Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Drugie życie netbooka

Gdy w 2010 r. zaczynałem swoją przygodę z dziennikarstwem, musiałem sprawić sobie w miarę sensowny sprzęt do pracy poza domem. Na topie były wówczas netbooki, wybór padł więc na MSI Wind U135DX. Przez lata dzielnie mi służył, ale z każdą aktualizacją preinstalowany Windows 7 stawał się coraz bardziej ociężały. W końcu więc przesiadłem się na znacznie zwinniejszego Linuksa Zorin, ale wypuszczenie zachwalanego Windowsa 10 build 9926 skłoniło mnie do sprawdzenia, jak Microsoft radzi sobie z optymalizacją systemu.

Technikalia

Zadanie mogło wydawać się karkołomne, bo już w momencie zakupu netbook nie prezentował się zbyt okazale. W jego bebechach znajdziemy:


  • CPU Intel Atom N455 1,66 GHz (1 rdzeń, 2 wątki),
  • 2 GB DDR3 1066 MHz,
  • zintegrowany akcelerator grafiki Intel GMA 3150,
  • 250 GB HDD WD Scorpio Blue (5400 RPM),
  • 10.1-calową matrycę z rozdzielczością 1024 x 600 px.

Nie ma za bardzo czym poszaleć, ale z drugiej strony – wymagania Windowsa 10 są jeszcze niższe. Kłopot mogła jedynie sprawiać niezbędna minimalna rozdzielczość 1024 x 768 px.

r   e   k   l   a   m   a

Instalacja systemu

Niezrażony tym faktem zabrałem się za aktualizację systemu, aż mój entuzjazm został gruntownie ostudzony:

Nie będę ukrywał zaskoczenia – według specyfikacji Intela procesor mimo lat na karku spełnia wszystkie wymagania, a tu Windows staje okoniem i twierdzi, że jednak nie. Gmeranie w ustawieniach BIOSu nie na wiele się zdało, bo opcji dotyczącej NX/XD-bit tam po prostu nie było. Udałem się więc z wirtualną prośbą do oddziału MSI o pomoc w tej sprawie i po 6 dniach intensywnego przerzucania się mailami w tę i z powrotem udało nam się wreszcie ustalić, że winę ponosi... Windows. Krótko mówiąc, wygląda na to, że w chwili obecnej program aktualizacji nie rozpoznaje poprawnie parametrów procesora i niesłusznie wywala błąd; tymczasem wystarczy utworzyć bootowalny pendrive, by wszystko poszło gładko. Niestety, w tym przypadku trzeba pogodzić się ze stawianiem systemu od podstaw.

Ty brzydki sterowniku, ty...

Po dłuższym oczekiwaniu Windows 10 uruchomił się, zsynchronizował z kontem Microsoft i pobrał wstępne ustawienia profilu. Interwencji wymagały jedynie sterowniki zintegrowanego akceleratora grafiki, bez których system pracował wyłącznie w rozdzielczości 800 x 600 px. I tu pierwsza niespodzianka – mimo poprawnej instalacji i zmiany rozdzielczości, system nie chciał pozwolić mi uruchomić kluczowych elementów. Pal licho aplikacje Modern, ale brak menu Start, któremu poświęca się teraz tyle uwagi, to spora uciążliwość. Znalezione w Internecie poradniki obejścia tego problemu w Windows 8 nie na wiele się zdały, gdyż w rejestrze Windows 10 wskazywanych kluczy po prostu... nie było.

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że sterowniki dostarczane przez Microsoft są „wybrakowane” – wycięto z nich opcje zezwalające na skalowanie wyświetlanych elementów. Zainstalowałem więc czteroletnie (!) sterowniki do Windowsa 7 i voila – automagicznie w rejestrze

HKEY_LOCAL_MACHINE/SYSTEM/ControlSet001/Control/Class/{4d36e968-e325-11ce-bfc1-08002be10318}/0001

pojawił się klucz

Display1_DownScalingSupported

, którego zmiana wartości z 0 na 1 pozwoliła mi wreszcie cieszyć się systemem w pełnej okazałości. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak przejść do testów wydajności.

Testy

Przed rozpoczęciem całej operacji sformatowałem dysk, następnie zainstalowałem oba systemy, a do Windows 7 Starter doinstalowałem dodatek Service Pack 1. Z racji wbudowanego w najnowsze Okienka antywirusa, w starszej wersji systemu posłużyłem się bliźniaczym pakietem Microsoft Security Essentials. Różnice możliwości Internet Explorera 11 dla obu systemów zniwelowałem, ustawiając Firefoksa jako domyślną przeglądarkę. Ponadto, jako że netbook dawno temu miał służyć głównie do pisania tekstów (obecnie pracuje jako interaktywny backup danych), testy skupiły się na zadaniach związanych z pracą biurową. Każde zadanie zostało wykonane trzy razy, a do zestawienia trafił najkrótszy zarejestrowany czas. Wyniki zostały zaokrąglone do połówek sekund.

Na samym początku sprawdziłem, jak systemy radzą sobie z paczką zawierającą 1903 pliki w 246 folderach (29,1 MB). Zadanie było proste – przy pomocy 7-zipa w wersji 9.38 (Beta 32- i 64-bit, zależnie od systemu) zleciłem wypakowanie i ponowne spakowanie katalogu.

Następnym punktem testów było skopiowanie pliku .mkv (1,49 GB) ze wspólnej dla obu systemów partycji E:\ na pulpit.

Skoro już przy multimediach jesteśmy, sprawdziłem, jak Windowsy radzą sobie z otwarciem zdjęcia. Niestety wbudowana w oba systemy domyślna aplikacja do oglądania fotografii poległa przy próbie wyświetlenia fragmentu Ziemi (21600 x 21600 px), dlatego musiałem posiłkować się trochę mniejszym plikiem. Wybór padł na zdjęcie naszej planety w rozdzielczości 12150 x 6075 px.

Do ostatniego pomiaru wykorzystałem Firefoksa, mierząc czas, jaki potrzebny jest na uruchomienie przeglądarki i załadowanie domyślnej strony startowej.

Na koniec

Ostatecznie wynik testów okazał się miłą niespodzianką – wygląda na to, że Microsoft faktycznie dba o optymalizację systemu i nawet jeśli nie widać kosmicznej różnicy w wydajności, trudno mieć mu to za złe. Mówimy bowiem nie o topowym sprzęcie, lecz urządzeniu z najniższej już półki, którą biją na głowę nawet smarfony. Tym bardziej cieszy fakt, że z użyciem drobnych sztuczek Windows 10 nadaje się do pracy na przestarzałych podzespołach, dając im w efekcie nowe życie. I między bajki można włożyć składane podczas kontaktu z MSI zapewnienia, że „odradzają instalowanie Windows 10, ponieważ ten model netbooka nie jest już wspierany”.

Jeśli chcecie, bym wykonał dodatkowe pomiary – proszę o pozostawienie w komentarzu szczegółowej procedury do wykonania. 

windows oprogramowanie porady

Komentarze