Karnak – egipski sen trwa…

Nota redakcyjna: Publikując na łamach Dobrych Programów moje blogowe foto-wspomnienia mam pewien określony cel. Jest nim poruszenie u Czytelników określonych strun, które w odzewie zabrzmią wydając pewien szczególny ton. I to, jak widzę, właśnie się udało. I choć nie są to masowe sygnały, to jednak są i dlatego są cenne. U jednego z czytających wywołałem tęsknotę za fotografowaniem, drugi zatęsknił za urlopem, kilku innych przypomniało sobie swoje własne podróże, jeszcze inni potwierdzili swoją akceptację dla piękna dzieł Natury i ludzkich rąk, a w kilku przypadkach wywołałem refleksje natury egzystencjalnej. I o to Kochani chodziło. Dziękuję Wam za to, bo to właśnie Wasza obecność na moim blogu jest dla mnie inspiracją do działania. I w tym duchu pragnę kontynuować…

Pierwsze oszołomienie majestatem zabytków starożytnego Egiptu, jakie stało się moim udziałem w świątyni luksorskiej, trwało tego dnia nadal, bowiem zaraz po Luksorze udaliśmy się do położonego nieopodal kompleksu świątynnego w Karnaku. Świątynie były wznoszone w okresie Nowego Państwa i późniejszym. Największa część kompleksu poświęcona była Amonowi-Re, a ponadto bogu Montu oraz bogini Mut (małżonka Amona). Swoje sanktuaria mieli też faraonowie Ramzes III (XX dynastia, panowanie 1183-1152 p.n.e) i Totmes III (XVIII dynastia, panowanie 1458-1425 p.n.e.). I znowu żądni szczegółów mogą się czuć zaproszeni do bibliotek.

reklama

Na zdjęciu poniżej ogólny widok frontu świątyni. Dwa pylony, z czego lewy z wyburzonym piętrem, a poza tym brama także bez górnego zwieńczenia.

Jesteśmy u wrót świątyni. Nasza pilotka – na zdjęciu poniżej, to ta osoba z lewej strony - butelką wody podniesioną do góry, niczym buławą wzywała nas do podążania za nią. Przed nami piękna, ale krótka Aleja Sfinksów o baranich głowach Baran był uważany za święte zwierzę boga Amona. Posągi witały nas rozmieszczone w szeregach po obu stronach wejścia do świątyni, jak jakaś specjalna kompania honorowa.

Wchodzimy na dziedziniec za pylonami.

Zdjęcia posągu faraona (to te dwa poniżej) ukazują spotykaną w historii Egiptu cechę proporcji postaci. Rzecz w tym, że małżonka faraona nie mogła być ukazana, jako równa królowi. Musiała być przedstawiona, jako zgoła miniaturka. Choć jak się potem okazywało, bywały wyjątki od tej reguły. Historycy dopatrywali się w tych przypadkach wyjątkowości uczuć, jakie łączyły małżonków.

Weszliśmy do Wielkiej Sali Hypostylowej. Hypostyl to cecha konstrukcyjna budowli, której strop jest oparty na wielu kolumnach, rozmieszczonych równomiernie na powierzchni sali. Sala Hypostylowa w Karnaku uważana jest za największą z istniejących. Styl ten przejęli potem Grecy.

Szczególna uwaga należy się wszystkim hieroglificznym zdobieniom, szczególnie tym z zachowanymi kolorami. I gdzie by nie spojrzeć, tam wszędzie wśród hieroglifów widać liczne kartusze, będące rodzajem wydłużonej owalnej ramki z zapisanymi wewnątrz imionami faraona, wchodzącymi w skład Królewskiego Protokołu. W starożytnym Egipcie kartusz, mający postać zamkniętej pętli, zwanej „szen”, miał charakter magiczny, i był należny wyłącznie faraonom.

I znowu gdzieś tam „nieśmiałe” próby rekonstrukcji. Nie widać nikogo przy pracy. Ciekawe, czy przypadkiem za faraonów nie budowano szybciej?

Wychodzimy spod gigantów Wielkiego Hypostylu. Teren bardziej odsłonięty. Obiekty dość poszarpane przez los. Ale wszędzie nie brak tego, co tak fascynuje historyków: to kamienne księgi pisane hieroglifami i reliefy. Warto zwrócić uwagę na zapisy hieroglificzne na drugim z dwóch zdjęć poniżej. Ściana w centralnym polu kadru zawiera wyłącznie kartusze zwieńczone wizerunkiem faraona ze złotą opaską na czole i przyprawioną rytualnie brodą. Ale gdy przyjrzymy się kartuszom, zauważymy, że każdy z nich zawiera treści odmienne od pozostałych. Cały zapis wygląda na bardzo długi hymn pochwalny na cześć faraona, lub/albo na zapis z Królewskiego Protokołu. Sprawa złotej opaski to oczywiście moje domniemanie, ale oparte na pewnej znajomości ogólnie panujących ówcześnie zwyczajów. Faraon nie miałby na czole szmacianej opaski, jak Rambo w czasie akcji, ale złotą infułę z wężem, symbol władzy królewskiej. Broda, ale taka sztuczna, przyprawiana, którą bardzo często spotykamy w wizerunkach faraonów, była rytualnym dodatkiem, którego zadaniem było nadanie postaci władcy majestatycznej powagi i dostojeństwa. Nawet nieliczne kobiety, którym w starożytnym Egipcie przypadała rola władcy, na czas oficjalnych ceremonii taką sztuczną brodę też miały przyprawianą. Będzie to potem widać w świątyni królowej Hatszepsut.

