Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Linux for Human Beings

Na początku chciałbym zaznaczyć, że wpis nie jest kontynuacja dyskusji o Mir, Canonical i Ubuntu, jaką wywołały oba ostatnie wpisy lucasa__. Uważam, ze tamte komentarze są wystarczające jeśli chodzi o moje zdanie w tym temacie. Nie ukrywam jednak, że echa tej dyskusji przewiną się pomiędzy wierszami, gdyż to ona była inspiracją do napisaniu tego tekstu. Tradycji jednak nie porzucam i ten wpis także będzie o Wolnym Oprogramowaniu. Ale najpierw o marketingu.

Wiele osób zarzuca Canonical, tudzież Markowi Shuttleworthowi, brak uczciwości, łamanie zasad etykiety, czarny pijar itp. Nie powiem, że to nieprawda w wielu przypadkach, niestety tak właśnie działa marketing - oszukuje. Nie ma innego działania marketingu. Cała działalność każdej firmy jest nastawiona na maksymalizację zysków. Oznacza to, że nie ma jakiejś względnej równowagi kiedy obie strony zyskują, albo przynajmniej jedna nie traci. Marketingu używa się po to, aby wyciągnąć jak najwięcej się da pieniędzy z tej drugiej strony, a to oznacza, że albo ktoś będzie oszukany, albo firma straci. Marketing więc działa wtedy najlepiej, jeśli wydaje się nam, że "oszukaliśmy firmę", na przykład kupując towar po zaniżonej cenie (-50%) (mentalność Kalego się kłania), a firma i tak jest zadowolona, bo zarabia na tym. Faktem jest jednak, że to my zostaliśmy oszukani, bo straciliśmy więcej pieniędzy niż towar jest wart.

Zastanawia mnie jednak, dlaczego niektórzy uważają, że Canonical ich oszukało skoro nic od nich nie kupili. Ba, nawet używają produktów konkurencji, więc to raczej nie ich broszka. Okazuje się, że jednak tracą, bo... nie zyskują. Oczywiście, że popularność (nawet taka domniemana) może pokazać innym, potencjalnym klientom, że ich produkt się rozwija, a nasz nie, skoro nikogo nie interesuje. Nie muszę więc mówić, że powoduje to pewien dyskomfort, a nawet w ostateczności frustrację. Skoro więc my wprowadzamy nasz produkt uczciwie, to ci drudzy muszą kantować, nawet jeśli nie wiemy, kiedy i jak to robią.

r   e   k   l   a   m   a

W każdym razie okazjonalne palnięcie "głupoty" przez, któregoś z deweloperów firmy, w żadnym razie marketingiem nazwać nie można i szczerze mówiąc to przynosi to mniej zysków, niż całkowite milczenie w takich sprawach, tak jak to robi na przykład Apple. Problem w tym, że Canonical w ogóle nie oszukuje, jeśli chodzi o zasady otwartych źródeł. Oskarżanie ich w tym momencie o łamanie jakichś zasad, lub domniemanej etyki jest tu nie na miejscu. Otwarte Źródła mają jasne zasady i Canonical się wywiązuje z nich uczciwie. Ponadto Ubuntu dostarczane jest za darmo z w pełni otwartym kodem źródłowym. Przeczy więc to tezie, że Canonical coś ukrywa, bo każdy może to przecież sprawdzić. Tylko, że nikomu się tego nie chce robić i to może też jest "zasługa" Canonical, że po prostu do tego większość osób zniechęciło.

To jest chyba największy sukces marketingowy Canonical, że nikt nie chce badać ich źródeł. I nie chodzi tu o własną modyfikację tych źródeł i ich dalszą dystrybucję jako swoją. Chodzi o to, że większość informacji jaką użytkownik uzyska o produkcie, będzie pochodziła, albo z oficjalnych kanałów informacyjnych firmy, albo ze źródeł laickich, czyli na przykład blogów fanów, które nie mogą być traktowane jakie rzetelne źródło informacji technicznej, a w najlepszym przypadku będą traktowane na równi z oficjalnymi informacjami.

Oczywiście trafiają się też strony deweloperskie, które rzeczowo wytykają problemy produktu. Problem w tym, że nawet tu takie informacje muszą zostać spłycone, aby trafiły one także do innych (mniej kumatych). Druga sprawa to fakt, że nawet rzeczowe informacje, które trafią w wir fanowskich blogów ulegną nadinterpretacji. Bo po co blogger ma pisać o czymś co jest nie po jego myśli i wkrótce wciska w usta dewelopera nie to co powiedział, tylko to co powinien powiedzieć. I wreszcie trzecią przyczyną jest to, że takie wpisy pojawiają się rzadko, bo deweloperzy wolą (zgodnie z etyką deweloperską), o takich błędach pisać na bugtrackerze, a nie publicznie.

