Krótki test HiFiBerry Amp2 dla Raspberry Pi 4B: Niedrogi odtwarzacz sieciowy?

Strona główna Lab PC i miniPC
"Malinka" z nakładką HiFiBerry Amp2 zmienia się w dość poważny sprzęt grający.
"Malinka" z nakładką HiFiBerry Amp2 zmienia się w dość poważny sprzęt grający.

O autorze

Ilość zastosowań minikomputera Raspberry Pi 4B jest ogromna. Rynkowa nowość dopiero się zadomawia i zyskuje dodatki, oprogramowanie i gadżety, ale wiele nakładek, które były kompatybilne z poprzednimi wersjami „malinki”, działa również z czwórką. Mnie interesują głównie zastosowania multimedialne, dlatego też postanowiłem sprawdzić, jak w praktyce spisuje się nakładka HiFiBerry Amp2.

Malina jako odtwarzacz HiFi?

Podstawową rolą Raspberry Pi 4B może być np. odtwarzacz plików multimedialnych, pracujący pod kontrolą systemu OSMC, LibreElec, czyli jedną z wariacji nt. słynnego Kodi. Rzecz jasna nic nie stoi na przeszkodzie, aby małą „malinkę” przerobić na nieco poważniejszy sprzęt np. sieciowy odtwarzacz muzyczny z własnym wzmacniaczem. Do tego celu posłuży nakładka typu Hat o nazwie HiFiBerry Amp2, który zmienia minikomputer w dość wydajny, samodzielny amplituner stereo. Oczywiście nie zastąpi on typowego amplitunera o dużej mocy, ale w wielu przypadkach będzie w zupełności wystarczający. Poza tym cena całego zestawu to około 500 złotych – wydaje się dość rozsądna.

HiFiBerry Amp2 – co to takiego i czym się charakteryzuje?

HiFiBerry Amp2 to dedykowana do komputerów Raspberry (4B, 3B+, 3B, 2B, A+, B+ oraz Zero) nakładka typu Hat w wbudowanym wzmacniaczem klasy D o mocy 60 W (30 W na kanał). Jest to więc dość przyzwoita wartość biorąc pod uwagę cenę całości oraz miniaturowe wręcz rozmiary. Urządzenie współpracuje z głośnikami o impedancji od 4 do 8 Ohm. Oczywiście należy je podłączyć do złącz śrubowych typu ARK, a więc dość staromodnego, ale bardzo skutecznego rozwiązania. Całość wspiera próbkowanie do 192 kHz, zaś do podłączenia nie są konieczne żadne przewody i przejściówki – wystarczy dedykowane złącze GPIO.

Dość imponująca moc wyjściowa oczywiście wymaga zewnętrznego źródła zasilania o napięciu od 12 V do 24 V, które należy podłączyć do gniazda DC. Plus jest taki, że wbudowany stabilizator umożliwia zasilanie również Raspberry Pi - po podłączeniu zasilacza do płytki HiFiBerry Amp2, nie jest wymagane żadne inne zasilanie np. z USB C. Montaż jest oczywiście banalnie prosty, zaś całość trzymają stabilnie dołączone do zestawu dystanse montażowe.

Jak przystało na Raspberry Pi oraz jego obsługę, instalacja systemu jest banalnie prosta. Wystarczy pobrać odpowiedni system na dysk komputera, a następnie wgrać go na kartę pamięci microSD za pomocą narzędzia np. Win32DiskImager. Po przełożeniu karty do Raspberry Pi płytka HiFiberry będzie już odpowiednio skonfigurowana. Do wyboru mamy wiele rozwiązań uzależnionych od naszych preferencji i planów związanych z układem. Ja wybrałem Volumio czyli system pozwalający stworzyć z Raspberry Pi 4B i HiFiBerry Amp2 sieciowy odtwarzacz muzyczny.

Jak to działa w praktyce?