Minęło akurat południe i mimo, że to koniec września, upał jest ogromny jak dla nas, Europejczyków z północy. Przyglądam się tej totalnej, otaczającej nas ruinie, ale jednocześnie widać, że ruina jest jakby niekompletna. I tu historia daje nam odpowiedź. Otóż, w starożytności świątynię burzyli Koptowie w odruchu zwalczania „złej” religii, a w średniowieczu to samo czynili fanatycy muzułmańscy, ponadto ruiny przez wieki były świetnym magazynem materiałów budowlanych. Wystarczy? I tym ostatnim można, choć w części, tłumaczyć, dlaczego rekonstrukcje idą tak niemrawo. Po prostu brakuje klocków, aby złożyć tego gigantycznego puzzle’a 3D. Ten sam zresztą problem mają od dziesiątków lat Grecy na ateńskim Akropolu.

Mijamy spory dziedziniec i znowu szukając odrobiny cienia wchodzimy pod kamienne konstrukcje kolejnego pawilonu kompleksu świątynnego. To pozostałości świątyni Totmesa III.

Budowla z pewnego dystansu, w stosunku do wcześniej widzianych, jest jak na tutejszą ruinę ogólnie w niezłym stanie, choć na jej zapleczu wygląda to gorzej. Ale od frontu widać ściany, filary i sklepienia. I przepiękne kolorowe zdobienia. Niesamowite. Przecież one mają trzy i pół tysiąca lat. Jakżeż tu musiało być kolorowo w czasach świetności tego miejsca?

Pod sklepieniem pawilonu świątynnego panuje głęboki cień (i przyjemny chłód). Ale na zewnątrz ostro świeci afrykańskie słońce. To dawka kontrastu, której nie daje rady matryca mojego aparatu. „Przepał” nie do uniknięcia. Przydałaby się jakaś choćby mała chmurka, aby nieco zasłonić tę „lampę”. Ale to marzenie ściętej głowy. W tym rejonie ostatnie deszcze, jak nam mówiono, padały osiem lat wcześniej. Przez 5 minut… I takie wydarzenie egipska meteorologia odnotowuje potem, jako dzień deszczowy. Choć zdarzało się, że takie krótkotrwałe wydarzenie deszczowe miewało nawet dość gwałtowny charakter. Ale taka jest właśnie Sahara.

Szukam ciekawych ujęć. Ale w tym miejscu nie mam wielkiego wyboru. Możliwe są tylko z poziomu przyziemia. Wszystkie jakieś „płaskie” i „niewyraźne”. Miejscami widok ruin przypomina bardziej chaos, niż temat na pamiątkowe widokówki, gdzie od pierwszego rzutu oka widać, co artysta miał na myśli. W tym momencie uświadamiam sobie, że chyba nadarza się pierwsza okazja tego dnia do lekkiego „urwania” się grupie. Ale moja nieśmiała, z początku, próba ogranicza się jedynie do pozostania w tyle. I oto niemal natychmiast w moim najbliższym otoczeniu robi się „luźniej”. Inne grupy turystyczne jeszcze do tej części świątyni nie napłynęły. Rozglądając się, zaczynam „węszyć”.

Nagle zza ściany wyłania się postać policjanta w białym mundurze. Oczywiście obowiązkowy kałasznikow na ramieniu. Ja rozglądam się i zauważam kilka metrów dalej kamienne schodki prowadzące na poziom pierwszego piętra. Ale dostęp do nich zagradza drewniany kij, oparty poziomo na kamieniach - jak szlaban. Nie jest to typowy „oficjalny” sznur, ale kij. Spojrzałem na policjanta, on na mnie, i… chyba mnie zrozumiał. Wymieniając kilkukrotnie jedno tylko słowo „panorama”, wskazał jednocześnie na owe schodki i chwycił za kij, ale go nie ruszył. Zauważył moje lekkie kiwnięcie głową, więc tajemniczy pręt na chwilę zniknął, a ja wszedłem na schodki. Ale zanim minęła moja minuta na pięterku, zauważyłem, że do policjanta doszlusował jakiś cywil, zapewne jego znajomy. A skoro znajomy, to sprawdziłem w kieszeni, czy mam dwie jednofuntówki. Miałem. ;)

Na zdjęciu poniżej, oprócz policjanta i jego znajomego, widać ruiny sanktuarium świątyni Totmesa III - widziane z „udostępnionego” mi pięterka.

Rzeczywiście pięterko pozwoliło mi ujrzeć otoczenie z lepszej perspektywy, więc wykorzystałem tę okoliczność jak się dało - i jednocześnie musiałem się śpieszyć, bo nasza grupa już znikała za ruinami.

Obydwu beneficjentów pożegnałem uśmiechniętych. A ja za złotówkę dowiedziałem się, do czego służą dwa końce kija. Potwierdziło się zatem, co wiedziałem od dawna, że podróże kształcą. ;)  

hobby
reklama

Komentarze