Google chce zmienić zasady dotyczące plików cookie. I to znak, że boi się konkurencji

Strona główna Aktualności
fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com

O autorze

Nie ma wątpliwości, że Google - mając udział w rynku przeglądarek sięgający 70 proc. - jest tym, który w znaczącym stopniu kontroluje internet. Tworzy też pewne trendy. Gdy te są jednak szkodliwe dla użytkownika, konkurencja zyskuje pole do popisu. I to staje się problemem, gdy z alternatywą naciera taki gigant jak Microsoft.

W piątek Justin Schuh, dyrektor ds. inżynierii Chrome, wyznał na swym blogu, że w ciągu dwóch lat Google zamierza wycofać obsługę plików cookie tzw. firm trzecich ("third-party").

Jak wiadomo, pliki cookie pozwalają witrynom rejestrować aktywność użytkownika. Third-party cookies należą do stron trzecich, a więc nie do tej, którą odwiedzamy, ale do dodatkowych - które są partnerami odwiedzanej przez nas strony. Schuh słusznie zauważa, że pozbycie się plików cookie stron trzecich pozwoli internautom lepiej chronić prywatność. Ale czy to przypadkowy napływ empatii? Bynajmniej nie.

Konkurencja jest znacznie słabsza, ale nie śpi

Takie ogłoszenie pojawiło się na moment przed wprowadzeniem przez Microsoft przeglądarki Edge opartej na Chromium, która w dziedzinie plików cookie jest surowsza niż Chrome. Zresztą podobnie jak Safari czy Firefox. Google jednak stara się przekuć mniej restrykcyjne podejście do prywatności w zaletę, tłumacząc, że tak rewolucyjne zmiany wymagają czasu.

"Niektóre przeglądarki zareagowały na te obawy [o śledzenie – przyp. red], blokując pliki cookie stron trzecich, ale uważamy, że ma to niezamierzone konsekwencje, które mogą negatywnie wpłynąć zarówno na użytkowników, jak i na ekosystem internetowy" – twierdzi Schuh. Jak wyjaśnia, może to promować bardziej nieprzejrzyste i inwazyjne techniki śledzenia.

Co ciekawe, Google nie pierwszy raz podnosi temat poprawy prywatności w przeglądarce, ale tym razem bardziej akcentuje zwykłego użytkownika. W sierpniu 2019 roku firma zaproponowała zestaw otwartych standardów cyfrowego śledzenia, określany jako Privacy Sandbox. Wtedy jednak motywem przewodnim było znalezienie kompromisu między reklamodawcami a użytkownikiem. "Blokowanie plików cookie bez innego sposobu wyświetlania trafnych reklam znacznie zmniejsza środki finansowe wydawców, co zagraża przyszłości dynamicznej sieci" – napisał wówczas Schuh.

Upiec dwie pieczenie na jednym ogniu

Tak więc zdaje się, w Mountain View ktoś w końcu zaczął dostrzegać konkurencje. Nawet usiłuje nią straszyć, co oczywiście wynika z własnych obaw. A eksperci dodają coś jeszcze.

Justin Brookman, dyrektor ds. polityki prywatności i polityki konsumenckiej w Consumer Reports, zauważa, że większa część przychodów korporacji pochodzi właśnie z reklam. Ponadto Google musi sprytnie manipulować pomiędzy maksymalizacją zysków a przyciągnięciem konsumenta. Ograniczenie plików cookie firm trzecich to dwie pieczenie na jednym ogniu: użytkownik zyskuje złudzenie prywatności, podczas gdy przedsiębiorstwo ma monopol na informacje.

– Tak wiele reklam jest obecnie kierowanych ponownie na podstawie odwiedzin w innych witrynach, więc ludzie są coraz bardziej świadomi, że ich przeglądanie jest śledzone w całej sieci – zauważa Brookman. – Z drugiej strony Google wydaje się bardziej zainteresowany zachowaniem śledzenia stron trzecich, ale ponieważ pliki cookie są delikatne i powszechnie atakowane, Google bada inne metody śledzenia w przeglądarce – nie pozostawia złudzeń analityk.

Sam Google nie ujawnia, czym chce zastąpić pliki cookie, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że swej żyły złota nie porzuci. Ciekawe, co na to Komisja Europejska, która zwykła zwalczać wszelkie przejawy praktyk monopolistycznych. Zapowiada się niezwykle intrygująca debata.

© dobreprogramy
s