Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

O tym jak stałem się pecetosceptykiem

Dużo w moim życiu zmieniło się gdy po raz pierwszy zrozumiałem potęgę internetu w komórce. Przechwalając się jakoby mogłem nagle w roku 2011 z pomocą marnego Desire podłączyć się do zdalnego pulpitu komputera oddalonego o 300 km od mojego aktualnego miejsca pobytu nie rozumiałem wtedy jak bardzo ważny moment mam przed oczyma. Wtedy to była ekstrawagancja, teraz jest to normatyw. Przeciętny, nieszczególny normatyw.

Zacznijmy jednak od bębnów

W Afryce – kontynencie, a nie państwie, jak niektórzy sądzą – bębny były znakomitym środkiem komunikacji. To co znamy dzisiaj, czyli wybijanie rytmu, usługiwanie muzyce w najważniejszej czynności, było jedynie produktem ubocznym pewnego schematu myśleniowego starych niekoniecznie dzikich bębniarzy. Gdy po raz pierwszy Europejczycy usłyszeli je, zapewne nie mogli wyjść z podziwu i nie rozumieli piękna informacji jakie było zawarte w tych uderzeniach. Aby historię rozpocząć prawidłowo, należy uzmysłowić sobie, że bębny afrykańskie (nie wszystkie, ale większość) to swojego rodzaju internet.

Komunikacja za pomocą uderzeń była możliwa tylko pod warunkiem pewnych uproszczeń. Język który wyewoluował u naszych afrykańskich braci ma dwie cechy, po pierwsze tonalność, po drugie brak pradawnego piśmiennictwa. Tonalność sprawia, że poza samymi słowami, również ton wypowiedzi sugeruje zawartość. Więc akcent na ostatnią sylabę zamiast na pierwsza może zmienić zdanie z „dzień dobry”, na „miło mi Cię pożreć” i tu moglibyśmy zacząć – bo brak pradawnego pisma jest nie tak bardzo istotny w bębniarskim internecie choć trochę tłumaczy. Teraz bowiem musimy sobie wyobrazić, że aby przekazać jedno zdanie z wioski do wioski należy wystukać to na bębnie – można by użyć czegoś w rodzaju alfabetu Morse'a, ale to felerne piśmiennictwo (a dokładniej znany nam dobrze alfabet), którego tu brak, nie pozwalało na wprowadzenie pewnych algorytmów transkodowania informacji na sekwencje znaków. Zdecydowano się więc na pewne uproszczenia (ja tłumacząc też to uproszczę) – uderzamy w bęben tyle razy ile jest sylab i jeśli wyraz ma akcent na ostatnią sylabę, to wtedy uderzamy mocniej.

r   e   k   l   a   m   a

To powoduje, że mamy pewien enigmatyczny rytm, który pasuje do setek słów i znaczeń (tak, zmierzam gdzieś z tym, poczekajcie). Aby inni słuchacze bębnów mogli zrozumieć o co chodzi, zaczęto więc dodawać kontekst. Więcej słów, po których można było dojść do łatwego wniosku o co chodzi.

Zamiast więc: „nadchodzi wróg” bito w bęben: „ten, który z zachodu niesie nienawiść i zło, przychodzi o świcie z przyjaciółmi”.

Gdzie tu Internet?

Bicie w bębny to jedno, ale natychmiastowa łączność przewodowa z całym światem to drugie. Tylko dlaczego calutki świat na około bije w bębny w moim Internecie, tworząc tyle zbędnego chaosu, którego trzeba wysłuchiwać? Miliony kotełów, piesełów, blogów, blagów, vlogów i wpisów w Wikipedii o makaronie? Może właśnie nie potrafi inaczej przekazywać istotnych informacji? Może po prostu nie ma innych narzędzi.

Podsumowując, gdy Charles Babbage wciąż babrał się z parowym komputerem mogącym robić proste dodawania, za wielką wodą tworzono ciekawe algorytmy komunikacyjne, które niewiele ustępują dzisiejszej wielkiej sieci. I nikt nie potrzebował do tego owego silnika analitycznego – jak Charles nazywał swoje nigdy niezbudowane dzieło.

