Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków

Mój Kumpel stale mi przypomina, że w jego pamięci zapisana jest ogromna ilość zdarzeń, nadających się na wiele opowiadań o krajach i miejscach, które ze względu na wojny i terroryzm są dziś kompletnie niedostępne dla karawan turystów, pragnących z bliska poznać skarby historii, i które to kraje prawdopodobnie niedostępnymi pozostaną jeszcze przez wiele lat, zanim zapanuje ponownie trwały pokój. A i też nie wiadomo, ilu świadków Starożytności… przetrwa. Mój Kumpel jest niepiśmienny, ale ma za to pamięć fotograficzną, dlatego prosił mnie, abym i w jego imieniu opisywał nasze wspólne przygody, a on uruchomi swoją pamięć.

Spróbuję więc dziś przywołać kolejne wspomnienie z czasu naszej podróży po Egipcie. Pierwszy dzień mojego „sam na sam z faraonami” naładowany był ogromną dawką emocji, bo był to przecież mój pierwszy dzień, gdy Marzenia stały się Rzeczywistością. Z wolna zaczynałem się jednak przyzwyczajać do tego, że otaczający nas świadkowie historii egipskiej mają, nie kilkaset lat, jak nasi rodzimi, ale 3 i pół tysiąca lat, a przecież na naszej egipskiej wyprawie mieliśmy dotrzeć do miejsc znacznie starszych. Dla lepszego uświadomienia sobie, jak wielki to upływ czasu, wyobraźmy sobie, gdzie nasi słowiańscy przodkowie przebywali i jak żyli 3 i pół tysiąca lat temu, gdy w tym samym czasie nad Nilem już od dawna kwitła wysokorozwinięta cywilizacja.

Po odwiedzeniu kompleksów świątynnych Luksoru i Karnaku, popołudnie tego samego dnia poświęciliśmy, m.in., na dotarcie do nieodległego Medinet Habu. Fotograficzny zapis z tej wizyty, w poniższej prezentacji poprzedzę jednak zdjęciem kompleksu świątynnego Medinet Habu, które wykonałem dopiero następnego dnia, gdy odbywaliśmy w tych okolicach lot balonem. Takie zdjęcia z powietrza w turystyce bywają chyba raczej rzadkością, dlatego temu szczególnemu widokowi świątyni Medinet Habu nadałem priorytet przed zdjęciami z poziomu ziemi.

r   e   k   l   a   m   a

Na będący w ruinie zespół świątynny składają się świątynia Totmesa III (XVIII dynastia, panowanie 1458-1425 p.n.e.), świątynia grobowa oraz pałac Ramzesa III (XX dynastia, panowanie 1183-1152 p.n.e), a także kaplice kultu Amona. Świątynia w swym pierwotnym założeniu miała charakter obronny. Posiadała mury, z których do dzisiaj prawie już nic nie pozostało, z wyjątkiem bramy, którą widać poniżej.

A to już brama z bliska.

I widziana od tyłu, czyli z dziedzińca przed samą świątynią.

Poniżej widać lewą część pierwszego pylonu, a z boku (prawa strona kadru) brama prowadząca do pierwszego dziedzińca wewnętrznego.

Ta część pylonu, w typowym dla sztuki egipskiej stylu, jest zapisem historii panowania faraona. Większość dekoracji świątynnych to reliefy nawiązujące do wojennych zwycięstw Ramzesa III nad Libijczykami oraz Ludami Morza.

Podobnie ukazuje to prawa część pylonu, ….

.…. a także zewnętrzna część bramy.

Warto zwrócić uwagę na kolorystyczne zdobienie sufitu bramy, jakie zachowało się do dziś, po upływie ok. trzech i pół tysiąca lat od powstania świątyni.

Na pierwszym dziedzińcu, wsparte filarami stoją posągi faraona w postawie Ozyrysa (tzn. ze złożonymi rękami).

Poniżej widać przykład reliefów ukazujących scenę ze zwycięskiej wojny faraona z Libijczykami.

