Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Linux jest dla idiotów!

Aj, musiałem to napisać… po ostatnich przeżyciach doszedłem do wniosku, że większość Pingwinów jest po prostu dla osób ograniczonych umysłowo, czyli dla ludzi, których jedynym celem życiowym jest zatruwanie powietrza swoimi dwutlenkiem węgla.

Tylko skąd taki oszczerski i wulgarny wniosek?

Proste – oto historia ostatnich kilku dni.

Na co dzień jestem użytkownikiem Windowsów w wersji desktopowej i różnych linukso-podobnych systemów na serwerach. Postanowiłem jednak zrobić lekkie rozeznanie w nowościach – dużo osób ostatnio chwaliło nowego Ubuntu. Mój wewnętrzny McGyver uśmiechnął się, potarł dłonie i zassał obraz z Interneta!

r   e   k   l   a   m   a

W międzyczasie sięgnąłem na półkę z książkami informatycznymi. Wpierw starłem kilkumilimetrową warstwę kurzu, potem zacząłem szukać tej jedynej… „Linux. Biblia.” Znalazłem ku swemu zdziwieniu też niewielki „Linux Desktop. Leksykon kieszonkowy” – uznałem, iż przyda się. Gdy na torrentach wciąż było mniej niż 20% obrazu, zagłębiłem się w fascynującą lekturę komend, poleceń, skryptów. Z każdą stroną uśmiech na mojej twarzy rósł i rósł. Wolny majowy weekend zapowiadał się niezwykle informatycznie-upojnie. Jak zawsze jednak w takim momentach przypomniałem sobie, iż muszę wreszcie zainwestować w koszulkę z xkcd (no wiecie, tą: http://store.xkcd.com/xkcd/#LinuxCheatShirt).

Gdy już byłem po obowiązkowej lekturze, wypaliłem płytę, zbuckupowałem dane i z pełną satysfakcją włożyłem najnowsze Ubuntu do napędu. Te kilka sekund poprzedzających reset komputera i ustawienie bootwania z płyty DVD były niezwykle majestatycznie magiczne. Oto przed mną ponownie otwierały się wrota informatycznej pornografii.

Pięć minut potem siedziałem mocno zawiedziony… coś poszło nie tak. Coś stanowczo, poszło nie tak.

Ubuntu bez najmniejszego problemu zainstalowało się na moim komputerze, wykrywając absolutnie każdy element mojej konfiguracji, znajdując drukarkę, skaner… nawet moja specyficzna klawiatura działała bez zarzutu! I podłączył mi dobrze dyski… nie musiałem ich kurna nawet montować. Jedyne polecenie linuksa jakie znam na pamięć i nie mogłem go ani razu użyć! Coś było mocno nie tak.

Mając jeszcze nadzieje na jakiś cud, uruchomiłem Internet. Znalazłem pierwszy problem – co spowodowało ulgę i okrzyk radości. Nie było mojej ulubionej przeglądarki. Musiałem ją doinstalować! Jest!

Pięć klików później wyrzuciłem płytę Ubuntu za okno, gdy okazało się, że instalacja Opery i synchronizacja zakładek przebiegła szybciej niż na Windows.

Nie o takiego Linuxa walczyłem!

Od momentu zainstalowania - podczas kilkugodzinnej przygody z Ubuntu - nie musiałem nic konfigurować… nic! Zmieniłem sobie jedynie tapetę. O tak. Cała reszta była out-of-the-box. Zainstalowany edytor dokumentów, arkuszy, pełne multimedia, programy do programowania, gry, przeglądarki… gdybym był zwykłym użytkownikiem, wystarczyłoby mi to do szczęścia. Zresztą i tak korzystałbym pewnie tylko ze zgrywania zdjęć, robienia dokumentów i przeglądania Facebooka.

Czym był dla mnie Linux? To dobre pytanie – wiele lat temu był to system, który wymagał od mnie inteligencji. Tak, inteligencji. Jeśli coś nie działało, to na pewno wystarczyło 5 minut poszukać w sieci. Prosty skrypt, zmiana jakiegoś configa, ponowna kompilacja jądra i te sprawy – wiecie high-level geek stuff. To było uczące, zabawne i cholernie SATYSFAKCJONUJĄCE!

Dzisiaj to system dla zwykłego kanapowego zjadacza chipsów. Zainstaluj i zapomnij – wszystko zrobi się samo. Teraz to nawet Windows jest dla mnie większym wyzwaniem, gdyż tam zawsze coś źle działa. A to drukarka jest za stara i na Siódemce nie ma sterowników, a to połączenie PPoE nie chce się skonfigurować.

Nawet przeciętny Amerykanin by sobie poradził z obsługą tego systemu – a to już wrzuta!
Oczywiście w tym momencie napiszecie coś w stylu: wybierz bardziej wyzywającą dystrybucję, ty imbecylu!

Tak więc zrobiłem – pora na rundę drugą.

Slax – pogłówkowałem, pomyślałem, użyłem trochę tego, czego brak użytkownikom Linuxa i wynalazłem taki oto build. Mało tego, to dystro jest tak cudowne, że mogłem go sobie skonfigurować paroma drobnymi kliknię… NIE! Znowu to samo. Znowu 3 kliknięciami mogłem mieć gotowy out-of-the-box kombajn do wszystkiego, którego obsługa wymagałaby jedynie IQ rzędu 7.

Poszukałem innej dystrybucji…

… i w gruncie rzeczy okazało się, że aktualnie desktopowy Linux jest bardzo user-freindly. Oczywiście mogłem wybrać wersje serwerową i próbować skonfigurować nań Oracla, ale ja chciałem tylko trochę emocji a nie od razu kolejkę górską.

Zawiodłem się.

Ze zrezygnowaniem odłożyłem Biblie na półkę, ścierając z lekką nostalgią kurz z książek leżących obok. Leksykon kieszonkowy wrzuciłem do pudła, które trzeba wynieść do piwnicy a płytę z system ułożyłem w stercie, na którą pieszczotliwie mówię: „podstawki do kawy”. Czar prysnął, a ja smutny mogłem jedynie wrócić do starego dobrego Windowsa, który zaraz po uruchomieniu, jakby wyczuwając moją melancholijną nutę, zakomunikował błąd w sektorze MBR.

Wiedząc dokładnie co zrobić, poczułem się jak tygrys na polowaniu, który ma na oku swą ofiarę – zapominając trochę o fakcie, że istnieje coś takiego jak Desktopowy Linux, który nie wymagałby od mnie żadnej inteligencji. A ja lubię czuć się inteligentny.

 

windows linux inne

Komentarze