Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością

Prolog

Chciałbym zaproponować cykl oparty na moich foto-wspomnieniach z Egiptu. Wielu czytających będzie miało okazję do odświeżenia sobie swoich własnych wspomnień. Ale będą być może i tacy, którzy tam nie byli i nie wiedzą, czy w obecnych mocno niespokojnych czasach, będzie ku temu szybka okazja. Szczególnie im dedykuję te wspomnienia, aby wytrwali w tym oczekiwaniu, i gdy przyjdzie korzystny czas, byli już przygotowani na spotkanie Wielkiej Przygody, zaczynając już dziś…

Możemy mieć tylko nadzieję, że szaleństwo niszczenia zabytków, tych wspaniałych pozostałości po starych kulturach Egiptu, nie stanie się kiedyś obsesją jakichś fanatyków, podobnych do tych, którzy zrównali z ziemią najwspanialsze monumenty w syryjskiej Palmyrze, czy posągi Buddy w afgańskim Bamjan. Ale gdyby jednak coś…, to pozostaną nam już tylko fotografie…

reklama

Zanim Słońce stało się bogiem…

Starożytność. Kultury, religie, architektura, antyczna sztuka. Odkrycia archeologiczne. To wszystko fascynowało mnie od młodości. Moim marzeniem zawsze było odwiedzić te miejsca, z którymi miałem dotąd okazję się spotkać jedynie na kartach książek, nieco w kinie, telewizji, a w znacznie późniejszych czasach w Internecie. Ale mieszkamy w kraju, który w czasach mojej młodości nie sprzyjał realizacji tych marzeń. Wręcz przeciwnie. Nie tylko brak paszportu w szufladzie, o który wtedy trzeba było zabiegać, jak o szynkę na Święta, a którego podejrzliwa władza wcale nie była skłonna wydać ot tak – ale i inny zasadniczy problem skutecznie niweczył plany podróżowania. To finansowa strona tego przedsięwzięcia. Realny socjalizm reglamentował wszystko. Od wolności, po poziom życia. Dawał więc przeżyć od pierwszego do pierwszego, ale nie dawał na nic więcej. Hasło Radia Wolna Europa, głoszące: „Europa za pięć dolarów” praktycznie nie było dla nas. Bo te pięć dolarów to była zarobkowa tygodniówka, ale przede wszystkim, oficjalne posiadanie dolarów było zakazane i teoretycznie nawet karane. Teoretycznie, bo przecież to pod państwowym patronatem istniały sklepy, których nazwą stał się swego rodzaju oksymoron: Pewex. Bo czymże były sklepy Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, które za kilka dolarów otwierały szaremu obywatelowi kawałek wolnego, kolorowego świata, jakże odmiennego od naszej codziennej szarzyzny? A w nich już nikt, nikogo nie pytał, skąd te dolary ma. Czyli cicha, państwowo zalegalizowana „pralnia”, teoretycznie nielegalnych walut. Ot, taka państwowa hipokryzja, za pieniądze obywateli i rzekomo w imię ich dobra. I taki był początek moich Marzeń…

Gdy ciemności ustąpiły…

Ale gdy przed laty świat się w końcu przed nami otworzył, a nasza waluta zyskała i zaczęła być wymienialna, a ja chcąc udać się na wymarzone wakacje nie musiałem się zastanawiać, skąd wziąć pieniądze – postanowiłem odkurzyć dawne Marzenia. Bo teraz miałem okazję zamienić je w Rzeczywistość. I udało mi się to na krótko przed przerażającym tsunami, jakim dla turystyki okazały się wojny, które się rozszalały w arabskim świecie.

A jednemu z Marzeń na imię - Egipt faraonów

Świątynia w Luksorze, znajdująca się nad Nilem w południowej części dawnych Teb, stała się moim pierwszym w życiu rzeczywistym spotkaniem ze starożytnym Egiptem. Do tego momentu, przez długie lata, tylko rozczytywałem się o wspaniałościach spuścizny państwa faraonów. Przyszedł więc czas, że mogłem te wspaniałości, niejako „dotknąć” swoim wzrokiem - już nie za pośrednictwem fotografii w książkach, ale bezpośrednio. Mogłem położyć rękę na tych starych kamieniach, koło których przed tysiącami lat przechodzili egipscy faraonowie i ich dostojnicy. Marzenie stało się Rzeczywistością.

