Linux — co właściwie mi dał

Przez wiele lat, a przynajmniej dekadę – moim głównym systemem był GNU/Linux. Byłem z niego zadowolony, choć oczywiście nie będę kolorował, że to system idealny. Spełniał jednak potrzeby, używałem na wielu komputerach, namówiłem parę osób do korzystania z niego. W ubiegłym roku porzuciłem jednak Linuksa na rzecz Maka. Przesiadki nie żałuję – prawdę mówiąc zapominam na co dzień, że korzystam w ogóle z macOS. Sentyment do pingwina jednak został, wrzucam go czasem na maszynę wirtualną. Co jednak dał mi Linux, czego nauczył, czy w ogóle było warto poświęcić lata na używanie go?

Przede wszystkim, na blogu poświęciłem już Linuksowi parę wpisów. Przykładowo dlaczego Ubuntu jest wygodne lub jak używać Linuksa w firmie. Generalnie uważam, że Pingwin nadaje się na desktop. Nie jest on darmowym Windows, trzeba przywyknąć do pewnych niuansów, lecz ostatecznie jest OK. Testowałem go na zwykłych Kowalskich, żaden nie miał kłopotu z obsługą. Dla wielu „specjalistów” - Linux to niekończący się problem, a ja przykładowo znam 17-latkę, której padł Windows. Przez kolejny miesiąc używała Fedory z KDE 4. Kiedy zapytałem jakie ma wrażenia – odpowiedziała, że brak większych różnic w stosunku do Windows. Kwestia podejścia, otwartej głowy, częściowo też wymogów.

Najważniejsze - Linux nauczył mnie, że na Windows świat się nie kończy. Przyjemnie było poznać coś nowego, innego, kreatywnego. Dzięki temu wiem, że jeśli komuś padnie Windows...to świat się nie kończy. Odpalamy Linuksa z LiveCD czy pendriva i tyle, ratujemy co trzeba.

Inną rzeczą było wyrobienie świadomości, że nie potrzebuję przeładowanej kobyły. Jeśli tylko zechcę – mogę skompilować własny kernel, zainstalować chudą dystrybucję, dopasować ją do swych potrzeb itd. W pierwszych latach użytkowania, rozgrzebywanie systemu dało mi niezłą frajdę. Możliwość panowania nad systemem potrafi być momentami bezcenna. Komputer nowy czy stary, będzie coś skrojonego do jego możliwości.

Poczucie bezpieczeństwa – mniej czy bardziej złudne, ale takowe miałem. Nie miałem żadnego antywirusa, gdyż nie było potrzeby. Oczywiście jako atrakcja, testowałem jakieś programy antywirusowe. Realnej potrzeby jednak nie było. Aczkolwiek to żaden problem, aby przemycić w jakimś skrypcie komendy „rm” do przewietrzenia partycji lub /home. Nieobeznany użytkownik kliknie i tyle, obserwuje jak świat płonie. I nie trzeba jakichś wirusów, wystarczy czyjaś złośliwość. Ostatecznie jednak, nigdy nie miałem przykrości z tego tytułu. Ograniczyłem jednak zaufanie na Maku, bo tam już antywirusa mam (choć niczego nie znalazł, to wolę mieć go z przezorności).

Obsługa Linuksa to również wiedza – nawet tak banalna, jak obycie z systemem. Miałem przyjemność pracować w firmach, w których Linux był szeroko wykorzystywany. Również na desktopach pracowników, jako zastępstwo dla Windows. Pomimo firmy IT – mina nowych pracowników, którzy pierwszy raz widzieli coś innego niż Okna, była naprawdę bezcenna. Co to jest, jak tego używać? Używaliśmy wtedy Ubuntu ze środowiskiem Unity, lecz jeśli ktoś umiał – śmiało mógł zmienić na inne.

Linux to również wygoda, którą tworzą repozytoria. Jednoczesna aktualizacja systemu i aplikacji jest świetna. Zamiast szukać programu w sieci, instaluję go z repo i aktualizuję. Oczywiście repozytoria są też dla Windows i Maka, lecz doklejone odrobinę na siłę. Na Linuksie korzystanie z nich jest naturalne, tak po prostu. No i pozna się nowe programy, będące odpowiednikami tych z mainstreamu.

Mógłbym wymieniać długo – przez całą drogę do pracy rozmyślałem, co dał mi Linux. Przede wszystkim używając odpowiedniej dystrybucji, dał mi solidne środowisko do pracy. Poznałem go od strony użytkownika, wiedziałem co może mi dać, w których miejscach mnie irytuje. Pomimo całej wygody...była w nim jednak odrobina toporności, którą widzę z perspektywy używania macOS. I mimo wszystkich zalet Pingwina, właśnie ta odrobina toporności sprawia, że to jedyna łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Być może kiedyś zrezygnuję z Maka - któż to wie. Nie jestem ostatecznie przyspawany do Apple, kto wie co wybiorę gdy obecny MacBook będzie wybierał się na emeryturę. A wtedy pewniakiem wróciłbym do GNU/Linux, bo nie widzę innego wyjścia. To jednak swojski system :-)

Nie przedłużając sztucznie – warto było używać Linuksa. Nie trzeba nawet rozmyślać, jakie były tego korzyści. To po prostu normalny, typowy systemem operacyjny. A jako narzędzie pracy – w kwestiach do których go używałem, spisywał się wyśmienicie. Nie używałeś nigdy Linuksa? Polecam choćby spróbować – w wielu przypadkach zamiast płacić za Windows, a tym bardziej już go piracić, warto sięgnąć po systemy spod znaku fruwającego nielota. Może się okazać, że takiego systemu właśnie szukałeś.

* Spis mojego blogowania: klik