Ja, windowsowiec i 48 godzin z nowym Makiem mini. Zabijcie mnie, ale „emejzingu” nie pojmę

Strona główna Aktualności
image

O autorze

Przyznam, zawsze intrygowały mnie wypowiedzi rozentuzjazmowanych użytkowników Maca, rozpływających się wręcz, jak to Apple uratowało ich przed Microsoftem i jego ślamazarnym, niezoptymalizowanym Windowsem, i jak to na nowo pojęli definicję komputera osobistego. Siłą rzeczy chciałem doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze, tylko brakowało dobrej okazji. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, prawda? I oto zupełnym przypadkiem udało mi się spędzić dwie doby z nowym Makiem mini, model 2018, wykorzystując go w pracy...

Akurat tak się złożyło, że wypożyczony Mac mini jest komputerem chyba najbliższym memu sercu spośród wszystkich propozycji firmy z Cupertino. Połyskujących matryc, jakkolwiek by one nie były wychwalane, nie jestem w stanie strawić, a to skreśla właściwie każdy konsumencki komputer spod szyldu nadgryzionego jabłka. Każdy, za wyjątkiem Maca mini, który – jak doskonale wiadomo – został stworzony z myślą o użyciu, docelowo, zewnętrznego wyświetlacza.

Fajny, taki amerykański, tylko nieergonomiczny

Fajny – tak wiem, to kolokwializm, ale dobrze oddaje pierwsze wrażenie. Smukła aluminiowa obudowa w kształcie prostopadłościanu z delikatnie zaokrąglonymi rogami to eleganckie i minimalistyczne rozwiązanie. Sprzęt jest przy tym doskonale wykonany. Tylko, ten sam minimalizm grzebie zarazem całą ergonomię projektu, jakby zatrudniono przy nim absolwentów ASP, nie inżynierów.

Wszystkie porty, a nawet włącznik komputera umieszczono na tyle. Owszem, do samego doboru czy liczby złączy, jak na komputer miniaturowy, uwag mieć nie mogę: 2 szt. USB 3.0 typu A, 4 szt. USB 3.1 typu C z protokołem Thunderbolt 3, HDMI 2.0, RJ-45, gniazdo słuchawkowe. Ba, zestaw portów jest nawet szerszy niż można się spodziewać, po ostatnich dokonaniach Apple'a w tej materii. Niemniej jednak część z nich aż prosi się o przeniesienie na front.

Na dodatek samo podpinanie rozmaitych urządzeń do Maca mini jest dość uciążliwe, a to za sprawą zerowej przyczepności urządzenia do powierzchni blatu. Miniaturka nie ma antypoślizgowych nóżek, ale stoi na wykonanej z tworzywa sztucznego klapie, chroniącej dostępu do komponentów. A plastik, jak to plastik – ślizga się, więc jednostkę trzeba asekurować drugą ręką.

Konfiguracja? Rzeczywiście, banalnie prosta

No dobra, ale nikt nie chwali Maków za warstwę sprzętową. Zdecydowanie częściej ich zwolennicy mówią o przemyślanym i wygodnym systemie operacyjnym. Cóż, nie sposób temu zaprzeczyć. Powiedzieć, że pierwsza konfiguracja macOS-u jest prosta, to jakby stwierdzić, że Nowy Jork to całkiem spore miasteczko – jest banalna. Ja, windowsowiec nie mający nigdy do czynienia z tym systemem, w kilka chwil podłączyłem oryginalne akcesoria – Magic Trackpad 2 i Magic Keyboard 2, po czym utworzyłem profil, skonfigurowałem drukarkę po Wi-Fi i połączyłem się z firmową siecią VPN. Wszystko to bez grama poradnika czy instrukcji obsługi.

Ten wspomniany wcześniej minimalizm obudowy przenosi się bezpośrednio na system operacyjny. Kreatory Apple'a są bardziej zdawkowe od tych Microsoftu, ale przez to prostsze do zrozumienia i opanowania. Prosty przykład: podczas gdy w Windowsie 10 pojawiają się dziesiątki suwaków związanych z telemetrią i dopasowaniem zawartości. macOS zapytał się tylko, czy wyrażam zgodę na przesyłanie danych analitycznych do producenta. Jeden raz i wystarczy.

