7 retro gier, do których nie warto wracać – nigdy

Są gry dobre, które pozostają dobre na zawsze.

Są też gry dobre, które są dobre tylko w jednym momencie - stają się kultowe i legendarne – ale gdy usiądzie się do nich ponownie po wielu latach, okazuje się, że trącą one myszką a gra wcale nie jest taka przyjemna jak każe wam wspominać wasza nostalgia.

Poniżej znajduje się moja mini lista takich gier, które choć uważam, że były wspaniałe, to jednak zestarzały się bez klasy.

1. Mario Bros.

Tak, zabijcie mnie już na samym początku - albo przeczytajcie dokładnie.

Nie chodzi mi o Super Mario Bros., które wg mnie wciąż należy do czołówki gier platformowych (choć znalazł bym parę równie dobrych). Chodzi o prekursora serii – czyli stare dobre Mario Bros. Tak, ten tytuł z arkadówek, który jest moim rówieśnikiem. Niestety mimo wielkiego sentymentu do dwóch przetykaczy kanalizacyjnych, jedynka wypada bardzo-bardzo słabo w porównaniu do legendarnej już "dwójki". Właściwie nawet nie googlajcie gameplaya (link, bo wiem, że pewnie chcieliście to zrobić) – po prostu darujcie sobie. Ta gra to relikt zeszłego tysiąclecia. Przypominam wam, że wszystkie fajne bajery i charakterystyczne dla braci elementy rozgrywki (scrolling planszy, skakanie na wrogów) zostały wprowadzone właśnie w wersji Super.

Ocena w skali niegrywalności: Daruj sobie Koopa!

2. Half Life

…i nie pomagam sobie, co? Tak! Half Life Jeden zestarzał się strasznie! Jest właściwie w obecnej formie prawie nie grywalny – sporo uratowała konwersja gry wydana pod tytułem Black Messa (jedyna w wersji HD z małymi tweakami umożliwiającymi normalną grę w dzisiejszych czasach).

Wiem, iż spora cześć osób powie, że to po prostu klimat i mechanika starych strzelanek i trzeba z tym żyć, ale muszę rozczarować te osoby. Mechanika starych strzelanek to Duke i Quake 2. Half Life był, jest i będzie pierwszym tak zwanym nowoczesnym shooterem. To sprawiło, że podobnie jak Wolf 3D po prostu stanął rozkrokiem gdzieś pomiędzy niesamowitymi klasykami a dobrze nam znanymi tytułami, w które po prostu super się gra.

Oczywiście HL2 był grą, która po dziś dzień jest wg mnie i wg wielu ludzi na świecie kulminacją tamtej ery… Ale jedynka?…

Ocena w skali niegrywalności: Raczej unikaj, no chyba, że masz łom w wersji HD.

3. Street Fighter

Zapewne już domyślacie się, że chodzi o klasyczny tytuł – czyli pierwszego ulicznego wojownika wydanego w 87-roku. Tak moi drodzy, legendarny i nieśmiertelny sequel to gra, do której warto wracać. Jednak początek serii to jest stwór o którym zapewne nawet nie chcielibyście wiedzieć – ale jeśli chcecie: jedną postacią do wyboru (ha, do wyboru!) jest Ryo (choć można to obejść) i z jego pomocą musimy pokonać ośmiu przeciwników wykorzystując proste uderzenia pięścią i kopniaki. Mamy też zestaw trzech super znany specjali i na tym kończyłaby się cała opowieść o tej grze. Tak, to wszystko. Grafikę pominę, bo wygląda jak SF, ale grywalność jest żadna.

Ocena w skali niegrywalności: Hadouken!

4. Unreal

Ten tytuł zmienił wiele. Bardzo wiele. Był Crysisem lat dziewięćdziesiątych i to porównanie jest bardzo dokładne, bo tak jak Crysis poza graficznym fenomenem był grą przeciętną, tak i Unreal poza szałem wywołanym swym wyglądem… był średnią strzelanką. Sam silnik oraz związane z nim narzędzia zmieniły całkowicie podejście wielu ludzi do tworzenia gier, ale żeby wracać do tego tytułu sprzed praktycznie 20 lat? 

Unreal jest pełnoletni i niestety jest beznadziejny, jeśli chodzi przyjemność jaką możemy czerpać z gry.

