Głosowanie zdalne: posłowie nie powinni być beta testerami

Strona główna Aktualności
Głosowanie zdalne przysporzyło w Sejmie wiele problemów, fot. Jacek Dominski/Reporter
Głosowanie zdalne przysporzyło w Sejmie wiele problemów, fot. Jacek Dominski/Reporter

O autorze

Wyjątkowe czasy wymagają wyjątkowych kroków. I za takie można w teorii uznać wprowadzenie obrad i głosowania zdalnego w Sejmie, które obowiązuje od piątku 27 marca 2020. Do takich zmian trzeba być jednak przygotowanym i rzeczywistość boleśnie to przez weekend zweryfikowała.

Do dwóch razy sztuka

Warto na początku zaznaczyć, że głosowanie zdalne było już testowane w roku 2013, po tym jak Sejm zakupił system stworzony do tego celu za 360 tysięcy złotych. Jak udało mi się ustalić od posłanki Agnieszki Pomaskiej, wtedy cała procedura była bardzo kłopotliwa dla większości użytkowników, tj. posłów i ostatecznie z niej zrezygnowano.

Wracamy do 2020 roku. Wszyscy są bardziej obyci z technologią, więc i siłą rzeczy zaproponowane przez rząd rozwiązania powinny być lepsze, prawda? Niekoniecznie. Jak zauważył Krzysztof Bosak, nie ma możliwości przeprowadzania obrad i głosowań jedną aplikacją, a na dodatek login i hasło dostępu trafiło do prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego.

Aplikację do głosowania testowano w ostatniej chwili, a robili to posłowie. I proces ten nie był udany, system działał bardzo wolno. Tak naprawdę, według poseł Pomaskiej, tradycyjne głosowanie działało szybciej, a po oddaniu każdego głosu aplikację trzeba było odświeżać ręcznie. W międzyczasie, przez brak stabilności, użytkownik mógł zostać jeszcze spontanicznie z sesji wyrzucony. Warto mieć świadomość tego, że podczas jednych obrad, takich głosowań może mieć miejsce nawet dwieście i nietrudno wyobrazić sobie, czemu to gehenna dla posłów. Agnieszka Pomaska nie skreśla jednak tego systemu i wierzy w to, że można go usprawnić, aczkolwiek podkreśliła, że to nie posłowie powinni być beta-testerami.

Stan nadzwyczajny mógłby pomóc przygotować infrastrukturę na takie sytuacje

System do zdalnych obrad/głosowania zdaje się być tworem stworzonym na ostatnią chwilę, na kolanie. Chaos wynikły z jego wprowadzenia można było zminimalizować, jeśli Polska zdecydowałaby się wcześniej na wprowadzenie stanu nadzwyczajnego.

Wprowadziło go już piętnaście państw Unii Europejskiej i sześć znajdujących się poza nią. U naszych sąsiadów, na Litwie - już 26 lutego 2020, zanim w ogóle wykryto jakikolwiek przypadek koronawirusa.

Z kolei w Estonii premier Jüri Ratas podkreślał, że wprowadzenie stanu nadzwyczajnego jest jedyną możliwością do tego, aby poradzić sobie z epidemią koronawirusa. Wprowadzono go tam 12 marca 2020. Stan nadzwyczajny nie tylko pomógłby wdrażać rozwiązania w trybie wyjątkowym mające na celu ratowanie ludzkich istnień, z poszanowaniem prawa i Konstytucji.

Pozwoliłby również ograniczyć panujący obecnie chaos w polityce (na każdym poziomie), który doskonale obrazuje sytuacja wokół głosowania zdalnego. Jak politycy mogą decydować o losach obywateli w tak trudnych czasach, skoro bywa i tak, że głosując za, głosujemy przeciw?

© dobreprogramy
s