Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Spec Ops: The Line - gra, która zmienia życie

Kontynuując dziwną passę przypominania gier już trochę leciwych, ale niezwykle jarych chcę was zabrać na wspólną wyprawę do Dubaju. Wspaniałego miasta, w pełni pochłoniętego przez największą burzę piaskową jaką widział nasz glob.

Tytuł „Spec Ops” wbrew obiegowej opinii nie powstał tylko dla tej jednej gry, o nie. To mająca już naprawdę bardzo pokaźną historie seria gier wojskowych. Pierwsze tytuły ukazały się jeszcze w latach 90, aby około milenijnego okresu zawitać nawet na pierwszego Playstation. Kanciasta grafika, kiepskie sterowanie – o ile w przypadku pierwszych tytułów było to jeszcze wybaczalne, to po 2000 roku już nie za bardzo. Sprzedaż i sława z każdym tytułem powolutku malała – dlatego nawet planowaną na PS2 kolejną odsłonę w wykonaniu Rockstar Vancouver po prostu odwołano.

W okresie gdy na dobre zadomowiły się konsole trzeciej generacji ktoś z 2K Games wpadł na pomysł, że można by zarobić na martwej krowie. W ten oto sposób Yager Dev. Wzięło się za stworzenie nowej odsłony gry. Tym razem jednak do akcji zaprzęgnięto nie tylko wspaniały silnik graficzny, ale i scenarzystów, którzy trzeba przyznać, że spisali się doskonale.

r   e   k   l   a   m   a

Dlaczego ta gra…

Tyle tła historycznego – pora wyjaśniić dlaczego właściwie, chcę opisać tę trochę starą już grę (2012r). Otóż jest to pierwszy i póki co jedyny tytuł, będący grą komputerową, który w pewnym sprawił, że świadomie spojrzałem na swoje życie i zachciałem je trochę zmienić. Owszem inne tytuły mogły również mieć pewien wpływ na mnie – marnując moje godziny, dni, miesiące. Niszcząc moje życie społeczne lub nawet zdrowotne. Jednak jedynie nowy Spec Ops sprawił, że po zakończeniu gry usiadłem w fotelu i po prostu myślałem. Myślałem nad tym co zobaczyłem i jak wpłynęły na mnie decyzje, które podjąłem. Bo każda decyzja, choć wielokrotnie wymuszona, pokazuje tak naprawdę jakimi jesteśmy ludźmi. To niezwykle odważna gra… i choćby z tego powodu warto abyście zapoznali się z nią – jeśli jeszcze nie mieliście okazji.

Grunt

W gruncie rzeczy Spec Ops: The Line to strzelanka z perspektywy trzeciej osoby. U podstaw jest to coś pomiędzy Gears of Wars a Call Of Duty – wiem, mocno naciągane. Martin Walker, żołnierz Delta Force – którego kontroluje gracz - oraz dwójka jego kolegów poruszają się po ogromnych pozostałościach Dubaju z karabinami, granatami, rozwalając kolejne rzesze żołnierzy, jeżdżąc pojazdami, latając śmigłowcami i zdobywając najwyższy budynek na świecie. Wszystko to właściwie standardowej dla tego typu gier oprawie technicznej.

Ale bądź przez chwile poważnymi recenzentami…

… graficznie gra jest: po prostu ładna. Jest kilka scen perełek (jak choćby pierwsze wejście do zapiaszczonego Dubaju), ale właściwie przez większość gry będziemy widzieć piaski i rozwalone budynki. Drobne błędy w przenikaniu obiektów zauważalne nawet przez mnie i troszkę słabsze tekstury w niektórych momentach nie psują na szczęście zabawy z gry. Jednak Far Cry tudzież Crysis to nie jest i po prostu dominującym kolorem jest żółto/piaskowo/brązowy. Podsumowując, grafika jest dobra i nawet na dzisiejsze standardy ona sama nie powinna nikogo odstraszać i odpychać od gry.

Mechanika natomiast – tutaj trochę to kuleje. Gra jest bardzo podstawowa w kategorii ruchów naszego bohatera oraz możliwych do wykonania akcji. Mamy co prawda możliwość ukrywania się za przeszkodami w stylu GoW, jest to jednak zrobione… źle. No, może nie tragiczne, ale mogę wam zagwarantować, że nie będzie to przyjemne. Jednak z drugiej strony – wojna sama w sobie nie jest przyjemna i jej symulacja również nie powinna taka być.

Strzelanie, a właściwie to sama walka (w to wchodzi też broń), to trochę inna bajka. Ponownie nie jest tragicznie, nie jest źle – jest standardowo aż do bólu. Dostajemy podstawowe wyposażenie Delta Force, plus parę broni zdobycznych, ale mogę wam zagwarantować, że nic nie przykuje waszej uwagi na dłużej. Żadna spluwa nie zachwyci, ale tez żadna mocno nie zawiedzie. To trochę plus. A minus? Nie ma?

Fabuła

I tu moi drodzy zaczynamy cała zabawę. W bliżej nieokreślonym przedziale czasowym Dubaj został pochłonięty przez serię olbrzymich burz piaskowych. Wracający akurat z Afganistanu dowódca 33 batalionu, pułkownik John Konrad został zatrzymany przez owy kataklizm w mieście wraz ze spora liczba cywilów. Gdy burze odcięły kompletnie dostęp ze świata zewnętrznego, w tym komunikację, wprowadzony został stan wyjątkowy i wojsko przejęło kontrole. Próba wyjścia z Dubaju okazała się nieudana… Sześć miesięcy później, na zewnątrz jednak wydostaje się komunikat. Komunikat, który mówi, że mimo porażki w ewakuacji, jest jeszcze nadzieje, że ktoś tam może żyć. Na rekonesans zostaje wysłany nasz bohater oraz dwóch innych żołnierzy z Delta Force. Twoje zadanie graczu – to sprawdzić jak się sprawy mają, czy są ocalali i wycofać się o ile to możliwe.
Niestety nie będzie to łatwe gdyż prawie, że natychmiast zostajesz uznany za ludzi CIA i dochodzi do ostrej wymiany ogniowej między Tobą a amerykańskimi żołnierzami pozostałymi w mieście… Tak. Nie przewiedzieliście się. W większości będziemy walczyć przeciw Amerykanom.