We wszystkich obiektach, masowo zwiedzanych przez turystów, spotykaliśmy uzbrojonych funkcjonariuszy policji turystycznej. Ich charakterystyczne białe mundury widoczne były już z daleka. Tu nie mogło być inaczej. Byli bardzo przyjaźnie ustosunkowani do turystów. W końcu dzięki turystyce mieli pracę. A turyści mogli się poczuć bezpieczniej. Czy faktycznie byli bezpieczni, to inna sprawa. Bardzo liczne posterunki i patrole policji odzianej w białe mundury nie zostały jednak rozmieszczone we wszystkich centrach i szlakach turystycznych Egiptu bez powodu. Zagrożenia dla turystów ze strony różnej maści terrorystów-fanatyków istniało nieustannie nawet w czasach względnego spokoju, czyli także podczas mojego pobytu w roku 2008. Formacje uzbrojonej policji stały się dość skuteczną barierą dla działań zamachowców, bo zamachowcy wiedzieli, że policyjny kałasznikow nie jest zabawką, a sami nie są kuloodporni. Jednakże względność owej skuteczności policyjnego odstraszania, ujawniała się w różnych miejscach, w których osobiście widziałem, że już same obiekty turystyczne i sposób rozmieszczenia policjantów sprawiały, że system bezpieczeństwa był pełen dziur. Choćby na przykładzie owego policjanta z „zarabiającym kijem” w świątyni w Karnaku. Przed wejściem do świątyni w Medinet Habu stało ich trzech. Wewnątrz widziałem już tylko jednego. A ogrodzenie obiektu praktycznie nie istniało. Ochrona turystów w razie zaskoczenia, przypuszczalnie okazałaby się fikcją. Najlepiej było nie myśleć o tym, co by było, gdyby było. Zresztą łapałem się sam przed sobą, że w pewnym sensie podlegam zjawisku podobnego do stanu „wyparcia”, bo nawet, jeśli parę razy podczas naszych dwóch tygodni w Egipcie nachodziła mnie jakaś myśl o dawniejszych aktach terrorystycznych, to natychmiast skutecznie „przykrywałem” ją w sobie emocjami wypływającymi z faktu, że przecież moje Marzenie stawało się Rzeczywistością. Głębsze refleksje dotyczące kwestii naszego bezpieczeństwa przyszły do mnie dopiero po powrocie do Polski.

Zwiedzanie egipskiej świątyni to nie wizyta w galerii obrazów, gdzie obrazy „idą” wzdłuż ścian, jakby po sznurku. Tu „obrazy” wypełniają wszystkie możliwe miejsca na ścianach, sklepieniach, belkach i filarach. W zasadzie nie ma sposobu, aby wzrokowemu kontaktowi z tymi tysiącami reliefów i hieroglifów nadać jakiś porządek. A świadomość, że czas zwiedzania jest ograniczony, bo zaraz jedziemy dalej, sprawia, że nasze oczy zaczynają nerwowo „tańczyć”. Uspokoją się dopiero za bramą.

Przy filarach o przekroju prostokątnym stały niegdyś posągi faraona. Z wyjątkiem miejsca w kącie dziedzińca, postumenty po tych posągach są puste. Nigdzie nie widać było rozbitych resztek tych posągów, co sugerować może, że kiedyś padły łupem rabusiów…

I niewykluczone, że także tych… z Europy. British Museum posiada tak bogatą kolekcję starożytności rodem z Egiptu (ok. 110 tysięcy eksponatów), że na świecie jest to chyba drugi w kolejce z najpotężniejszych zbiorów, zaraz po samym Egipcie. Od lat trwają spory o egipskie zabytki. Egipt żąda ich zwrotu, a faktyczni dysponenci uparcie odmawiają, wykręcając się z pomocą obłudnych argumentów. No cóż, Henryk Sienkiewicz być może powinien był chyba otrzymać nagrodę Nobla także za powieść „W pustyni i w puszczy”, z jej słynną sceną z Kalim w roli głównej, jako odpytywanym o dobry i zły uczynek. Sprawa zrabowanych zabytków Egiptu jest takim właśnie egzaminem z moralności, którego niektóre państwa permanentnie od dziesięcioleci nie są zdolne zdać - i nic nie wskazuje na to, aby się to miało zmienić, bo przecież nadal u nich obowiązuje zasadza, że „dobry uczynek to, gdy Kali zabrać krowy”. Słynny Kamień z Rosetty, dzięki któremu Champollion odczytał egipskie hieroglify, spotkać można nie w Muzeum w Kairze, a w British Museum w Londynie. Apele o zwrot, czy choćby wypożyczenie, kierowane do rządu brytyjskiego przez władze egipskie kwitowane są odmową z uzasadnieniem, że Muzeum przecież nie może pozbawić 5 milionów zwiedzających rocznie, kontaktu z tak cennym zabytkiem. Typowe krokodyle łzy. Warto więc wspomnieć, że Kamień z Rosetty stał się łupem wojennym Wielkiej Brytanii po zawarciu w roku 1801 z Francją układu pokojowego z Aleksandrii, na mocy które układające się strony podzieliły pomiędzy siebie znaleziska archeologiczne, odkryte wcześniej przez uczonych francuskich. To daje obecnemu rządowi egipskiemu podstawę do uznania, że ów akt zawłaszczenia był nielegalny.

