Kryptowaluty vs moje wspomnienia z podróży

Prolog

Temat krypto-walut wraca co chwila w różnych enuncjacjach prasowych, także i na Dobrych Programach, a ja, jak kołek w płocie, nie wiele z tego dotąd rozumiałem. Kopanie krypto-walut, jakie kopanie? Po co? Jak? O co w tych chodzi? Ale, gdy otwartym tekstem poprosiłem o wsparcie, natychmiast w sukurs przyszła mi wspaniała Społeczność DP, a w rzeczy samej kilka osób, na których życzliwości się nie zawiodłem. Dzięki nim zacząłem powoli rozumieć, że współczesny świat realny pokazał ludziom swoje nowe oblicze. Wredne,… jak już nie raz bywało…

A przecież świat może być taki jasny i piękny, mimo, że pewna część jego mieszkańców chce go uczynić mrocznym i nieprzyjemnym. I w tym momencie uświadomiłem sobie jeszcze mocniej, że dostrzeganie owych majestatycznie pięknych miejsc w historii cywilizacji ludzkiej może być jednak doskonałą odtrutką przeciw Wielkiemu Smutkowi, który podstępnie czyha na ludzi w zakamarkach Internetu. Stąd moje wspomnienia podróżnicze tu, w Dobrych Programach, na Ziemi Zapisów Cyfrowych. Chwilowo „męczę” niektórych Egiptem, ale obiecuję, że potem będzie coś innego. Bo wszędzie, gdzie przed wiekami żyli ludzie, coś po sobie pięknego pozostawili. Egipcjanie zapisywali swoją historię w kamieniach, które przetrwały kilka tysięcy lat. A co pozostawimy po sobie my, ludzie XXI wieku? Zapisy cyfrowe? Może je zdmuchnąć jeden EMP, a egipskie hieroglify tkwić będą nadal.

Ogrody Kitchener’a

Dziś przyszła kolej na opowiadanie o chyba najbardziej zielonym miejscu wśród pustyń Egiptu, jakie nam przyszło odwiedzić. Ale po kolei….

Statek hotelowy, którym od kilku dni płynęliśmy z Luksoru w górę Nilu, po wieczornym wyruszeniu z Kom Ombo, dotarł do Asuanu przed świtem. Stał się też na jeszcze jedną dobę naszą stacjonarną bazą noclegową, z której czyniliśmy wycieczki bliższe i dalsze. Pierwszą z wycieczek, pierwszego dnia w Asuanie, była poranna wyprawa do Abu Simbel (ale o tym już pisałem).

Z Abu Simbel wróciliśmy w porze obiadowej, a po nim, program wycieczki przewidywał zwiedzanie Ogrodu Botanicznego (Aswan Botanical Garden).

Geziret an Nabatat – wyspa roślin – znana popularnie także, jako Ogrody Kitchener’a (choć ta ostatnia nazwa jest bardziej europejska, niż egipska), jest wyspą nilową w pobliżu Asuanu (rejon I katarakty), którą po Kampanii Sudańskiej z lat 1896-98 otrzymał lord Kitchener i urządził na niej ogród botaniczny. Do Ogrodu sprowadzono wtedy wiele roślin egzotycznych. Obecnie Ogród Botaniczny, podlegający egipskiemu ministerstwu rolnictwa, znany jest z pełnienia przede wszystkim funkcji rekreacyjnej, co sprawia, że bywa celem odwiedzin tak ludności miejscowej, jak i licznych turystów.

Dotrzeć do wyspy można lokalnym promem, łodziami motorowymi lub felukami. Feluki są tradycyjnymi łodziami żaglowymi, wyposażonymi w trójkątny żagiel (tzw. żagiel łaciński). Nasza grupa miała okazję popłynąć właśnie feluką, której rejs, w porównaniu do łodzi motorowych, jest po prostu cichy. Jedyne, co daje się usłyszeć podczas rejsu, to szum wiatru, łopotanie żagla i typowe odgłosy trzeszczących elementów drewnianych, no i czasem tylko ciche rozmowy turystów zakłócają ten romantyczny nastrój.

Właściciel feluki, Nubijczyk, rozszerzył ofertę komunikacyjną także o wyroby miejscowego rzemiosła, co prezentował na ławie po środku łodzi.

Sądząc z widoku naszych pań podróżniczek, które otoczyły ławę, wydaje się, że świecidełka chyba wzbudziły zainteresowanie. Ironia historii?