Komputer to nie jest internet a jeśli jest internet to nie koniecznie jest komputer

… i choć wzdryga mnie za każdym razem jak ludzie mówią, żebym poczekał aż uruchomią Internet a następnie z nonszalancją wciskają przycisk power na swoich wielkich stacjonarnych maszynach, to istnieje już na szczęście podstawowa świadomość wśród ludzi, że tajemnicze bębnienie o wrogach w wersji XXI wiecznej, to coś więcej niż czarna skrzynka przypominającą „tą” legendarną czarną skrzynkę z serialu IT Crowd. Wiedzą też, Ci ludzie, że ta czarna skrzynkach na ich biurkach/podłogach, to tylko okno na świat.

Gdy dostałem swój pierwszy PC – gdzie pierwszy człon tłumaczymy jako personal, tylko w sposób ironiczny – był to okres przed Internetem jaki znamy dzisiaj. Wiem, iż nostalgia lubi u mnie brać górę i okres ten wspominam z wypiekami na twarzy tak jak pierwsze klocki lego, pierwszą grę planszową, czy pierwszą miłość. Spoglądając na kafelki, które leniwie zmieniają swa zawartość zastanawiam się, podobnie jak wy, co ja właściwie na tym komputerze wtedy robiłem. I choć brzmi to absurdalnie – niczym ten kawał o occie na wszystkich półkach sklepowych w Tesco – to jest w tym pewna prawidłowość. Sam już nie potrafię wyobrazić sobie maszyny liczącej bez globalnej sieci.

Ale spróbujmy, odpowiedzmy na pytanie co robiłem. Uruchamiałem gry, jako dzieciak, gówniarz wtedy, głównie chyba o to mi chodziło. Przeglądałem też z wypiekami na twarzy obrazki, które koledzy podrzucali mi na dyskietkach. I jeszcze ten, no… pisałem? Nie przypominam sobie. Rysowałem w paincie! Może raz…

O, pamiętam. Miałem taką płytę CD z multimedialną encyklopedią dla dzieci. Wyglądało to tak jak możecie sobie wyobrazić komputerowy program edukacyjny z lat 90tych: po włożeniu do podstawki na kawę okrągłej błyszczącej płyty pojawiało się straszliwe wycie, klepsydra, a potem cały pulpit był zasłonięty tandetną grafiką, gdzie coś wyjeżdżało, coś było grane, coś można było sprawdzić. Wszystko było na zasadzie: „coś”.

Wielka maszyna, mózg elektronowy, przełom w nauce i jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości – na szczęście dla pracowników biurowych komputer zdawał się być i wciąż jest znacznie ciekawszym narzędziem, bo poza tym, że pozwalał na edycję dokumentów przed ich permanentnym wydrukiem, to mógł zapisywać szablony, dokonywać skomplikowanych wyliczeń od ręki, kopiować, wklejać, powielać, wykonywać, odtwarzać, aktualizować, usuwać, wyrzucać, zmieniać, załadować, przybliżyć, złapać, wypalić, zgrać, spakować, rozpakować, zakodować, odblokować, przelać, przesunąć, przeciągnąć i sformatować.

Technologia!

