Retromaniak: HP LaserJet 4P – niezniszczalna drukarka, którą uwielbiam cz. 3

Olbrzymi postęp technologiczny w komputerach (kiedyś), czy smartfonach (obecnie) przyzwyczaił nas do systematycznego pozbywania się starego sprzętu i kupowania nowego. Nawet jeżeli psioczymy, że ten nowy jest mniej solidnie wykonany, że łatwiej go uszkodzić - mówimy: trudno, za rok/dwa i tak kupimy przecież jeszcze nowszy. Stary ląduje w serwisie ogłoszeniowym, trafia do rodziny, albo na śmietnik. I tak w kółko...

Trochę lepiej jest z peryferiami - szczególnie monitorami, czy drukarkami, jednak i one raczej nie zagrzewają miejsca na dekady. Na tym tle, ja ze swoją drukarką HP LaserJet 4P, modelem któremu stuknie w tym roku ćwierć wieku od debiutu, jawię się jako jakiś szaleniec, albo w najlepszym razie "komputerowy hipster". Jednak w tym szaleństwie jest odrobina logiki, o czym za chwilę...

Skąd pomysł na reanimację antycznej drukarki?

O perypetiach związanych z HP LaserJet 4P pisałem już szczegółowo w pierwszej i drugiej części, ograniczę się więc do krótkiego streszczenia. Drukarka wpadła w moje ręce dobrych kilka lat temu, a ponieważ w ub.r. stanąłem przed koniecznością zakupu drukarki do domu, postanowiłem ją reanimować. Model LaserJet 4P jest według mnie jednym z najbardziej udanych w historii HP. Drukarka jest ładnie zaprojektowana, bardzo kompaktowa, porządnie wykonana, drukuje w 600 dpi. Jedyne jej wady to szybkość druku - 4 str./min i fakt, że jest czarno biała. Do moich zastosowań (okazjonalne wydruki dokumentów) to jednak w zupełności wystarcza.

Jak dotąd jedyne moje nakłady na tę drukarkę to 142 zł wydane na oryginalny cartridge (toner na 4000 str. + bęben), trochę poświęconego czasu na doprowadzenie drukarki do stanu używalności oraz zdobycie print servera (bowiem drukarka ma tylko port LPT).

Koszty niewielkie, ale mimo to wiele osób pyta mnie: po co bawić się w reanimowanie tak wiekowej drukarki? Powodów jest kilka: estyma z jaką traktuję drukarki HP z tego okresu, niechęć przed wyrzucaniem niewyeksploatowanego urządzenia na śmietnik, a także po prostu szkoda mi było wydawać pieniądze na nową drukarkę. Przede wszystkim zdecydowała jednak... jakość wydruków.

HP LaserJet 4P została zaprojektowana i wykonana jeszcze w tych czasach kiedy to takich urządzeń nie produkowało się z perspektywą aby dotrwały niewiele dalej niż do końca startowego tonera. Mimo 25 lat i przebiegu 30 tys. stron wydruki są idealne, marginesy, pokrycie tonerem bez zarzutu. Nigdy nie zaciął mi się papier, nigdy wydruk nie był krzywo. Jakość wydruków jest naprawdę pierwszorzędna.

OK, przyznaję, że wobec powtarzającego się powątpiewania w gronie znajomych, czy wręcz jasnych sygnałów jakobym był jednak lekkim wariatem, moje przekonanie co do sensowności tej inwestycji z czasem trochę osłabło ;) Drukarka ma bowiem swoje słabsze strony - tylko 2 MB wbudowanej fabrycznie pamięci powodowało, że na przetworzenie wydruku trzeba było chwilę poczekać. Do tego podczas stanu gotowości z okolic wentylatora oprócz szumu zaczęły dobywać się też jakieś delikatne szmery. Nic super niepokojącego, ale sygnalizowało, że na dłuższą metę trzeba się w przyszłości liczyć z koniecznością naprawy lub wymiany tego wiekowego, bądź co bądź, wentylatora.

Tani Xerox mnie rozczarował...

