Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Mówcie co chcecie, ale Ubuntu to jednak wygodna dystrybucja


Ostatnimi czasy, dostałem pewnej formy linuksowego „oświecenia”. Poprzednim razem przydarzyło mi się to w 2009 roku, kiedy mając dość polityki firmy Canonical dotyczącej Ubuntu, zacząłem szukać innej dystrybucji. Przez krótki czas używałem Debiana, starałem się polubić openSUSE, lecz ostatecznie wybrałem Fedorę, której używałem przez ostatnie 7 lat. Czasem bywa jednak tak, że z nudów instalujemy inne dystrybucje – dla odmiany, odświeżenia sobie Linuksa, zobaczenia co słychać w innych distrach. Do tego celu posłużyło mi Ubuntu 14.04 LTS, które przyznam szczerze, wywróciło nieco mój sposób postrzegania Linuksa.

Jeśli przebrnęliście przez powyższy wstęp, nakreślę nieco istotne szczegóły. Przede wszystkim – dawno tutaj nie pisałem, gdyż rozpisałem się trochę po innych miejscach w internecie, a nawet wyszedłem poza typowe blogi, toteż zabrakło czasu i weny na Dobreprogramy :-( Dopiero niedawny wpis od @Shaki81 uświadomił mi, że minęło już parę miesięcy od ostatniego razu, gdy coś tutaj opublikowałem :-) Podobnie wracam chyba z typowo blogowym wpisem, zamiast ciekawego, konkretnego tematu, które ostatnio się tutaj pojawiają. Będę również zestawiał nieco Ubuntu z Fedorą, jednak zaznaczam, że żadnego nie krytykuję – po prostu zmieniłem priorytety i pierwszy raz zobaczyłem, jakie podejście do użytkownika dzieli te dystrybucje. Nie zamierzam zatem wywoływać żadnej wojny – po prostu dzielę się przemyśleniami, a każdy z Was ma przecież rację, kiedy mówi o własnych doświadczeniach (jakie by nie były, są one bowiem subiektywne).

Przechodząc do sedna – po 7 latach używania Fedory, postanowiłem zainstalować sobie coś innego (tak dla odświeżenia). Przede wszystkim dlatego, że zmęczyło mnie trochę szukanie paczek rpm, czasami ich brak, a potem szukanie w Google czy istnieje jakieś fanowskie repozytorium dla Fedory. Niejednokrotnie musiałem rozpakowywać paczkę deb z programem, tworzyć symlinki do niższych wersji bibliotek, ogólnie cudować. Dodatkowo GNOME Software Center, które trafi również do Ubuntu – nie jest szczególnie imponujące, a spora część aplikacji w Fedorze nie posiada jeszcze swoich AppData, więc tylko mała część programów jest widoczna w Software Center. Pozostałe należy instalować z palca w terminalu, używając yumexa itd. Wyczytałem gdzieś również, że brak aplikacji CLI w gnomowym centrum oprogramowania jest celowy, ponieważ jeśli ktoś chce aplikacji konsolowych, to niech je sobie zainstaluje w konsoli. Mało tego, GNOME Software widzi aktualizacje kiedy chce je zobaczyć, a tymczasem konsolowy dnf mógłby zaktualizować ćwierć systemu. Oczywiście mówiąc jeszcze o paczkach RPM, to nie ma tutaj winy Fedory, ponieważ nie zawsze twórcy aplikacji o nich pamiętają. Natomiast niedobory w AppData dla GSC – cóż, kwestia do nadrobienia. Wspominając o GNOME 3 – bardzo lubię owe środowisko, naprawdę. Jednak jak używam go 5 lat, tak zawsze czułem się na nim trochę „kosmicznie”, zamiast jak na tradycyjnym komputerze :-) Jak widzicie nie narzekam jakoś szczególnie, ale po paru latach zmęczyło mnie to. Zupełnie jak kamyk w bucie – można go ignorować przez chwilę, ale będzie uwierał coraz bardziej.

r   e   k   l   a   m   a

Zainstalowałem więc Ubuntu 14.04 LTS. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z Ubuntu po latach, ponieważ w poprzedniej pracy używałem wersji 11.10, zaktualizowanej później do 12.04 (nie obyło się bez zgrzytów). Parę razy zainstalowałem go też na VM, ale nie używałem szczególnie. Ogólne wrażenia mam pozytywne, a przy tym nie jestem wrogiem Unity. Uważam, że z ładną tapetą i motywem Radiance, środowisko wygląda dość estetycznie. Nie korzystam jednak z „soczewek", a do filtrowania wyników trzeba się trochę naklikać – najszybciej znaleźć wszystko po wpisaniu nazwy. Przy okazji aktualizacje zgłaszają się bez problemu, aplikacje są spójne graficznie, a w zasadzie to wszystko gra :-)

