Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

7 gier, przez które nie mogę zasnąć…

... i to niekoniecznie chodzi o horrory.

To subiektywna lista gier, które sprawiają, że mam koszmary po nocach. Nie chodzi tu o tytuły będące z zasady horrorami (typu Dead Space), ale o gry, które z powodu trudności lub innych rozwiązań sprawiają, że bezustannie siedzą w głowie, męczą nas poziomami nie do przejścia, arcytrudnymi rywalami, lub glitchami, które są gamebreakerami.

Lista:

r   e   k   l   a   m   a

7. Daikatana – powód: CAŁA GRA! Pamiętam jak się na nią czekało. Pamiętam. I ten moment, gdy dzieciństwo zostało zrujnowane na zawsze, będzie mnie nawiedzać po nocach. Tragiczna gra (bardziej niż Duke Nukem Forever), tragiczne rozwiązania, tragiczna grafika, tragiczne wspomnienia. Ugh.

6. Sim City 2000 – choć tutaj należy się dłuższa historia. Ta gra przez wiele lat była nieosiągalnym marzeniem. A przez nieosiągalne marzenie mam na myśli zdolność gry w tę, że grę. Mimo wielu prób, mimo wielu wysiłków przez większość mojego życia nie potrafiłem przetrwać więcej niż 5 lat w mieście. Sim City 1 był łatwiejszy i bardziej dostępny, podczas gdy 2000 doprowadzało mnie do szału i potrafiło przez całe noce trzymać mnie na nogach samymi tylko myślami – jak sprawić by to miasto kwitło? Dopiero kilka lat temu (około 2010 roku) nauczyłem się wreszcie grać w tę odsłonę serii. Koszmary minęły… ale pamięć o nich pozostała.

5. Moon Patrol na C64 – Nie chodzi o to, że gra była trudna. Bo nie była. Zresztą jak uruchomicie emulator Commodora to się sami przekonacie. Jednak chodzi o to, że grałem w nią w okolicach roku 1993~... mając lat bardzo mało. I monochromatyczny monitor kiepskiej jakości. I rozklekotany joystick. Uwierzcie mi, że wtedy ta gra była koszmarem do tego stopnia, że rodzice zakazali mi przez jakiś czas uruchamiać gry – najwyraźniej mój płacz, był nie do zniesienia.

4. Sine Mora – fajna gra, fajna idea, świeży koszmar. Chodzi o planszę z odpadkami i laserami - Oh God! - podchodziłem do niej chyba z siedemset razy i zawsze, za każdym jednym razem, rzucałem kontrolerem w ścianę. Nie wiem, czy to ja jestem taki ułomny czy gra. Ale stawiam na grę.

3. Mario Kart – niszczyciel przyjaźni, rodzin i związków małżeńskich. Powód: Niebieska skorupa. To co, że jesteś niesamowitym kierowcą, świetnie znasz plansze, jesteś osom(!) – jeśli wystarczy jedna niebieska znajdźka aby Twoje zasłużone pierwsze miejsce było warte tyle co kupa śmiechu. I choć wszyscy się śmieją – to ja mam po nocach koszmary o nadlatującej niebieskiej, naszpikowanej kolcami skorupie.

2. Demon Souls – to był mój pierwszy i ostatni Souls. Najgorszy okazał się jednak nie boss. Nie stwór straszny z końca gry. Nie smok. A ten pierwszy kościotrup zaraz po odrodzeniu się, który nie ważne jak napakujesz swego herosa i tak może Cię zaj*** dwoma ciosami, jeśli o nim zapomnisz. Ugh. Poziom koszmarów nocnych: extreme!

1. X-com: Enemy Unknown / Xcom Enemy Within – powód? Nie trudność. Nie grafika. Nie bugi. Źródło koszmarów jest tylko i wyłącznie jedno:

Chryssalid!

Za każdym razem, gdy na planszy pojawiały się te stwory, moje ręce natychmiast pociły się, głos załamywał, światło w pokoju gasło i psy w okolicy zaczynały szczekać. Przypomnę wam, iż te pomioty szatana potrafiły jednym uderzeniem zmienić każdego żołnierza w zombie, które po śmierci wydalało kolejnego Chryssalida. Jeśli niedajboże jeden pojawił się gdzieś w środku szwadronu Twoich ukochanych żołnierzy drogi graczu, mogłeś od razu zacząć płakać lub wgrywać poziom. Na nic zdawały się modły i ofiary. Dochodziło czasem do sytuacji gdy w napadzie paniki strzelałem do cywilów – przecież lepiej zabić ich niż gdyby mieli się zamienić w zombie.

Chryssalidy zawsze trzeba było respektować i powie o tym wam każdy stary gracz w Xcoma który stracił nie jeden czy dwa oddziały - ale tuziny najlepszych żołnierzy. Z czego połowę musiał pewnie sam zabić.

Do dnia dzisiejszego (nowy Xcom nie jest bez winy) po nocach śnią mi się te stwory oraz spustoszenie jakie potrafiły siać wśród moich ukochanych żołnierzy. A że zawsze lubiłem w Xcomach dawać imiona znajomych z podwórka lub internetu – wiedz Januszku, że Twoje poświęcenie w nowej odsłonie, aby oddział Alfa przeżył zmasowany atak Chryssalidów na statku rybackim, nie zostanie nigdy zapomniane.

 

gry

Komentarze