Do swojego biura nie szukałem więc już kolejnego "pacjenta do reanimacji" tylko po prostu kupiłem nowe urządzenie wielofunkcyjne Xerox WorkCentre 3025V/NI. Jest to czarno-biała drukarka laserowa (600 dpi, 20 str./min), skaner z automatycznym podajnikiem dokumentów i faks, zintegrowane w jednej niewielkiej obudowie, co ważne dla mnie, z portem Ethernet. Wszystko to razem za niespełna 500 zł brutto. Dobry deal, prawda?

Relacja ceny do możliwości tego sympatycznego urządzonka faktycznie jest rewelacyjna. Nie psioczyłem więc nawet na nieco gorsze materiały z których zostało wykonane, względem nie tylko redakcyjnego Xerox Phasera 6180, ale nawet mojego stareńkiego LaserJeta 4P.

Po początkowej lekkiej euforii z czasem zaczęły jednak wychodzić pewne mankamenty małego Xeroksa. Podajnik na papier ma tylko 150 stron, do tego częściowo wystaje spod drukarki i nie ma żadnego przykrycia, przez co na papierze zbiera się kurz. Nie ma możliwości przesłania skanu mailem - pozostaje obsługa skanowania z aplikacji na komputerze (na szczęście przez sieć, a nie po USB, ale to i tak znacznie mniej wygodne niż operując z poziomu urządzenia).

To jednak drobiazgi. Najgorsze, że po wydrukowaniu zaledwie kilkudziesięciu stron drukarka zaczęła trochę krzywo ciągnąć papier. Częściowo to wina lichego podajnika na papier, częściowo pojedynczej (?, nie przyglądałem się) rolki, która go ciągnie, nie ma to jednak znaczenia. Dodam, że kartki podawane przez ADF też nie są skanowane idealnie prosto, ale to akurat jest dość powszechne zjawisko, więc nad tym nie załamuję rąk...

Krótko mówiąc, Xerox WorkCentre 3025 okazał się produktem naszych czasów. Tak jak Metallica skończyła się na Kill'em All ;), a Mercedes na modelu W124, tak nawet drukarki Xerox nie są już takie jak kiedyś... 

Dopieszczanie HP LaserJet 4P

Jaki z tego morał? Ano taki, że nie wszystko co nowe jest z założenia lepsze. Prawdopodobnie wyższe modele Xeroxa nie mają takich problemów, ale za takie trzeba zapłacić znacznie więcej pieniędzy, postanowiłem więc nadal dopieszczać swojego poczciwego HP LaserJet 4P.

Na pierwszy rzut poszedł moduł pamięci HP C3133A (8MB), który wyszukałem na niemieckim eBay'u. Koszt to całe 1,5 EUR + 2,6 EUR za wysyłkę na terenie Niemiec. Przesyłka do Polski byłaby znacznie droższa, co stawiało sens zakupu pod dużym znakiem zapytania. I tu właśnie siłę pokazała wyjątkowa, dobroprogramowa społeczność, w tym przypadku Semtex. To właśnie on, mieszkający obecnie u naszych zachodnich sąsiadów, zaoferował pomoc w zakupie tej pamięci i... nie tylko.

Idąc za ciosem postanowiłem bowiem zakupić jeszcze wentylator, a właściwie cały zestaw fan assembly (czyli wentylator wraz z ramką montażową itp.), oznaczony przez HP kodem RG5-0703-000. To już była typowa fanaberia, bowiem jak wspomniałem wcześniej, wentylatorowi w zasadzie nic wielkiego nie dolegało, ale co tam! Decyzja była tym łatwiejsza, że taki właśnie moduł wentylatora, fabrycznie nowy i zapakowany w oryginalnym pudełku (!), znaleźliśmy wraz z Semteksem również na niemieckim eBay'u. Koszt niemały, bo 29 EUR, ale za to wysyłka gratis.

Jak łatwo policzyć wydatki na mojego LJ 4P zwiększyły się o ok. 137 zł do łącznie blisko 280 zł. Na pierwszy rzut oka to całkiem spora kwota, za takie pieniądze można przecież kupić już nową, czarno-białą drukarkę laserową. Będzie ona jednak miała startowy toner na niewielką liczbę stron, a jakość wykonania (i co za tym idzie generowanych wydruków) może rozczarowywać jak w opisywanym wyżej Xeroksie.