Ocena w skali niegrywalności: Grywalność na poziomie mało realnym.

5. Dowolny Tomb Rider przed Legends

Właściwie to można by rzec – dowolny Tomb Rider zanim za Larę wzięło się Crystal Dynamics. Ok, to niewielkie amerykańskie studio ma swoje wzloty i upadki, ale jeśli chodzi o gry akcji z perspektywy TPP to można na nich polegać. I pewnie dlatego, po tragicznym Angel of Darkness to właśnie oni dostali w ręce popiersie pani archeolog. Więc jak się sprawy mają z grami stworzonymi przez Core Design?… Cóż.

Jedynka była legendarna – ale każda próba grania w nią dzisiaj kończy się chorobą psychiczną. Sterowanie, mechanizmy i grafika! GRAFIKA! Ona nie trąci myszka, ona trąci pikselami.

Dwójka i trójka to właściwie to samo – zaczęto wprowadzać znane i lubiane mechanizmy, za które Lara stała się sławna na całym świecie. Niestety są one - z perspektywy patrząc – mocno niedopracowane. Można by rzec, że to normalne u prekursorów gatunku. Wydane niedługo potem Soul Reavery wciąż są miłe w odbiorze, jeśli chodzi o rozgrywkę (choć graficznie jest trochę strasznie).

To co działo się między 1999 a 2003 było słabe już w momencie wydania. Szkoda waszego czasu aby do tych tytułów wracać.

Ocena w skali niegrywalności: Anioł ciemności! UGH!

6. Wolfenstein 3D

Kolejny tytuł, który zmienił praktycznie cały gatunek gier – owszem Doom i Duke Nukem sprawiły, że strzelanki weszły na jeszcze wyższe „wyżyny”, ale bez Blazkowitza mogłoby się to nie wydarzyć. Niestety gra cierpi z powodu bycia prekursorem (tak jak HL1). Nie chodzi o mechanizmy i grafikę, które są stare, ale o ogół. Spędzenie nawet piętnastu minut przy tej grze to jednak wyzwanie i poza wielkimi fanami – odradzam. Nie będzie to przyjemność - lepiej czas zainwestować w nowszą część.

Ocena w skali niegrywalności: Mechahitler!

7. O zgrozo: X-Com

Herezja! Krzyknąłbym sam jakiś czas temu. Rzeczywistość jednak okazuje się być trochę smutniejsza niż marzenie. Kocham X-Comy… wszystkie z wyjątkiem Interceptora. Przez długie lata grywałem w Terror from the Deep i w jedynkę, hołubiąc je, jako niedościgniony wzór do naśladowania. Niestety miały miejsce dwa wydarzenia – po pierwsze wydano naprawdę rewelacyjne duchowe następniki (XCOM, XCOM Enemy Within i XCOM2), które choć zgoła inne, utrzymują klimat, grozę i cierpienie, gdy zginie jeden z żołnierzy. Po drugie, okazało się, że nie mam już czasu na zabawę w oryginalnego X-Coma, który tego czasu potrzebował wiele aby tylko wykonać prostą czynność. Jedna misja (lądowanie) mogło trwać wieki, jeśli chciało się aby wszyscy przeżyli. Każdy ruch, każde planowanie rozdania dokładnej liczby punktów akcji - to była mordęga. Czy wydać je na przezbrojenie, czy uciekać? Fakt – to był jeden z elementów, które sprawiał, że X-com był niesamowity. Jednak teraz, gdy mamy nowego XCOMa i zrobiono prawie to samo w nowoczesny sposób, granie w starego po prostu jest drogą przez mękę. Dlatego właśnie – choć sam nie dowierzam – uznaję że nie warto już wracać do UFO.

Ocena w skali niegrywalności: Nie warto, choćby przez oryginalne Chrysalidy ku***a!

Nota autorska – tak na wszelki wypadek – to moja bardzo, bardzo subiektywna lista. Niektórzy z was mogą na tyle kochać niektóre z tych gier, iż uważają, że powracanie do nich w regularnych interwałach czasowych jest potrzebne by zachować pełną sprawność psychiczną. Dla mnie takimi tytułami są np. Space Invaders i Metal Slug. Więc proszę nie krzyczcie zbyt głośno. Nie mniej chętnie wysłucham waszych kontrargumentów.