Ale jak się nie da, to się nie da i nie ma zmiłuj

Niestety – jak głosi znane porzekadło – im dalej w las, tym więcej drzew. Podobnie jak asceza obudowy negatywnie wpływa na jej ergonomię, tak asceza systemu ogranicza elastyczność. Maca mini podłączyłem do monitora Dell U2518D. Jest to – nadmienię – konstrukcja z matrycą o rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli, w rozmiarze 25''. I wiecie, co? Najnowszy macOS Mojave nie ma tak elementarnej funkcji jak globalne skalowanie interfejsu.

To znaczy, teoretycznie ma, ale wyłącznie dla MacBooków. Tymczasem na moim Dellu pozostaje albo obniżyć rozdzielczość renderowania, co wiąże się oczywiście z rozpaćkaniem całego obrazu, albo ustawiać powiększenie dla każdej aplikacji oddzielnie, o ile twórca w ogóle przewidział taką możliwość. Być może istnieją programy firm trzecich pozwalające jakoś wymusić globalne skalowanie UI, ale litości, Windows 10 ma taką możliwość w standardzie, a na dodatek sam wykrywa dpi. No, a ponoć Mac mini współpracuje z ekranami 5K. Jeśli tak, to nie mam pytań.

Zresztą, firma Tima Cooka chyba totalnie nie lubi się z podmiotem zwanym monitorem czy telewizorem. Idąc dalej, nowy Mac mini nie oferuje wsparcia dla sygnału HDR, mimo że posiada odpowiednią kartę graficzną Intel UHD Graphics 630 i wyjście HDMI 2.0.

Tylko dla wyrozumiałych (i kultystów marki)?

No właśnie, odpowiadając na powyższe pytanie – jednak niekoniecznie. Jest w Macu kilka rzeczy, które z wielką chęcią przeniósłbym do „okienek”. Obsługa gestów to absolutne mistrzostwo. Tak, uwielbiam wszelkie sztuczki przy interakcji z gładzikiem, Magic Trackpad 2 zaś sprawdza się kapitalnie. Jeszcze do niedawna za jedyne słuszne narzędzie do zaznaczania wielu plików czy przeciągania okien uważałem klasyczną myszkę. Zmieniam zdanie. Na tej samej zasadzie, po chwili wstępnej konsternacji, urzekły mnie skróty klawiszowe.

Półpauza? Żaden problem – wystarczy zastosować klawisz Option w kombinacji z dywizem. Polski cudzysłów? Option i lewy nawias klamrowy. W systemach Microsoftu tak łatwo nie jest, odpowiednio, Alt i 0150, a także Alt i 0132. Można się śmiać, ale w pracy dziennikarza, wklepując tekst przez 90 proc. czasu spędzonego przy komputerze, jest to ogromne ułatwienie.

Inna sprawa, że można sobie na Windowsie pobrać narzędzie w stylu AutoHotkeya i stworzyć odpowiednie makra, ale to już wykracza ponad natywne możliwości systemu. Strzelam – na tej samej zasadzie udałoby się obejść część z wymienionych przeze mnie bolączek macOS-u.

Zabijcie mnie, ale „emejzingu” nie pojmę

Mimo wszystko, spędziwszy z nowym Makiem mini dwie doby, nie udało mi się zachłysnąć mitycznym „emejzingiem”, który zdołałby sprawić, że windowsowa maszyna wyleci przez okno, a ja popędzę do najbliższego punktu sprzedaży Apple'a. Tylko nie zrozumcie mnie źle – to nie jest krytyka, bo zalet tego sprzętu jestem świadom. Niemniej, sądząc po krążących w sieci opiniach fanów, oczekiwałem czegoś więcej niż nieprzemyślanej konstrukcji z systemem pozbawionym elementarnych możliwości. Cenę przemilczę, bo nie jest przedmiotem debaty, ale – nie da się ukryć – zespół Tima Cooka tym bardziej powinien zagwarantować coś ekstra, a jest po prostu poprawnie.

© dobreprogramy