Instalowanie nowych zabawek

Naprawa sprzętu elektronicznego to coraz mniej spotykana praktyka. Pamiętam, że Xyrcon pisała kiedyś newsa (cytowanego nawet przez TVN), iż ludzie nie potrafią/nie chcą teraz naprawiać starego sprzętu i wyrzucają go na śmietnik. Faktycznie niskie ceny nowych urządzeń i sposób ich wykonania (wszystko jest wlutowane, posklejane) zniechęca do tego procederu, ale w przypadku HP LaserJet 4P mamy do czynienia jeszcze ze starym, dobrym podejściem.

Jak już pisałem, znalezienie instrukcji serwisowej do HP LaserJet 4P nie nastręcza większego problemu, podobnie jak rozebranie drukarki. Wymiana wentylatora była więc przysłowiową kaszką z mleczkiem, nawet biorąc pod uwagę, że zakupiony moduł (RG5-0703-030) okazał się nowszą, ulepszoną wersją i nieco różnił się od zainstalowanego fabrycznie w drukarce (RG5-0703-000). Jednak nawet dla mnie, osoby która nie ma natury dłubacza i takimi rzeczami zajmuje się okazjonalnie, wymiana zajęła raptem kilkadziesiąt minut (i to wliczając czas na próbę przełożenia samego wentylatora do starego modułu - co jednak było bez sensu, bo ma on nieco inne wymiary).

Z zainstalowaniem dodatkowego modułu pamięci poradziłby sobie już dosłownie przedszkolak, bo do tej operacji nie trzeba demontować obudowy drukarki, wystarczy tylko zdjąć kawałek pokrywy pod którą kryją się gniazda pamięci i zainstalować moduł.

Cała operacja, łącznie z czyszczeniem wnętrza drukarki, wymianą oryginalnej taśmy i gąbki osłaniającej podłączenie wentylatora (rozpadały się pod dotykiem palca, więc zastąpiłem je taśmą budowlaną Dolphin), zajęła może w sumie ze 2 godziny...

Satysfakcja bezcenna!

Po wszystkich tych zabiegach czuję ogromną satysfakcję. Przede wszystkim udało mi się doprowadzić ulubioną drukarkę do stanu fabrycznej sprawności. Czas na uzyskanie wydruku znacznie się skrócił, co tylko utwierdza mnie w postanowieniu aby szukać kolejnych modułów pamięci C3133A (maksymalnie można zainstalować 3 szt. po 8 MB, co plus 2 MB wbudowanej pamięci daje łącznie 26 MB). Wentylator również działa teraz idealnie, a ja mam pewność, że niespodziewanie nie wyzionie ducha przy większej serii wydruków.

Przede wszystkim jednak mam satysfakcję ponieważ kolejny raz udowodniona została nieprawdopodobna siła społeczności dobrychprogramów. Ludzi, którzy się znają głównie wirtualnie, ale bezinteresownie sobie pomagają także w rzeczywistym świecie (tu dodam, że w poszukiwania pamięci do mojej drukarki zaangażował się także GBM). Panowie, serdecznie dzięki!

Wreszcie, czuję satysfakcję ponieważ udało się uratować kolejny sprzęt przed wyrzuceniem na wysypisko śmieci. Nie jestem jakimś eko-oszołomem, ale degradacja środowiska wynikająca z coraz większej ilości odpadów (których niestety nadal w wystarczającym stopniu ponownie nie przetwarzamy) nie jest mi obojętna...

Dodam, że to nie jedyna wartościowa drukarka niejako "uratowana" przy moim udziale. Od wielu miesięcy szukałem dobrej duszy, który zaopiekuje się wyjątkową drukarką laserową ATARI SLM605, podarowaną lata temu przez Pana Stefana Nawrockiego, autora takich legendarnych programów jak Inkaust i Kombi. Drukarka ta trafiła ostatecznie w ręce Piotra "Petera" Krużyckiego, redaktora naczelnego reaktywowanego niedawno magazynu Atari Fan i będzie można ją niebawem zobaczyć w Trójmieście w towarzystwie Atari TT!

c.d.n.  

Komentarze