To jednak nie koniec naszych problemów – bowiem wraz z każdym kolejnym krokiem stajemy w sytuacjach, które wykraczają poza znane nam schematy z gier komputerowych o dzielnych jankesach broniących zjednoczonych stanów pełnych wolności. Pułkownik Konrad rządzący żelazną ręką, najwyraźniej za nic sobie ma bezpieczeństwo cywilów oraz normalne ludzkie odruchy - a przynajmniej tak zostaje nam to przedstawione oczyma Walkera. W Dubaju, pozbawionym stałego dostępu do wody i żywności, rządzi prawo silniejszego a najsilniejsi są Ci, który mają broń.

Jak już wspomniałem gra zmusza nas w pewnych sytuacjach fabularnych do podejmowania ciężkich i naprawdę trudnych do podjęcia decyzji, w których nie ma mniejszego zła. Jako przykład podam jedną z dosyć wczesnych scen i mam nadzieje, że nie mocno spojlujących (najczęściej przywoływanych w internecie, więc obawiam się, że i tak mogliście o niej słyszeć). Pułkownik Konrad zmusza nas do wyboru, kto ma żyć a kto ma umrzeć – na pustyni zastajemy wiszących żołnierza i cywila, z daleka tymczasem obserwuje nas snajper. Wiszący żołnierz zabił rodzinę cywila za to, że ten ukradł racjonowaną wodę – najcenniejszą rzecz w mieście. W tym momencie musimy zdecydować o tym kto jest większym zbrodniarzem i pociągnąć za spust, albo sami zginiemy. Decyzja wydaje się prosta, ale biorąc pod uwagę, sytuację w której znaleźli się Ci ludzie, okazuje się mieć powolny wpływ na kolejne decyzje jakie podejmujemy przechodząc grę aż do momentu, w którym zastanawiamy się, czy wybranie mniejszego zła jest naprawdę możliwe.

Są jednak też sytuacje gry gra nie pozostawia nam wyboru i dokonujemy rzecz strasznych naprawdę nieświadomie, myśląc iż jest to jedyny sposób aby przejść dalej. I niestety jest to zawsze jedyny sposób aby przejść dalej, co odczuwamy naprawdę mocno za każdym razem.

Trudno mi było, być obojętnym grając w te grę i praktycznie za każdym razem gdy stawałem przed trudną decyzją lub uświadamiałem sobie okropne skutki prostych czynności coś we mnie delikatnie pękało. Gdy wreszcie podjąłem ostateczną decyzje w grze, tym samym kończąc ją, siedziałem cichutko przez kolejne dwie godziny w fotelu rozmyślając nad tym wszystkim co nie tylko zobaczyłem, ale mocno przeżyłem.

Zrozumiałem wtedy kilka rzeczy – po pierwsze przez grę i w pewnym stopniu, przez zabawę, można przekazać coś niezwykle ważnego i naprawdę sensownego.

Zrozumiałem też, i choć wcześniej zdawałem sobie z tego sprawę, to chyba nie w takim stopniu, że nawet jeśli wydaje nam się, że nasze decyzje są dobre, heroiczne, to ich skutki dla innych osób mogą być naprawdę okropne i to my możemy okazać się tymi złymi. Często nie widząc całego obrazu podejmujemy pewne działania, które wydają się być mniejszym złem, większym dobrem, po prostu zdają się być odpowiedniejsze. Prawda, która wychodzi później, może jednak nas niemile zaskoczyć i mocno wpłynąć na nas samych.

Po trzecie - przypomniało mi to, dosyć oczywistą sprawę, o której wielu weteranów Battlefielda i innych Call Of Duty zapomina, że zabijanie nie jest przyjemne i nigdy nie powinno być. Prawdziwa wojna nie jest grą komputerową, a gra komputerowa nie pokazuje prawdziwej wojny...

In koniec

Oczywiście są pewnie tacy, którzy przeszli grę ziewając i śmiejąc się z oczywistych plot twistów, przy okazji jęcząc jakie sterowanie jest do bani, jak bronie są mało różnorodne i jak grafika nie wyciska ostatnich soków z ich potężnych kart graficznych. Mam jednak dla tych ludzi pilna wiadomość: jesteście bezdusznymi skurczybykami.

Polecam grę każdemu, nie ważne czy na PC czy konsoli – zwłaszcza, że tytuł jest dostępny w Polsce za praktycznie bezcen (bywał w biedronce za 10 zł)

Choć wciąż lubię pograć sobie w szalone strzelanki i pomordować ludzi ze snajperki, The Line, pozostanie na zawsze w mojej pamięci, jako niesamowita gra i jako ta, która sprawiła, że odrobinę się zmieniłem.

PS. Kilka innych moich opinii na temat tej gry zachowam sobie na później - nie chciałem mocno zdradzać fabuły, na podstawie której wysnuwam pewne spostrzeżenia i swoje uwagi. Ot, taki mini aneksik, dla chcących komentować. 

gry hobby

Komentarze