Wracając jednak do moich kolegów z ich sprośnymi dyskietkami, to sieć logistyczna, która polegała na wymianie i obrocie wtórnym była czymś w rodzaju interpersonalnej koleżenskiej sieci, w skrócie "internet" i bez niej komputer byłby tylko blaszaną, ohydną, już nawet nie śnieżno biało, tylko plastikowo-śniadą, puszką do zżerania prądu. Do przeglądnięcia jednak stu zdjęć zabawnych kotów nadawał się doskonale – choć wciąż nie wiem jak sto zdjęć mieściło się onegdaj na półtora mega. Przypomina to trochę te bębny afrykańskie, które z racji ogromnej przestrzeni i łatwości przenoszenia języka na rytmiczne uderzenia były idealnym narzędziem do komunikacji na wielkie i mniejsze odległości i same w sobie nie były niczym specjalnym – ot kawałkiem skóry naciągniętym na drewniane elementy (choć pewnie jakieś specjalne cechy tamtejsze ludy im nadawały, ale pomińmy te aspekty). Można było zawsze z wiadomością o wrogach wysłać posłańca, tak jak można było te przeurocze koty wydrukować, lub nawet narysować odręcznie – tylko że były lepsze do tego narzędzia. Wygodniejsze.

Wygodniejsze – tak, to słowo, jest tu kluczem. Bo tak jak od bębnów wygodniejszy jest telegraf i tak jak od telegrafu wygodniejszy jest telefon po kablu i tak jak od telefonu po kablu wygodniejszy jest telefon komórkowy, tak samo od sieci kolegów noszących dyskietki wygodniejsza była sieć kolegów rozsyłająca pocztą płyty CD, potem dyski przenośne a teraz, najnormalniej w świecie, wygodniejszy jest Internet.

Oczywiście nie urągając biednym komputerom wykorzystywanym przy projektowaniu domów, samochodów, krzeseł, dróg, obliczającym pogodę, podatki, kontrolującym różne aspekty naszego życia gdzie spisują się świetnie i rewelacyjnie, w informowaniu o nadchodzącym z zachodu tym, który niesie nienawiść i zło i przychodzi o świcie z przyjaciółmi jest po prostu średni.

Czarna niezbadana skrzynka Internetu – nieogarniętej sieci komunikacyjnej – może być przekazywana zarówno przez bębny jak i przez kabel do naszych pudeł, tudzież dzisiaj nam bliższych laptopów, ale możemy wyobrazić sobie przecież sprawniejsze i wygodniejsze sposoby. Ot chociażby tablet, czy też smartfon.

Nowoczesność

Dając formę naszym myślom i przekazując je dalej, tworzymy coś co dumnie możemy nazwać informacją. Różne są nasze myśli – tak jak różne są informacje i choć ideą leżąca u podstaw tychże, jest przekazywanie wiedzy dalej dowolną formą, to wiedza ta może mieć różne poziomy potrzebności. Web 1.0 – zbiór informacji, przy którym nie mogliśmy dodawać swoich własnych opinii (w znaczeniu semantycznym, są to również informacje) był taki a nie inny, bo nie mieliśmy odpowiednich narzędzi. Trochę jak z telegrafem Morse’a (tudzież Chappe’a, tudzież Henrego), który mógł wysyłać w ichniejszy internet jedynie krótkie sygnały o zwartym stanie urządzenia na jednym z krańców – dlatego dobrze znany nam alfabet jest stworzony z kresek, kropek i pauz. Gdy rozwinęły się wreszcie narzędzia, głównie lepsze łączą z Internetem, oraz nowe technologie tworzenia stron internetowych, powstała sieć 2.0, która mogła zawierać już kontent generowany przez wszystkich a nie tylko tych co HTML wyssali z mlekiem matki. Komputery wciąż pozostały najlepszym bębnem – ale czy tak jest i dzisiaj?

W telefonach komórkowych, o ile można jeszcze tak o nich mówić, mamy Internet. Nie tylko taki złożony z naszych znajomych, rodzin, współpracowników, do których znamy numery. To także internet informacji wszystkich innych użytkowników Internetu. I pożytkując się cytatem

„Trzy przedmioty były podstawowymi pomiędzy uczestnikami ankiet nie zależnie od kultury i płci: klucze, pieniądze i telefon. (tłumaczenie własne – patrz AD1)”
– Jan Chipchase, główny inżynier naukowy w Nokia, zajmujący się wykorzystaniem technologii w różnych kulturach.

