Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Retromaniak: Abraxas, czyli opowieść o tym jak składaliśmy komputery i marzyliśmy aby podbić świat cz. 1

Co można robić mając 19 lat? Najlepiej imprezować, randkować z pięknymi niewiastami, chodzić na koncerty, jeździć na niezapomniane wakacje, kupować wystrzałowe ciuchy - słowem bawić się i korzystać z życia :) Tylko skąd na to wszystko wziąć pieniądze? To właśnie popchnęło nas do założenia firmy komputerowej Abraxas.

Był 1996 rok, pierwsze lata gospodarki rynkowej i kapitalizmu. My "dzieci komuny", pamiętający jeszcze czasy pustych półek w sklepach, niekończących się kolejek i poczucia totalnej beznadziei, patrzyliśmy na zachodzące zmiany z olbrzymią radością, a głowy mieliśmy pełne marzeń. Wówczas wszystko zdawało się możliwe, nic nie było problemem, każdemu z nas wydawało się, że może przejść drogę od pucybuta do milionera. Wystarczyło chcieć, a my chcieliśmy i to bardzo.

Tak jak w starym hicie Perfectu, było nas trzech, w każdym z nas inna krew. Kamil Cybulski (Cebula ), Jacek Kowalski (muters ) i ja. Nie śmierdzieliśmy groszem, skromne miesięczniówki od rodziców to był cały nasz budżet plus kasa zarobiona na komputerze złożonym dla kolegi z osiedla. Uciułaliśmy z tego 500 zł na start. Wystarczyło na opłaty rejestracyjne w urzędach (tak, kiedyś jak ktoś chciał założyć własną działalność gospodarczą to jeszcze musiał za to zapłacić), ZUS za pierwszy miesiąc (217,26 zł), księgę przychodów i rozchodów do wypełniania, druczki rachunków, pieczątki oraz książkę "ABC small business'u" Włodzimierza Markowskiego, która była wówczas swego rodzaju biblią dla takich niedorobionych kapitalistów jak my.

r   e   k   l   a   m   a

Początki - jak to zwykle bywało w takich przypadkach - były garażowe, a konkretnie piwniczne. Na biuro naszej korporacji zaadaptowaliśmy przyziemie domu na wrocławskim Zaciszu. Było to pomieszczenie o powierzchni ok. 20 m2 z osobnym wejściem, w którym po "godzinach pracy" normalnie mieszkałem. Na codzień nie było jednak tego widać.

Tę piwnicę w pocie czoła własnoręcznie ociepliliśmy wełną mineralną i płytami GK, przykleiliśmy tapety a'la baranek i pomalowaliśmy na biało. Mieliśmy pseudo ladę złożoną z dwóch moich biurek, w tym jednego z odzysku, które trzeba było pomalować czarną farbą akrylową, aby jako tako wyglądało. Miejscem do siedzenia dla klientów była dwuosobowa sofa tarasowa typu kon-tiki wytargana przez Cebulę od rodziców oraz dwa krzesła przyniesione przez mutersa. Na podłodze szara jednolita wykładzina żeby przykryć niemodny parkiet i zminimalizować domowy charakter. Nawet drzwi i listwy przypodłogowe pomalowaliśmy na czarno. Jaki koń był jednak każdy widział - całość nadal trąciła domówką i amatorszczyzną, ale w tamtych czasach niektórzy działali w znacznie gorszych warunkach.

Nie mieliśmy nawet telefonu stacjonarnego. Jak już bowiem pisałem w Widzisz synku? Tak wyglądał fax/modem, w tamtych czasach nie była to wcale taka oczywistość. Za to, bardzo szybko, bo już po kilku miesiącach wykupiliśmy sobie skrzynkę mailową, co było w tamtych latach dowodem skrajnej nowoczesności. Tak skrajnej, że w zasadzie nikt nie pisał jeszcze maili. Zresztą i tak nie moglibyśmy ich odebrać, bo... nie mieliśmy telefonu, a co za tym idzie, dostępu do Internetu ;)

Nie mieliśmy też samochodu, ani nawet praw jazdy, po wszystkie podzespoły jeździliśmy więc autobusem lub tramwajem, z początku najczęściej na wrocławską giełdę komputerową, bo tam było najtaniej (fenomen giełdy to swoją drogą ciekawy temat na osobny wpis, ale o tym innym razem). W każdym bądź razie zasuwaliśmy z tymi monitorami, czy obudowami pod pachą, czasami przez całe miasto. Dobrze, że nasi klienci tego nie widzieli.

Wszystkie te problemy były jednak niczym wobec dumy, która nas rozpierała. Własna firma - to było coś! Faktem jest, że w celach oszczędnościowych (aby nie płacić ZUSu za 3 osoby) była początkowo zarejestrowana tylko na mnie, ale mniejsza o to. Nikt nie wnikał w takie szczegóły, a szacunek wśród kolegów był bezcenny. Największą satysfakcję sprawiło nam jednak utarcie nosa nauczycielce od rosyjskiego, która - oględnie mówiąc - nie pałała do nas sympatią i miała skłonności do moralizowania na każdym kroku.