Dominującym obecnie w świątyniach egipskich wizualnym akcentem, jest widok ścian z hieroglifami i reliefami koloru bloków skalnych, z których je wzniesiono. Ale te nikłe ślady dawnych barwnych zdobień wskazują, że świątynie w okresie świetności musiały być niezwykle kolorowe.

Chyba jedne z najlepiej zachowanych kolorów, jakie widziałem w świątyniach egipskich, to te, ze sklepienia tutejszej bramy, prowadzącej na drugi dziedziniec wewnętrzny (zdjęcie poniżej). Chyba lepiej zachowane były tylko w świątyni Hatszepsut, której zwiedzanie mieliśmy zaplanowane na dzień następny. To kolejne przypadki, w których zauważyłem, że kolory najlepiej zachowywały się pod sklepieniami i w cieniu. I w jakiś sposób nawiązuje to do powszechnie spotykanej opinii konserwatorów o destrukcyjnym wpływie promieniowania UV na trwałość kolorów w dziełach sztuki. Przy czym zauważono, ze najmniej trwałe są barwniki wytworzone na bazie substancji organicznych. Mineralne barwniki znacznie lepiej radzą sobie z długotrwałym wpływem widma UV.

Trzy następne zdjęcia to migawki z centrum sanktuarium. Ta część świątyni jest w zdecydowanie gorszym stanie.

Wyszliśmy na zewnątrz świątyni. Na zdjęciu boczny widok mniejszego pylonu, oddzielającego dwa wewnętrzne dziedzińce.

Boczne wyjście także ozdabiają sceny batalistyczne.

Na tylnej ścianie wielkiego pylonu rzuca się w oczy relief przedstawiający bitwę faraona z Ludami Morza.

Od zachodniej strony, do świątyni przylegał pałac Ramzesa III. Oprócz zakonserwowanego zarysów murów w przyziemiu, nie zostało z niego nic.

Mimo, że przestrzenie świątyni - a przede wszystkim jej wewnętrzne dziedzińce - w mojej pamięci zachowały się, jako dość spore, widzę dziś, jak bardzo dawniej brakowało mi obiektywu o ultra szerokim kącie. I będzie ten problem towarzyszył mi niejednokrotnie w następnych dniach mojej egipskiej eskapady, szczególnie we wnętrzach świątynnych przypominających ciasny labirynt.

I na koniec migawka z życia lokalnej społeczności, „strzelona” już z okna autokaru, którym zaraz mieliśmy odjechać do „europejskiej” rzeczywistości naszego pływającego pięciogwiazdkowego hotelu…

To, co nadaje ton tej fotografii (poniżej), to woda, źródło życia… I może dodatkowo warto zwrócić uwagę na twarze dwóch kobiet. Nie są niczym zakryte, choć włosy oczywiście już tak. Egipt jest dość różnorodny pod tym względem. Ta starsza niosła tę wodę w butelkach z nadzieją, że sprzeda ją turystom, stąd chyba uśmiech na twarzy. Z tego być ona może żyje. Ale jednocześnie można dostrzec skierowane w naszą stronę, jakże wymowne, spojrzenie drugiej, młodszej kobiety pozostającej w cieniu… (zdjęcie nie jest idealne, bo przez szybę autokaru i w pośpiechu, nie można było, ani dobrze skadrować, ani dobrze zapanować nad światłem)

Ale czy my, przed dziesiątkami lat, nie patrzyliśmy takim samym tęsknym wzrokiem na turystów przybywającym do Polski z Zachodniego Świata? Dla tej kobiety byliśmy uosobieniem nieosiągalnego bogactwa i wolności. Takie swoiste deja vu…  

hobby

Komentarze