Idąc dalej – rzeczą, której nigdy nie rozumiałem w Fedorze, są domyślne ustawienia wyświetlania fontów. Generalnie są one cienkie, poszarpane, nie ma nawet dorzuconego silnika wyświetlania. Trzeba w Fedorze dodać **zewnętrzne** repozytorium RPM Fusion, skąd można zainstalować pakiet freetype-freeworld, choć nie przynosi on większej rewolucji. Krótko mówiąc – fonty kłują w oczy. Nie wiem dlaczego jest taka polityka, skoro Fedora przyjęła formę „Workstation” i jest kierowana jako dobre środowisko dla deweloperów. Czyżby programiści nie potrzebowali ładnych fontów? Myślę, że przede wszystkim ich potrzebują, gdyż godzinami patrzą w kod. Dawniej korzystałem z zewnętrznego silnika Infinality, jednak repozytorium już nie działa (404 Not Found). Postanowiłem zatem kombinować z ustawieniami domyślnymi, ale nie jest to łatwe. Naprawdę wszystko kłuje w oczy, więc będę musiał skorzystać z tutoriali. Nie chciałbym mieszać, gdyż chcę być jak najbliżej ustawień domyślnych, jednak moje oczy strajkują. Zresztą - to problem masowy, wystarczy spojrzeć do Google pod przykładową frazę: "fedora poor font rendering". Tymczasem w Ubuntu wszystko wygląda OK, w tym od razu po instalacji…

Wspominałem wcześniej o paczkach RPM, a raczej traktowania ich po macoszemu przez twórców aplikacji. Tymczasem na Ubuntu można poczuć się „windowsowo”, gdyż niemal wszystko ma swoje paczki. Podobnie jak Windows ma tonę swoich exe, tak Ubuntu ma swoje deby. Nie muszę już rozbrajać debów, tak jak robiłem to na Fedorze (ani zastanawiać się, czy ktoś zrobił jakieś repozytorium). Po prostu wchodzę na www, ściągam paczkę i instaluję. Prosto, szybko, bezboleśnie. Dodatkowo nawet skazane na porzucenie Ubuntu Software Center, nadal pozwala na więcej niż GNOME Software.

Ogólnie aby nie pisać elaboratu – spędziłem z Ubuntu 14.04 LTS około 2 miesiące. Nie obyło się bez zgrzytów, gdyż system zapominał polski układ klawiatury, więc dodałem „setxkbmap pl” do autostartu. Jednak oprócz tego, to Ubuntu po prostu działa. Paczek deb nie brakuje, sprzęt skonfigurowany był od początku, fonty ładnie wyglądają, a dodatkowo nie zajrzałem nawet do terminala. Jedyne co, to zainstalowałem Ubuntu Tweak do sprzątania w systemie (skoro mogę graficznie, po co robić to w konsoli). Fedora z kolei to świetna dystrybucja, ale wymaga ustawienia fontów, GNOME 3 lubię lecz czuję się na nim „kosmicznie”, twórcy softu nie zawsze tworzą paczki rpm, a rozbrajanie debów czy szukanie repozytoriów trochę mi zbrzydło. Dodatkowo w GNOME Software nie są widoczne wszystkie aplikacje, co wymusza kombinowanie. Uważam Fedorę za prostą dystrybucję, ale Ubuntu pokazało mi wprost, że nie trzeba w systemie grzebać, aby można go używać. Oczywiście wielu narzeka na Ubuntu – jest dla „lamerów”, niczego nie uczy, jest automatem itd. Takie określenia padają z klawiatur użytkowników, którzy wolą używać bardziej skomplikowanych dystrybucji. Tylko czy naprawdę trzeba mieć zapędy na Power Usera, żeby używać Linuksa?

Używam Linuksa na desktopie...jakieś 9-10 lat. Wróciłem parę dni temu na Fedorę i używam tego distra od 7 lat, ale mam solidny dylemat, czy Ubuntu nie będzie lepszym wyborem. Jasne, że w Fedorze wszystko jest nowsze, a przy tym stabilne - to dobra dystrybucja, rozwijana pod skrzydłami Red Hata. Doświadczenie z Ubuntu kazało mi jednak zadać sobie pytanie: „czy chcę jeszcze w systemie grzebać, czy po prostu go używać?”. Po tych latach skłaniam się ku temu, że nie kręci mnie już mieszanie pod maską. Chcę systemu, który pozwoli mi wykonać moją pracę, a prozaiczne rzeczy nie będą zmuszać do terminala. Okazało się, że Ubuntu w wersji LTS – jest naprawdę dobre. Mówicie co chcecie, ale Ubuntu to jednak wygodna i przyjazna dystrybucja.

* Spis mojego blogowania:klik

grafiki: 1, 2, 3 

linux

Komentarze