Na marginesie, co do tego dotykania ręką, to dosłownie można było te wszystkie posągi i bloki kamienne dotykać, bo w tych obiektach nie było tabliczek w rodzaju: „Nie dotykać eksponatów”. Jedynym widocznym znakiem ograniczeń były sznury rozciągnięte przy niektórych eksponatach wyznaczające strefę, do której po prostu nie należało wkraczać.

Nazwa Luksor pochodzi od arabskiego al-Uqsur, co ma oznaczać „pałace”, a legenda podaje, że pierwsi przybysze arabscy w VII wieku napotkane obiekty świątynne wzięli właśnie za pałace.

Świątynię luksorską zaczęto wznosić w okresie panowania Amenhotepa III (XVIII dynastia, panował na przełomie XV i XIV wieku p.n.e.), a ukończono za panowania Ramzesa II (XIX dynastia, panował w XIII wiek p.n.e.). Była poświęcona bogom Amonowi, Chonsu i Mut. Zachęcam do zapoznania się w stosownej literaturze z tematem powstania i funkcjonowania świątyni, jako, że zbyt duża dawka historii w tym miejscu po prostu nie zmieściłaby się.

Stoję przed frontem świątyni. Przed nami dwa ogromne pylony z uszkodzonymi szczytami. Brakuje górnej, pomostowej części bramy. Przy wejściu stoją dwa posągi Ramzesa II. W starożytności było ich więcej. Przed bramą stały kiedyś dwa obeliski, ale jeden z nich w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku powędrował do Paryża. Pozostał więc jeden.

Robi się gorąco, choć do południa daleko. Czarny korpus aparatu fotograficznego grzeje się. Staram się go zakrywać ręką. Potem aparat zasłaniałem długim bawełnianym szalem kupionym za dolara. Rękom słońce nie zaszkodzi, a to za sprawą kremu z filtrem UV 30. Długie spodnie chroniły dół. I otwarte sandały. A na głowie miałem czapkę z dużym daszkiem, wyposażoną w tylny okap zakrywający kark. Początkowo moja małżonka kpiła sobie nieco z tej czapki. Ale inni towarzysze podróży podziwiali z uznaniem ten wynalazek, którego wzór pochodził jeszcze z epoki kolonialnej, ale był też nawiązaniem do „firanek”, którymi żołnierze Legii Cudzoziemskiej osłaniali kark. W takich krajach nie można też zapomnieć o okularach przeciwsłonecznych i warto zainwestować w dobrą markę z filtrami UV. Dodatek polaryzacyjny w szkle jest także cenny. Tandeta jarmarczna za kilkanaście złotych może być wręcz groźna dla oczu. Nie warto ich narażać. Ja pamiętałem o tym jeszcze przed wyjazdem z Polski.

W odległości ok. 100 m przed świątynią zaczynała się Aleja Sfinksów, które ustawione w dwóch szeregach łączyły niegdyś świątynię luksorską ze świątynią w Karnaku.

Wchodzimy do wnętrza świątyni. Ogólnie przepiękna, dość uporządkowana ruina. Kolumnady nie tworzą zwartej zabudowy. Posągi faraonów otoczono sznurową barierką. Te sznury, którymi otaczano posągi miał zapewne wymiar głównie praktyczny: Nie wchodzić! Ale mnie, którego wyobraźnię na ten moment opanowały sceny z życia państwa Ramzesów, Echnatona, czy Tutanchamona, te sznury szeptały: Stój, nie zbliżaj się, majestat władcy... No cóż, być może poniosła mnie fantazja i doszukuję się czegoś, czego nie ma, ale…

Z literatury wiem, że Egipcjanie, mimo, że muzułmanie, mają wielki szacunek dla faraonów, choć ci reprezentowali zupełnie inną religię. Przykłady tego zaobserwowano już w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, gdy barki nilowe wiozły do Kairu mumie królewskie odnalezione w Dolinie Królów. Ludność okoliczna, z własnej inicjatywy gromadząca się na brzegu, oddawała hołd zmarłemu władcy, jak nakazywała dawna tradycja pogrzebowa.