… można założyć, że jest to sieć, którą mamy zawsze przy sobie. Dzięki temu telefon stał się wygodnym narzędziem dającym nam dostęp do owej pajęczyny bez względu na sytuację i położenie. To tak jakby Afrykańczycy mogli zawsze ze sobą nosić bębny. Rewelacyja!

Poranki przestały być smętnymi i cichymi momentami zadumy nad życiem i gdy szykuję się do wyjścia z domu, jedząc śniadanie mogę bez wcześniejszego przygotowania sięgnąć po wiadomości z całego świata. Podczas gdy kiedyś, dawno temu, musiałbym wyjść i kupić gazetę w lokalnym kiosku, teraz potrzebuje jedynie uruchomić telefon. Oczywiście, nie oszukujmy się – nigdy nie wychodziłem po gazetę, gdyż dostęp nie było był wygodny. Ale również nigdy nie uruchomiłem komputera - bo był zbyt głośny i obudził bym małżonkę. Wieczorami natomiast nie muszę siedzieć bezmyślnie przy biurku, z prawą ręką na myszce a lewą podpierającą brodę – konsola oraz podłączenie jej do Internetu daje mi możliwość oglądania zabawnych filmików youtubowych bezpośrednio na ekranie telewizora w salonie, z ukochaną u boku. Wygodniej, szybciej, sprawniej - zresztą równie dobrze mógłbym wziąć do ręki tablet.

I w tym sęk. Komputer przestał być wygodnym narzędziem, nie dlatego, że się zestarzał, czy przyjął abstrakcyjną formę, ale dlatego, że aby umilić sobie czas Internetem informacji można użyć wygodniejszych urządzeń.

Tutaj chciało by się wykorzystać pewne założenia wielkiego Leibniza, który już w 1666 roku potrafił stworzyć podwaliny pod system binarny – gdzie prawda to prawda, a fałsz to fałsz. Bo skoro prawdą jest, że podczas 100% wolnego czasu i mojej interakcji z informacją nie potrzebuję do niczego komputera w formie tak zwanego ognyś PC… to go nie potrzebuje.

Kto to Pecetosceptyk?

Era Post-PC – po dłuższej próbie obcowania jedynie z tabletem zrozumiałem, że daleka droga jeszcze przed nami. Mimo wielu hucznie ogłaszanych schyłków komputerów osobistych, wciąż upatruję w nich zbawcę naszej cywilizacji, bo dowolna praca wymagająca odrobiny efektywności doprowadzi nas do najwygodniejszego narzędzia – czyli zwykłego desktopowego (laptopowego) komputera. Koniec i chciałoby się powiedzieć: kropka. Problemem jest jednak definicja marketingowego hasła PostPC.

Personal Computer – czyli tak zwany komputer personalny, osobisty, mój własny. Taki, który zrozumie mnie i tylko mnie. Przyjęło się – i z wielką szkodą dla nas wszystkich – że tak mówimy na te wielkie czarne (tudzież beżowo-białe) skrzynki siedzące na naszych biurkach, czyli na tak zwane urządzenia liczące ogólnego zastosowania. Gdy ukuto termin PC – już właściwie za czasów Alto od Xeroxa (a nie jak wielu sądzi za czasów IBMa) ciężko było sobie zapewne wyobrazić, iż te machiny (a nawet milion razy mocniejsze) będzie można nosić w kieszeni i sprawić by były bardziej osobiste niż osobiste notatniczki. Dlatego użyto już wtedy tak nadmiarowego sformułowania, które to IBM podchwycił i zgrabnie obrócił w marketingową papkę. Personal! Phi. Prawda jest taka, że dopiero teraz sięgając po inteligentne smartfony, tablety, smartwatche i inne gadżety możemy mówić o prawdziwej erze PC. Teraz, pozostaje zapłakać nam nad nazewnictwem i chłonąć jak gąbka marketingowy shit wielkich korporacji. Żyjemy w erze post, present i future.

