IFA 2020. Tak wyglądają targi w czasach pandemii—jak stypa

Strona główna Aktualności

O autorze

IFA w tegorocznej nazwie doczekała się dodatkowego członu: special edition. I jest to sufiks piekielnie celny.

Zamiast kilkusettysięcznego tłumy, nieco ponad tysiąc zaproszonych gości. Zamiast kilkunastu hal, których przebycie zajmowało godziny, pół hali wystawienniczej , pół poświęconej głównie niemieckim start-upom i dwie konferencyjne. Całość do zobaczenia w 45 minut.

I w końcu zamiast niezliczonej ilości nowości, które zwyczajowo mogliśmy dotknąć i wam pokazać, obraz nędzy i rozpaczy. IFA 2020 to przykry obrazek i smutne podsumowanie półrocza spędzonego w pandemicznej gorączce.

- To pierwsza szansa dla producentów, aby pokazać swoje produkty nie tylko na ekranie monitora. Wirtualne wydarzenia spełniają swoje zadanie dobrze, ale nie zastąpią prawdziwych doznań – zapewniali organizatorzy, otwierając targi IFA 2020. Targi, które z wieloma przerwami, istnieją od zamierzchłych czasów międzywojennych.

Pierwsza edycja datowana jest na 1924 r. Potem bywało różnie. Ale to w Berlinie po raz pierwszy zobaczyliśmy m.in. kasetę magnetofonową, którą Phillips pokazał w 1963 r. IFA to też "największe targi technologiczne" w Europie. Przydomku impreza dorobiła się już w 2015 r. kiedy przez berlińskie hale przetoczyło się niemal 250 tys. osób. I choć w ostatnich latach IFA nie mogła pochwalić się spektakularnymi nowościami, zawsze była ważnym elementem technologicznego kalendarza. Dlatego też organizatorom zależało na zorganizowaniu kolejnej edycji – by pokazać, że branża radzi sobie w pandemii całkiem nieźle i w kontrolowanych warunkach można stworzyć wydarzenie na szeroką skalę.

Udało się połowicznie.

- Zabierz wygodne buty – usłyszałem jadąc na swoją pierwszą IFĘ. Rada była na wagę złota. Dzienne wskaźniki krokomierzy wskazywały co roku powyżej 20 tys. Dziś, gdyby temperatura była nieco wyższa, wystarczyłyby klapki.

Co roku na teren Berlin Messe, przepastnego terenu, na którym odbywają się targi można było wejść od kilku stron. Tym razem wejście jest jedno. Przy drzwiach pierwsza kontrola, choć o dziwo, bez mierzenia temperatury. Jeżeli nie mam maseczki (oczywiście, że mam), mogę takową otrzymać na wejściu. Potem sprawne sprawdzenie akredytacji i wejście na ruchome schody. Tuż obok stoją panie ze ścierkami i płynem dezynfekującym, co chwilę przecierają poręcze. Na schody wpuszczani jesteśmy w odstępach dwóch metrów. Jak się później okaże, dystans jest oczkiem w głowie organizatorów.

Hala ze stoiskami to głównie olbrzymie, puste przestrzenie, tak by nie otrzeć się o osobę obok. Obok każdego płyn do dezynfekcji rąk i obsługa w maskach, przyłbicach i rękawiczkach. Rzuca się w oczy, że wszyscy noszą maseczki również na nosie. Niezliczone są również tablice i zapętlone komunikaty, przypominające o zachowaniu odstępu.

I choć zasady bezpieczeństwa zachowane są wzorcowo, nie sposób nie zauważyć wspomnianej pustki. Z kilkunastu hal, wykorzystano dwie, w dodatku nie w pełni. Cześć wystawiennicza to z kolei przykry widok i dowód na to, jak niewielu zdecydowało się pokazać w Berlinie. Ponad jedną trzecią zajmuje pokaźne stoisko Huawei (choć sama konferencja jest wirtualna) i to w zasadzie jedyna, większa marka. Poza tym TP Link, Satysfier (popularny w Niemczech producent gadżetów erotycznych) oraz mniejsze firmy, których nazwy niewiele mówią. To o tyle dziwne, że na dużej, konferencyjnej scenie swoją obecność zaliczył Qualcomm, TCL, LG, czy Honor. Tuż obok i wirtualnie, swoje nowości pokazał Intel, Nvidia czy Samsung.

IFA 2020 pokazała, że branży brakuje fizycznych wydarzeń, spotkań z producentami, dotknięcia i sprawdzenia nawet pobieżnie, nowych urządzeń czy rozwiązań. Wirtualne prezentacje stały się nieodzownym elementem technologicznych gigantów, ale ich spontaniczność sprawiła, że przekaz z nich płynący mocno się rozmywa. Czy to dobre rozwiązanie? Na pewno. Czy przyjmie się na stałe? Trudno ocenić.

Osobna kwestia to wizerunek targów IFA. Od kilku lat mówi się malejącym znaczeniu samej imprezy. Producenci woleli skupić uwagę dziennikarzy i najbardziej zainteresowanych na autorskich wydarzeniach. Dlatego rażące pustki tegorocznego "special edition" mogą sprawić, że w 2021 r. giganci niechętnie nadszarpną i tak uszczuplone koronawirusem budżety i krytycznym okiem spojrzą na ewentualny przyjazd do Berlina. Z drugiej strony – CES 2021 odbędzie się wyłącznie online, kolejne w kalendarzowej kolejce MWC 2021 obiorą podobną ścieżkę. A potem? Pozostanie tylko IFA 2021? Oby bez "special edition".

© dobreprogramy
s