia jej przynieść choćby jeden wydruk. Najpierw dla rozluźnienia postanowiłem się pobawić trochę menu. Drukarkę będę instalować później… Skaczę sobie po opcjach, a tam Drukowanie. No fajnie, jest kolejka drukowania, zawsze to jakiś postęp w świecie systemów operacyjnych. Naciskam, a tam ładny menadżerek konfiguracji. CUPS ma prawdziwe GUI? No, ale naciskam Dodaj, a tam tylko „wybierz z listy” i klepsydra zamiast kursora. Ale po chwili pojawiła się druga opcja, czyli automatyczne wykrywanie urządzeń podpiętych kabelkiem. Z ciekawości nacisnąłem guzik i włączyłem drukarkę. Pojawiła się długa lista wybierania opcji. Nie zdążyłem pomyśleć, a tym bardziej niczego wybrać (grzecznie najpierw staram się myśleć, a potem naciskać knefle), kiedy okazało się, że po włączeniu drukarki wszystko samo się zrobiło, a w rogu ekranu pojawia się chmurka, gdzie napisane było, iż poprawnie określony model mojej drukarki jest już gotowy do użytku… W ekstazie włączam tylko AbiWord (pal licho LibreOffice), wybrałem drukowanie, a za chwile dwie kartki miałem już dokładnie tak wydrukowane jak mama mnie prosiła. Wszystko zajęło jakieś pół minuty, licząc od prośby by mama wyszła z pokoju i dała mi trochę czasu.

···::: nadnadnadnadnirwana :::···

PS


Jakoś tak dawno nic nie pisałem zniechęcony konkursem na blogi o Win8. Więc trochę jak wulkan, albo żeglarz po rejsie w burdelu, miałem obfitą eksplozję dziś na blogu. Idioto-odporność Xubuntu po prostu przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Nie mogłem o tym nie napisać. A forma felietonu, bo jakoś najłatwiej było mi…

PPS


Niech mi ktoś wytłumaczy co to @#$%^ jest proces bezczynności systemu, proszę. Dlaczego to coś, czymkolwiek to jest, sugeruje mi w WinXP, że bezczynności systemu wymaga zużycia 90% czasu procesora?

PPPS


Jak zwykle dziękuję Maćkowi za nieocenioną pomoc i korektę :) 

windows linux sprzęt

Komentarze