Gigantyczne kolumnady najstarszej części świątyni i posągi Ramzesa III górują nad zwiedzającymi. Trzeba mocno zadzierać głowę. Odsuwam się od grupy i kieruję wzrok ku posągom. Przede mną rzadkość - prawie pusty dziedziniec. Chcę, choć przez chwilę, być sam na sam z moimi myślami. I… dotarło do mnie: Tak, ja tu naprawdę jestem…

Ale po krótkiej chwili wracam do rzeczywistości. Naciskam spust aparatu. Zdjęcie pod słońce trochę nie wyszło.

I tak, jak to potem widzieliśmy we wszystkich świątyniach egipskich, niemal każde miejsce na ścianach, belkach i filarach starożytni zamienili w księgę sławiącą czyny faraonów.

I kolejne posągi królewskie. Patrzą tym swoim majestatycznym, kamiennym wzrokiem przed siebie, jakby oczekiwały naszych pokłonów…

We wczesnych wiekach ery chrześcijańskiej część świątyni zamieniono na kościół. Z tego czasu zachował się niewielki fragment fresków.

Świątynia została wykorzystana w podobny sposób także przez muzułmanów. Tuż za lewym pylonem, na części ruin, zbudowano meczet Abu al-Haggag. Na zdjęciu poniżej widoczny jest jasny minaret meczetu.

W świątyniach egipskich, można spotkać samotnych amatorów łatwego zarobku. Na zdjęciu poniżej (a powyżej także) to ten osobnik ubrany w ciemną galabiję. W trakcie wykonywania przeze mnie zdjęć kolumnady wyłonił się zza kolumny i zaczął gestem rąk zapraszać wskazując coś obok. Zignorowałem go, choć bardziej kierując się instynktem, niż wiedzą.

Nasza pilotka ostrzegała nas potem przed różnymi sytuacjami, które mogły się dla nas kończyć niemile i dawała rady jak tego uniknąć. Przede wszystkim, należy unikać wszelkiej maści naciągaczy. Rzecz w tym, aby na terenie świątyń pod żadnym pozorem nie dać się namówić na podążenie za nimi, bo jedynym ich celem jest niby to wskazanie jakiejś rzeźby lub napisu (które i tak sami zobaczymy), a wszystko po to, aby wymusić bakszysz. Ich zachowanie bywa czasem dość natrętne, dlatego niektórzy turyści ulegają. Przyjęcie zaproszenie jest przez nich traktowane, jako zgoda na wykonanie „usługi”, za którą żądać będą zapłaty. A odmowa zapłaty może się skończyć awanturą. Na szczęście policja turystyczna znała te zwyczaje i jeśli była na miejscu, przeganiała natrętów. Widziałem potem takie przypadki na własne oczy. Oni policji turystycznej bali się jak ognia. Jedna z dwóch naszych polskich pilotek, mówiąca świetnie po arabsku (zresztą obie mówiły), nauczyła nas nawet dwóch arabskich słów, na wypadek, gdyby zwykła prosta odmowa gestem nie skutkowała, a gość stawał się coraz bardziej natarczywy. Podaję je fonetycznie, jak zapamiętałem: „hakalem polis”, co oznacza „zawołam policję”. Arabski rezydent naszego polskiego biura podróży był jednak nimi zdegustowany, ponieważ najprawdopodobniej uważał tę formę obrony za zbyt mocną, a może po prostu przemawiała przez niego solidarność plemienna. Na szczęście moja asertywność zapobiegła sięganiu po tę broń „atomową”. A tak na marginesie, w krajach arabskich osoby nieasertywne mają gorzej. Szczególnie w kontaktach z przekupniami. W Turcji, choć to także kraj muzułmański, już tego problemu nie było.