Ale wróćmy do naszego Open Source. Kilka osób pod tekstem lucasa__ rzuciło linkiem do słynnego już chyba tekstu opublikowanego na Chip.pl: Wolność użytkowników czy oprogramowania? Szkoda, że autor tego tekstu nie skupił się na tezie zawartej w tytule i cały tekst podsumował tezą - Wolność użytkowników jest wtedy kiedy mogą wybrać pomiędzy otwartym, a zamkniętym oprogramowanie. Szkoda także, że nie udowodnił więcej założeń, które wkradły się do jego tekstu, ale wróćmy do tytułu...

Stallman jest wielkim przeciwnikiem Open Source. Nie ma nic oczywiście przeciwko "otwartym źródłom", ma natomiast sporo do samej organizacji Open Source. Dla tych, którzy dopiero teraz się urodzili, krotka informacja o co chodzi.

Open Source Initiative to organizacja, która powstała w konfrontacji z Free Software Fundation. Według założycieli tego ruchu, FSF przedstawia nieżyciowe poglądy, które blokują ekspansję otwartego oprogramowania na rynku komercyjnym. Już sama nazwa Free Software, była dla wielu zbyt podobna do Freeware, czyli darmowego oprogramowania kiepskiej jakości. Przedstawili oni więc swoje konkurencyjne zasady, których głównym celem było nadanie wolności oprogramowaniu, a nie użytkownikowi jak to było do tej pory.

Ze swojej strony przychyliłbym się to niestety do racji Stallmana, zwłaszcza w obliczu toczonej niedawno wojny. Przypomniały mi się w tym momencie słynne tezy Asimova o nadrzędnych zasadach jakie miały rządzić robotyką i o tym co by się z stało w przypadku ich złamania, co wiele osób mogło oglądać w filmie Ja, Robot. Stallman też zdaje się zauważać analogiczną różnicę: "Termin "open source" zaczął być promowany w 1998 r. przez ludzi, którzy nie chcieli używać sformułowania "wolność" czy "wolny". Im chodziło o podkreślenie wygody użytkowania, tworzenia i modyfikowania programu, a nie o etyczne aspekty. (źródło )". Te słowa wydaja się na czasie, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Ubuntu jest obecnie najjaskrawszym przykładem otwartego oprogramowania. Nie "Wolnego" - Otwartego. Canonical realizuje wszystkie postulaty jakie powstały wraz z inicjatywą Open Source i jak do tej pory nie złamało żadnej normy wyznaczonej przez tę organizację. Źródła są? Są! Swobodny dostęp do nich jest? Jest! Więc o co chodzi?

...a prawda - o etykę. Jaką więc etyką podpierają się "otwarte programy"? Żadną! Przypominam, że ta inicjatywa powstała w konfrontacji z etyką. Nie sądzę, aby można było zastosować te pojęcie do stosunku człowiek-program, czy program-program. Logiczne jest, że etyki należy szukać w stosunkach pomiędzy ludźmi, a te są nijak nie regulowane w przypadku Open Source, a nawet twierdzą, że wolność użytkowników stoi na przeszkodzie rozwoju otwartych źródeł.

Największym zarzutem przeciwko Canonical jest to, że "bierze, a nic w zamian nie daje". Pojawia się też tu pojęcie pijawki, albo pasożyta. Chciałem jednak przypomnieć, że tę sprawę Licencja reguluje prosto - bezwarunkowym sposobem użycia. Źródeł może użyć więc każdy, rozpowszechniać je może każdy, modyfikować je może każdy i nikt nie ponosi za to żadnych innych kosztów. Ta bezwarunkowość jest przecież także gwarantem dostępności dla zwykłych użytkowników, których wkład w rozwój źródeł jest minimalny. Zasada bezwarunkowości gwarantuje jednocześnie rozwój tych źródeł poprzez zakaz ich zniewalania. Jeśli ten zakaz jest przestrzegany to źródła cały czas się rozwijają, choćby przez samą dystrybucję i dostępność dla innych.

Podsumowując dyskusję o Mir, można w jednym zdaniu: Widziały gały, co brały. A skoro większość osób starała się te oczy przymrużyć, nie można teraz nikogo winić, że projekt zamienił się w potwora zjadającego własny ogon. Mówię tu oczywiście o Open Source, które dało podstawy do rozwoju tej sytuacji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że postronni obserwatorzy, wszędzie w tym wszystkim widzą właśnie winę Wolnego Oprogramowania i wszędzie słyszą, że to właśnie zasady Wolnego Oprogramowania dopuściły do tej kłótni. To oczywiście bzdura. Hipokryzja niektórych sprawia, że oni jednak chcą dalej tę wojnę prowadzić, z niezmiennymi zasadami, nawet gdyby trzeba było się sprzymierzyć z własnym wrogiem, jak producenci zamkniętych sterowników i tym asem machać przed oczami przeciwników. Tylko czy to nadal jest jest wojna Wolnego Oprogramowania, albo raczej - czy ją kiedyś była? 

linux oprogramowanie urządzenia mobilne

Komentarze