Nie jestem „malinowym” specjalistą i korzystam z urządzenia dość rzadko, głównie dla zabawy, ale instalacja i konfiguracja Volumio (podobnych systemów prawdopodobnie też) jest tak prosta, że nawet nieobyte z tego typu rozwiązaniami osoby, poradzą sobie z konfiguracją. W przypadku Volumio, wszystko odbywa się za pośrednictwem interfejsu w przeglądarce np. na laptopie. Jest również dedykowana aplikacja, ale niektóre bardziej zaawansowane rozwiązania są niestety płatne.

Tak czy inaczej korzystanie z Volumio za pośrednictwem laptopa podłączonego do tej samej sieci co zestaw Raspberry Pi 4B z HiFiBerry Amp2 jest proste i przypomina nieco obsługę serwisów muzycznych pokroju Spotify czy Tidal bądź TuneIn. Możemy odtwarzać własne utwory zapisane na dysku, jak również słuchać internetowych rozgłośni radiowych itp. Konfiguracja również nie nastręcza trudności, zaś ilość ustawień powinna zadowolić również wymagających użytkowników. No dobrze, ale jak to brzmi?

Postanowiłem rzucić HiFiBerry Amp2 na głęboką wodę i trochę poeksperymentować, dlatego też do wzmacniacza podłączyłem kolumny Klipsch R-15M o mocy znamionowej 85W, a więc dużo wyższej, niż to, co jest w stanie zaoferować Hat. To nieco karkołomne połączenie zagrało… bardzo poprawnie! Dźwięk był bardzo czysty i klarowny, zaskakująco detaliczny i dynamiczny, choć przy wyższych poziomach głośności wszystko się rozlewało i brzmiało mocno kartonowo. Nie zmniejsza to jednak faktu, że małe HiFiBerry Amp2 we współpracy z Raspberry Pi 4B było w stanie uciągnąć dość duże głośniki pasywne. Owszem, akurat ten model – Klipsch R-15M oraz inne z tej serii – charakteryzują się dużą dynamiką i działają świetnie nawet ze wzmacniaczami o skromnej mocy, ale pokazuje to, że testowany zestaw nie jest tylko skromną zabawką, która poradzi sobie tylko z małymi głośnikami.

Minusy?

Oczywiście „Malinka” nie jest w stanie w pełni zastąpić prawdziwego amplitunera stereo, ale pokazuje, że „daje radę” i oferuje bardzo szerokie możliwości. Największą zaletą, oprócz miniaturowych rozmiarów i rozsądnej ceny, jest elastyczność pod względem możliwości systemowych – tego nie oferują alternatywne „poważne” sprzęty znanych marek muzycznych. Do tego możliwość odtwarzania bezprzewodowego, łączenia zestawów w systemy multiroom itp. Jest jednak pewien problem.

Temperatura! Grzeje się to niemiłosiernie i chęć pozostawienia zestawu bez żadnego chłodzenia to raczej kiepski pomysł. Dedykowany radiator to minimum, jeśli bardzo chcemy zachować bezgłośną prace. Do tego przyda się otwarta obudowa, no chyba, że planujemy schować układ gdzieś w głębi szafki. Poza tym trudno mieć do czegokolwiek zastrzeżenia. Co prawda cena mogłaby być odrobinę niższa, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby postawić tego typu wzmacniacz na starszej wersji Raspberry Pi np. 3B.

Czy warto?

Moim zdaniem – zdecydowanie. Spektrum możliwości drzemiących w Raspberry Pi jest ogromne, zaś nowa wersja oferuje wiele nowoczesnych rozwiązań. Na dobrą sprawę z jednego komputerka, dysponując różnymi nakładkami i kartami pamięci z kilkoma systemami, możemy stworzyć wiele różnorakich urządzeń. Już sam zakres funkcji sieciowego odtwarzacza muzycznego, który możemy łączyć w zestawy multiroom i sterować zdalnie sprawia, że wydatek rzędu 500-600 złotych jest dobrą inwestycją. Jasne, mogłoby być odrobinę taniej, ale w chwili obecnej płacimy jeszcze podatek od nowości, a z drugiej strony zawsze możemy skorzystać z nieco starszej odmiany „malinki”.

Sprzęt do testów udostępniła firma Botland.

© dobreprogramy