Koniec zwiedzania. Trwało nie więcej niż godzinę. Tradycyjnie dla mnie - za krótko. Ale z okna autokaru strzeliłem jeszcze jedno zdjęcie na pożegnanie. To widok od strony ulicy biegnącej za świątynią.

Ale tego samego dnia po południu miałem jeszcze jedną okazję do uchwycenia widoku luksorskiej świątyni, już z wody, gdy przekraczaliśmy Nil łodzią, aby udać się do Wioski Robotników i Medinet Habu.

Lecz zanim udaliśmy się tego dnia na drugi brzeg, zaraz po wizycie w Luksorze zwiedziliśmy jeszcze świątynię w Karnaku. Ale relacja z Karnaku prosi się o osobne opowiadanie.

Fotografowanie

Z luksorskiej przygody nie wywiozłem wielkiego bagażu zdjęciowego. Ten pierwszy dzień w bliskości egipskich zabytków nie był dla mnie łaskawy. Przeszkadzało wszystko.

Słońce, gdy miałem je naprzeciw siebie, a zabytków nie mogłem przecież ustawiać sobie jak mi pasowało. Być może Słońce nie było tu niczemu winne, ale nie miałem zbyt dużej swobody poruszania się po luksorskim obiekcie, bo musiałem cały czas obserwować miejsce przebywania grupy, a czasu wolnego nie było. Plan zwiedzania musiał być realizowany punkt po punkcie, z zegarkiem w ręce, bez opóźnień.

Sprzęt. Mój ówczesny aparat, Lumix FZ30 (świetne szkło), w porównaniu do moich następnych aparatów, miał (ma) słabą matrycę. Mocno szumiała. Nawet na ISO 100 w cieniach odnajdywałem szumy chrominancji. A granica czułości ISO na poziomie 400 mocno utrudniała zdjęcia z ręki w ciemniejszych miejscach. Nie używałem jeszcze wtedy filtra polaryzacyjnego, skutkiem czego niebo egipskie wychodziło mi czasem nieco blade, choć po części mogła się do tego przyczynić drobna zawiesina pustynnego pyłu utrzymującego się na dużych wysokościach. Wszak wszędzie otoczeni byliśmy przez Saharę.

Tłumy. Były wszędzie. To Egipt. Tłumy turystów, wchodzących niemal w obiektyw, skutecznie utrudniały wybór ładnego ujęcia. A jednocześnie każdy z turystów chciał sobie coś „ustrzelić” dla siebie. I nikt nie był w tym uprzywilejowany.

Czas zwiedzania. Było go zawsze za mało. Szczególnie, jak dla mnie, na fotografowanie. Obszar świątyni był stosunkowo niewielki. Trzymanie się naszej grupy nie ułatwiało poszukiwania ciekawszych ujęć, także z powodu tłumów zwiedzających. Dlatego potem, w następnych dniach zacząłem się grupie często „urywać” i łazić na własną rękę. Małżonka miała mi to przeważnie za złe, uważając, że nie wypadało lekceważyć pilotki, która jednak, jak coś opowiadała, to zazwyczaj większość tego już i tak znałem. A nie byłem ciekaw słuchać o tym, jak Zahi Hawass „walczy” o zabytki. Mój czas był „drogi”. Czułem, że nie prędko powrócę do Egiptu, aby zrobić powtórkę. A może nigdy... Dziś, po latach, okazało się, że moja Intuicja miała rację. Więc dziś mam to, co uzbierałem wtedy i w tamtych pionierskich (dla mnie) okolicznościach. To nie są fotografie na konkurs. Są dla mnie moim wspomnieniem, świadkiem historii, świadkiem kultur, które dawno już przeminęły… I takimi chciałbym się podzielić z Czytelnikami mojego bloga.  

hobby
reklama

Komentarze