Pewnego razu zaczęła opowiadać o swoim synalku, który to jest taki zaradny, że do rany przyłóż, a weekendami pracuje rozlewając wosk do zniczy. Tak właśnie pomaga mamusi, zarabiając jakieś śmieszne grosze, które nawet dla nas, bidoków, były wówczas skrajnie nieadekwatne do poświęconego czasu. Już wolałbym chyba przetrząsać śmietniki w poszukiwaniu butelek po piwie. W końcu wypaliła:


- A wy, Kędzior i Cybulski?! Pewnie nic nie pomagacie rodzicom tylko na nich żerujecie!
- My, pani profesor, założyliśmy własną firmę i składamy komputery
- ...

Cisza, która nastała w klasie, była niewyobrażalna :) A my mieliśmy spokój (przez jakiś czas).

Najważniejsza była jednak frajda z tego co robiliśmy. Uwielbialiśmy składanie komputerów, obcowanie z nowoczesnymi technologiami, oprogramowaniem. Przerobienie tej pasji na pieniądze szło niestety trochę gorzej. Nasz pierwszy "firmowy" komputer zmontowaliśmy i sprzedaliśmy w maju 1996 roku, drugim miesiącu działania Abraxas. Do dziś mam część dokumentacji księgowej z tego okresu. Była to, jak na owe czasy, bardzo wypasiona maszyna. Procesor Intel Pentium 100 MHz, 8 MB pamięci RAM, dysk twardy 1,3 GB, napęd CD-ROM 6x, karta graficzna S3 Trio 64 oraz fantastyczna karta muzyczna Sound Blaster AWE32. Podzespoły kosztowały w sumie 2870 zł, a cały komputer sprzedaliśmy za 3120 zł. Zysk 250 zł, czyli niespełna 9%. Niby nie tak źle, gdybyśmy takich komputerów sprzedali więcej niż jeden. Po zapłaceniu ZUSu wyszliśmy bowiem na zero.

Kilka tygodni temu udało mi się zdobyć jeden z takich złożonych przez nas komputerów, o czym wspominałem w poprzednim wpisie. To właśnie jego zdjęcia widzicie wyżej. Sprzęt powstał równo dwie dekady temu i za sprawą niezwykłego splotu okoliczności trafił z powrotem w moje ręce.

Pod maską prawdziwy "demon" - procesor AMD K5 75 MHz, 8 MB pamięci RAM, dysk twardy 850 MB, napęd CD-ROM 10x, karta graficzna S3 Trio 64V+, karta muzyczna ESS. W komplecie monitor 14" firmy CTX. Całość w obudowie typu Mini Tower Baby AT, bo ATX jeszcze wówczas nie wymyślili. Klawiatura też jest starego typu DIN (i jeszcze bez klawiszy Win), a mysz podpinana do portu COM DB-9 (RS232).

Doskonale pamiętam jak powstawał ten konkretny egzemplarz. Montaż podzespołów poszedł gładko, ładnie powiązaliśmy kabelki, nawet ekstra wygłuszyliśmy obudowę paskami pianki (żeby zlikwidować rezonowanie od wentylatora), jednak gorzej z oprogramowaniem. Na komputerze instalowany był Windows 95, który sprawiał masę absurdalnych problemów. Widać je zresztą nawet dziś, na poniższym filmie, gdy system nie rozpoznaje myszki i chce załadować do niej sterownik. Rzecz w tym, że myszka działa bez problemu ;) To oczywiście tylko przykład, bo takich przypałów była masa, odeszły one dopiero wraz z Windows 98, który był pod tym względem znacznie bardziej dopracowany. W każdym bądź razie klient musiał czekać na wydanie komputera bite dwie godziny, do dziś podziwiam jego cierpliwość...

Zresztą nie tylko cierpliwość. Ponieważ byliśmy bez grosza przy duszy, kupujący musiał za komputer zapłacić z góry, bo nie mieliśmy pieniędzy aby założyć na zakup podzespołów ;) Wszystko to udało się chyba tylko dlatego, że był to znajomy ojca Cebuli. Swoją drogą jego ojciec pomógł nam niejeden raz...

Dziś, po 20 latach, jestem pod wrażeniem, że nasz komputer nadal działa bez większych problemów, choć ostatnie lata przeleżał w nieogrzewanym garażu... Co prawda bateria podtrzymująca pamięć CMOS wyzionęła ducha, ale na całe szczęście jest już nowszego typu (pastylkowa, a nie beczułkowa), jej wymiana to zatem drobiazg. Płyta główna zresztą jest bardzo porządna - to A-Trend ATC-1020 na chipsecie Intel Triton II (430VX). Inni do podstawowych procesorów AMD K5 wsadzali najtańsze barachło.

Próby czasu nie przetrwał głównie... monitor, którego kontrast i maksymalna jasność sporo straciły. Poza tym obraz okresowo skacze. Monitora jednak nie montowaliśmy :P No i kwadratowy firmowy znaczek na obudowie trochę się rozmazał na brzegach - ale o tym już w następnym odcinku.

c.d.n.

P.S. Tymczasem (jeżeli ktoś z Was jeszcze nie czytał) zapraszam do zapoznania się z wcześniejszym wpisem Geometria, czyli garść wspomnień jak zostaliśmy programistami i uprzed..., w którym to opisuję naszą pierwszą próbę podboju wszechświata ;) 

sprzęt hobby inne

Komentarze