Zostawiając jednak nazewnictwo za nami – rozglądając się po sobie nawzajem widzimy pewne następstwa tego, że urządzenia stają się coraz bardziej personal i coraz bardziej small. Dostęp do Internetu stał się dla nas pewną oczywistością (przynajmniej dla większości) i niezbędnym elementem życia, tak jak dostęp do wody i prądu, gdzie pozbywając się któregoś z tych trzech bytów cywilizacyjnych odczuwamy wielki ból. Stajemy się od Internetu uzależnieni, ale czy to znowu tak źle? Czy od bębnów afrykańskich też moglibyśmy się uzależnić – w końcu przenoszą pewną dawkę Informacji podstawowej i zbędnej, która okazuje się niezbędna do normalnego i wygodnego funkcjonowania. Sporne jest oczywiście to, czy normalne w naszym znaczeniu, jest normalne dla kogoś innego – definicja tegoż jest niestety dosyć rozmyta.

Spróbujmy jednak być optymistyczni – powiedzieć sobie, że nie, nie uzależniamy się od internetu pełnego informacji – a łakniemy go w sposób naturalny, jak wodę, czy chleb. Dołączamy go do kolejnego elementu czasu wolnego, edukacyjnego – nie jako zmienną a jako stałą. Constant, na którym możemy polegać. Wykorzystując do dostępu również narzędzia najbardziej optymalne, wygodne (niekoniecznie wydajne). Stajemy w tym momencie w sytuacji gdzie komputer wydaje się być w domu niepotrzebnym zjawiskiem. Smartfon/tablet pozwala nam chłonąć treści w sposób prosty i wygodny – pozwala też tworzyć informacje: słowa pisane, informacje o tym co lubimy, co jemy, co oglądamy, co pijemy, gdzie się znajdujemy, co zrobił nasz kot na facebooku – czyli pozwala tworzyć kolejne elementy Internetu. Nie służy jedynie do odbioru treści jak wielu uważa, ale je również generuje. Z drugiej strony konsole/playboye/playery/chromcasty pozwalają nam chłonąc kolejne treści w tym wypadku gry, filmy, seriale w równie wygodny sposób (nawet bez sieci) i o ile chcemy możemy generować równie dużo informacji o trofeach, naszych statusach, o tym co oglądamy lub nie. To wszystko personalizuje nasze urządzenia i nasze sieci. Nasze Internety.

Pytanie pozostaje otwarte – jak stałem się pecetosceptykiem?

Właściwie to się nie stałem – nigdy nim nawet nie byłem. Byłem raczej blaszako-sceptykiem, próbując znaleźć wygodniejsze do pracy narzędzia. Te jeszcze nie powstały, ale jeśli tylko ograniczyć wymagania i zrezygnować z przymusu efektywnej pracy a postawić na efektywne wykorzystywanie wolnego czasu – okazuje się, że ta, tak zwana era post PC ma się całkiem dobrze. Choć wiemy już wszyscy, że ani ona post, ani ona PC.

Nie dziwi mnie więc popularność smartfonów, tabletów, konsol i im podobnych urządzeń – bo łakniemy wygody i na pewno nie jest to nasze ostatnie słowo w tej kwestii. Nie dziwi mnie też obrona ogromnych puszek pełnych podzespołów zagracających biurka i pokoje, bo i one mają swoje ważne zadania. Dziwi mnie to, że próbuje się je porównać i nadać im te same wymiary ocen. Bo to trochę jak z telegrafem i tymi bębnami z początku. Niby każda z tych form niosła informację (ba, mogła nieść nawet tą samą!), ale trudno je ze sobą porównać.

I tyle

A skoro już wróciliśmy do afrykańskich bębnów niosących wiadomość tonalną obarczoną sporą nadwyżką zbędnej informacji, chciałbym jeszcze uzmysłowić wam jedną ważną rzecz… [ciąg dalszy niedługo]

AD 1 ORG: „Three objects were considered essential across all participants, cultures and genders: keys, money and mobile phone.”

 

inne

Komentarze