A przy okazji drobna uwaga. Ten mężczyzna, ubrany w jasnobłękitne dżinsy i ceglaną koszulkę (prawa część kadru zdjęcia poniżej), którego ręka zawisła nad ławą, jest naszym przewodnikiem z ramienia egipskiego stowarzyszenia przewodników i jest Koptem. Ten charakterystyczny ciemny znak na wewnętrznej stronie nadgarstka prawej ręki, to wytatuowany krzyż chrześcijański, znak Koptów. Przewodnik ów towarzyszył naszej wycieczce od Luksoru po Kair, choć nigdy do grupy, jako przewodnik nawet nie odezwał się. Ale nie taka była jego rola. W ten sposób, nieco przymusowy, rząd egipski zmniejszał po prostu bezrobocie. A, że obecności takiego przewodnika żadna z grup wycieczkowych nie mogła odrzucić, to dociekliwi mogli snuć domysły, że niektórzy przewodnicy mogli mieć także i „inne” zadania. Podobną politykę przejawiał, jak się potem przekonałem, również rząd turecki.

Ogród zaprasza do zwiedzania.

Wszędzie widzimy, że alejki zostały już zrewitalizowane współcześnie. Wyłożone zostały bardzo przyzwoicie kamiennymi płytami. Sieć chodników pozwala zbliżyć się do każdego miejsca wartego uwagi.

Najczęściej spotykanym gatunkiem drzew to palmy. Charakterystyczne pomarańczowo-brązowe owoce pod koronami sygnalizują palmę daktylową.

Interesująco wyglądają palmy królewskie, posiadające gładką, jasną korę, ozdobioną ciemniejszymi pierścieniami, i nasadę korony u szczytu całkiem zieloną.

Nie ma tu miejsca na żadną monokulturę roślinną. Palmy rosną tu wymieszane z innymi gatunkami roślin.

Miejscami gęstwina zieleni kojarzyła mi się wręcz z jakimś rajskim ogrodem. I tylko tabliczki umocowane gdzieniegdzie do roślin przypominały, że to ogród botaniczny sadzony ręką człowieka.

Na uwagę zasługuje niesamowita czystość. Nigdzie żadnych śmieci.

Ogród przyciąga nie tylko turystów. Ptaki też się dobrze tu czują wśród zieleni.

I nie tylko turyści z daleka, ale i nubijskie rodziny znajdują tu miejsce do odpoczynku. Ta czwórka dzieci chętnie pozowała do zdjęcia. Uśmiechnięte buźki tchną zaciekawieniem. Przy okazji warto zwrócić uwagę na strój tej najwyższej dziewczynki. Nakrycie głowy jest wymagane w islamie u dziewcząt odkąd wejdą w okres dojrzałości.

Obiektywy naszych aparatów stale poszukują swojego celu.

Niewiele tu roślin typowo kwiatowych, ale te, które są, potrafią zadziwić kształtem i kolorem.

Wyspa nie jest wielka, a obrazki z nią związane to nie tylko widok roślinności, ale i krajobrazy okolic wyspy.

Ta zieleń po drugiej stronie nilowego przesmyku wodnego (następne zdjęcie), to słynna wyspa Elefantyna z jej tajemniczą piramidą i świątynią, choć to dziś już tylko szczątki. Niestety tego miejsca nie było w programie naszej wycieczki, mimo, że mieliśmy do niego tak blisko.

Natomiast zachodni brzeg Nilu, poza pasem przybrzeżnej zieleni, ukazuje tu ten sam suchy „oddech” Sahary, który mieliśmy już okazję widzieć w trakcie rejsu pomiędzy Luksorem, a Asuanem.

Powrót. Załoga feluki w komplecie. Ojciec i syn. Feluki to firmy rodzinne. Zdjęcie przedstawia manewr wypłynięcia z przystani. Żagle na maszt i rejs do Asuanu.

Następnego dnia z rana nastąpiło nasze wykwaterowanie ze statku, a nasze bagaże przez cały dzień wędrowały z nami autokarem, który podwoził nas do przystani, z której udawaliśmy się do kolejnych miejsc zwiedzania, którymi były wioska nubijska, a następnie wyspa Agilkia ze świątynią Izydy (Isis).

Z mojej egipskiej serii ukazały się dotychczas na blogu:

Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością

Karnak – egipski sen trwa…

Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków

Nad Luksorem

Świątynia Tysiąca Lat - Hatszepsut

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. I

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. II

Nilem do Asuanu

Kom Ombo

Abu Simbel