Już nie tylko zwykłe odtwarzacze z Kodi: antypiraci ostrzegają przed Pi-ractwem

Strona główna Aktualności
image

O autorze

Straszenie przez organizacje antypirackie cyberprzestępcami i wirusami tych, którzy korzystają ze spiraconego oprogramowania to nic nowego, praktycznie każdy komunikat prasowy Business Software Alliance zawiera taki przekaz. Straszenie cyberprzestępcami i wirusami użytkowników Raspberry Pi to jednak zupełnie nowy poziom. Czym mogła zawinić poczciwa Malina, urządzenie kojarzące się raczej ze sceną otwartego oprogramowania, niż czarną przepaską pirata na oku?

Amerykańska organizacja non-profit Digital Citizens Alliance zajmuje się oficjalnie zwalczaniem zagrożeń w Internecie. Przez zagrożenia rozumie przede wszystkim sprawy dotyczące bezpośrednio konsumentów, zajmując skrajnie legalistyczne stanowisko – walczy zarówno z kradzieżą tożsamości jak i handlem narkotykami, straszy upowszechnianiem się „fake news” jak i piractwem, rujnującym przemysł rozrywkowy.

Z pewnym opóźnieniem Digital Citizens Alliance zauważyło kolejne zagrożenie w Internecie – piracki streaming treści wideo. Przygotowało więc edukacyjny film, wyjaśniający praworządnym obywatelom, jak chronić swoje dane przed pirackimi urządzeniami i aplikacjami. Głos lektorki wyjaśnia, że nowoczesne urządzenia pozwalają oglądać bezpiecznie i w przystępnej cenie wszelkie treści jakie chcemy, gdzie i kiedy chcemy.

Na szczęśliwą rodzinę ze swoimi smartfonami i tabletami czyha jednak straszne niebezpieczeństwo. Otóż nie wszystkie urządzenia są sobie równe. Obok telewizora w salonie stoi niewielkie pudełeczko – obudowa żywcem przypominająca oficjalną obudowę Raspberry Pi. To właśnie pudełeczko obiecuje darmowy dostęp do filmów, darmowej telewizji. Darmowej, czyli ukradzionej, a co za tym idzie nielegalnej. Oczywiście z pudełeczkiem wiąże się nie tylko ryzyko prawne, wycinki z mediów wyjaśniają, że miliony użytkowników odtwarzacza Kodi narażone jest na ataki malware, w tym ransomware.

Co najgorsze, pudełeczka z tym Raspberry Pi sprzedawane są w normalnych sklepach, tych samych sklepach, w których sprzedają też „dobre” urządzenia. Biedny konsument mógłby się pomylić, przypadkiem kupić piracką przystawkę telewizyjną, ściągając na siebie wszelkiego rodzaju kłopoty. Tylko dzięki staraniom policji i prokuratury, ostrzegających konsumentów i zwalczających handlarzy tymi pirackimi urządzeniami, rodziny mogą być bezpieczne w swoich domach.

Rysunkowa propagandówka podniosła temperaturę przedstawicielom Fundacji Raspberry Pi, i tak już wcześniej zdenerwowanym historiami o odtwarzaczach Kodi, które mogą zabić swoich użytkowników. Z jakiegoś powodu brytyjskie media często opatrywały bowiem newsy na ten temat ilustracjami przedstawiającymi Malinę, nic przecież nie mającą wspólnego z chińskimi odtwarzaczami z Androidem, które zawiniły brakiem znaczka CE na obudowie.

Tak samo użycie w takiej kreskówce obudowy charakterystycznego jednopłytkowego komputera wygląda na kolejne agresywne zagranie organizacji antypirackich. Nie jest to bowiem pierwsza lepsza obudowa – stylistycznie nawiązuje do obudowy FLIRC, sprzedawanej właśnie przez deweloperów Kodi. Wybór wyraźnie celowy, mający na celu zasiać strach, niepewność i wątpliwości wśród potencjalnych użytkowników.

Jasne, Raspberry Pi bywa używane z Kodi, choć nie jest to jego podstawowe zastosowanie, na rynku są dziesiątki modeli urządzeń znacznie lepiej się do tego nadających. Dzisiaj Pi to przede wszystkim urządzenie edukacyjne, wykorzystywane do nauki nauk ścisłych, do sterowania elektroniką i eksperymentów z programowaniem.

Wszystkie te działania wydają się jednak mało skuteczne. Piractwo filmów i seriali ma się wciąż bardzo dobrze, mimo wypowiedzianej mu w ostatnich latach otwartej walki i dostępności legalnych serwisów wideo. Tak przynajmniej twierdzą badacze z Carnegie Mellon University i Universidade Católica Portuguesa. We współpracy z jednym z wielkich operatorów telekomunikacyjnych badali wpływ dostępności legalnych abonamentowych usług wideo na żądanie, takich jak Netflix, na cyfrowe piractwo.

Wyniki badań pokazują, że w najlepszym razie dostępność dostarczonych za darmo, w prezencie legalnych treści ograniczyła zainteresowanie BitTorrentem o 18 procent, ale tylko wtedy, gdy oferowane treści były w wysokim stopniu zgodne z zainteresowaniami domowników. Gdy dopasowanie do zainteresowań było takie sobie, zainteresowanie BitTorrentem malało o ledwie 4,2%. Co więcej, okazało się, że ludzie po prostu nie chcą płacić tyle, ile żądają takie serwisy za dostęp do legalnych treści – maksymalną akceptowaną kwotą było 3,25 USD miesięcznie za dostęp do katalogu porównywalnego z Netfliksem w Stanach Zjednoczonych. Jako że ani zaoferowanie takich cen, ani takiego katalogu nie jest możliwe, internetowemu piractwu medialnemu nic nie jest w stanie zaszkodzić.

© dobreprogramy