Kobo cegłówka — czyli naprawiamy czytnik, bo to ponoć w modzie...

Pewnego pięknego jesiennego dnia, małżonka (pieszczotliwie nazywana, małżelką) przyniosła do domu czytnik e-książek firmy Kobo. Jako pionierzy e-czytnikowania, wśród znajomych jesteśmy uważani za odpowiednie osoby do pomocy, obsługi i naprawy takowego sprzętu.

Ale gdy tenże Kobo był przyniesiony – to jeszcze działał – choć nie wybiegajmy zbytnio w głąb historii.

Zadanie jakie postawiła sobie ładniejsza połówka naszego związku, to wgranie kilku książek dla znajomej na tenże poręczny i przyjemny niewielki czytnik. Sprawa miała być prosta – podpinamy, kopiujemy parę tytułów zakupionych w woblinko/legimio/innych księgarniach i… gotowe?

No właśnie nie.

Wydarzenie

Wgrywane książki nie pojawiały się w menu po odpięciu urządzenia od laptopa. Dziwne? To dopiero początek. Zastanawiało nas bowiem informowanie przez urządzenie o instalowaniu czegoś przy pełnym restarcie.

Szybka akcja Googlowania i płacz ukochanej – pomóż mi naprawić?

No ok – zarzuciłem nonszalancko - i przez kolejne kilka nocy żałowałem tej decyzji.
Kobo Wifi – był pierwszym, i przez to jest stosunkowo stary, czytnikiem w ofercie Kobo który miał wbudowane Wifi. Zaskakujące, prawda.

Wydane zostało kilka firmwarów w tym i ten felerny oznaczony na końcu numerem 11. Wgranie go powodowało właśnie problem natury: nie widzi wgranych książek. Jak to się stało, że wcześniej działał – prawdopodobnie po przybyciu do naszego domostwa został porządnie wyłączony i nastąpiła automatyczna aktualizacja po podłączeniu przez oprogramowanie kobo. No, ale szlochać trzeba było przestać i skoncentrować się na naprawie.

Wyjść było kilka, zaczynając od wgrani starszego softu, po wgranie nowszego softu. Zaryzykowaliśmy z tym drugim i urządzenie zmieniło się w piękną, elektroniczną, cegłówkę. Niestety.

Rozwiązanie

Internet na szczęście jest medium nieogarniętym przez umysł ludzki. Na zagranicznym forum można było nie tylko ładnie poprosić o starszy firmware (który otrzymaliśmy w 20 minut), ale i dostać dokładną instrukcję postępowania. Ta okazała się wręcz prześmiesznie banalna.


  1. Otworzyć czytnik – tutaj naprawdę przydałaby mi się jakaś dobra menda ;D
  2. Odnaleźć pamięć czytnika, która jest w rzeczywistością karta micro-SD (Sandiska) –
  3. Wpiąć karte do laptopa/komputera i używając oprogramowania DiskImager nagrać oryginalny obraz starszego firmware - na zdjęciu przecudna przejściówka przywieziona z HotZlotu;
  4. Włożyć kartę w miejsce oryginalne;
  5. Uruchomić i sprawdzić czy działa (a działa!);
  6. Zmontować czytnik do stanu pierwotnego;
  7. Uczcić to lampką dobrego wina – byle by nie wylać nic na czytnik;
  8. Operacja trwała około 2 godzin z racji tego, że otwierania czytnika odbywało się bardzo ostrożnie i bardzo powoli. Podobnie jak zmontowanie go ponowne – nie obyło się jednak bez strat i jeden zatrzask nie dożył finału historii.

    Wnioski

    …nasuwają się dwa. Po pierwsze całkiem tania i ciekawa konstrukcja czytnika oraz proste rozwiązanie z kartą jest wg mnie wyznacznikiem dbania o klienta (choć mogę się mylić) gdzie po prostu urządzenie można łatwo naprawić. A nic tak nie cieszy klienta jak działające urządzenie, które może sam naprawić – i polecać wszystkim na około.

    Po drugie – w czytniku nie ma właściwie nic… Ekran, bateria i płytka z kilkoma elementami. To naprawdę ciekawa i pouczająca konstrukcja.