Memfis-Sakkara

Gdy wypełnił się program naszego zwiedzania na południu Egiptu, kolejnym etapem była podróż na północ. Nasze dotychczasowe kierunki podróży, licząc od początku, to: autokarem z Hurghady do Luksoru, statkiem hotelowym po Nilu z Luksoru do Asuanu, szosą do Abu Simbel i wodą po okolicach Asuanu – a na koniec pociągiem z Asuanu do Kairu, a konkretnie do stacji Giza. Ten ostatni etap miał ok. 900 km. Pociąg pokonał tę odległość w ok. 12 godzin. Z Asuanu wyruszyliśmy wieczorem, a Gizę osiągnęliśmy rankiem następnego dnia. Kilka następnych linijek tekstu chciałem poświęcić warunkom podróżowania egipską koleją. Te warunki spowodowały, że następnego dnia byliśmy wypoczęci, co decydująco wpłynęło na komfort zwiedzania.

Wagony egipskiego pociągu, jak pokazuje to zdjęcie powyżej, nie miały tradycyjnych przedziałów, a przestrzeń wewnątrz wypełniały fotele ustawione w rzędach po trzy. Dwa z jednej strony przejścia i jeden po drugiej stronie. Nie było to więc wyposażenie typowe dla nocnej podróży, ale jak się okazało w praktyce, było wystarczające, aby się porządnie wyspać.

Fotele były bardzo wygodne. Obszerne, miękkie, z szerokimi oparciami dla rąk, regulowanym pochyleniem oparcia dla pleców. Można było w nich albo siedzieć, jak w fotelach klubowych, albo odpoczywać (spać) w pozycji pół-leżącej. Wagony były oczywiście klimatyzowane, z tym, że chwilami w nocy bywało tak chłodno, że potrzebne było jakieś dodatkowe okrycie. Ale wystarczał już szeroki szal. Fotele miały jeszcze tę zaletę, że były posadowione obrotowo i w razie potrzeby, można się było odwrócić przodem do osoby za nami. Poza tym odstępy pomiędzy rzędami foteli były tak duże, że wystarczało to dla solidnego rozprostowania nóg. Fotele lotnicze, których ciasnota i brak wygody są powszechnie znane (nie mówię o klasie VIP) są pod względem komfortu sporym przeciwieństwem owych egipskich foteli kolejowych, w których spędziliśmy pół doby.

Około godziny 9-tej rano pociąg zatrzymał się na stacji w Gizie, gdzie przesiedliśmy się do autokaru. Tu przywitała się z nami nasza nowa pilotka, Rosita (Polka), która miała nam towarzyszyć na wszystkich wypadach w Kairze i okolicach. Biegle mówiła po arabsku. Miała niesamowity temperament. Była niezwykle serdeczna i opiekuńcza, a jednocześnie umiała wzbudzać szacunek i posłuch. Taka matka i sierżant w jednej osobie.

Na zdjęciu poniżej budynek dworca kolejowego. Warto zauważyć, że w stylistyce tego współczesnego obiektu wykorzystano cechy właściwe dla architektury starożytnej.

Widok z okna autokaru był już lekką zapowiedzią tego, co miało nas czekać następnego dnia: Piramidy! Ale w tym momencie jechaliśmy do Memfis, stolicy Starego Państwa (dynastie: od III do VI), jednego z najważniejszych miast starożytnego Egiptu, stanowiącego ówczesne centrum polityczne i administracyjne. Wg różnych szacunków naukowców, miasto zostało założone ok. roku 3000 p.n.e.

Jednakże po zabudowie starożytnego Memfis nie pozostało już wiele. Z tym, że resztek świątyni Ptaha i ruin pałacu królewskiego niestety nie mieliśmy w programie zwiedzania. Być może nie były to obiekty tak spektakularne, jak tamte w Luksorze i Karnaku, ale skoro byliśmy tak blisko, to wielka szkoda, że planiści biura podróży nie ujęli tego miejsca w planie zwiedzania. Skupiono się w nim tylko na muzeum. Natomiast, co do muzeum, głównymi obiektami przyciągającymi turystów są posągi: Ramzesa II i Sfinksa Alabastrowego. Posąg Ramzesa jest wyeksponowany w specjalnie zbudowanym pawilonie. Posąg leży, miast stać i nie jest kompletny. Brakuje mu przede wszystkim dolnych partii nóg. Można oglądać go z bliska, tj. z poziomu parteru, albo z galerii.

Całe zwiedzanie muzeum w Memfis nie zajęło nam chyba więcej niż półtorej godziny. Ale, poza zwiedzaniem pawilonu z Ramzesem II, resztę czasu mogliśmy przeznaczyć już jedynie na chaotyczne kręcenie się po niewielkim terenie w pobliżu pawilonu, gdzie ustawiono kilka posągów i stellę. I mimo, że skromny to ślad po najstarszej stolicy Egiptu, to jednak widząc te posągi, podświadomie czułem ogrom majestatu tysiącleci zamkniętych w tych kamieniach.

Centralnym punktem zainteresowania turystów, na placu obok pawilonu z posągiem Ramzesa II, był słynny Alabastrowy Sfinks. Niektórzy fachowcy uważają, że ma on twarz Ramzesa II.

Po zwiedzeniu muzeum w Memfis, które w nazewnictwie współczesnym posiada lokalizację określoną, jako Mit Rahina (od nazwy miejscowej wioski), autokar powiózł nas do Sakkary, ogromnej starożytnej nekropolii. Na zdjęciu poniżej jeden z widoków z parkingu, gdzie zatrzymaliśmy się.

Z drugiej strony parkingu rozciągał się widok na wspaniały ogród, pięknie porośnięty trawą, nad którą górował gaj palmowy. Ponieważ niektóre z palm daktylowych wychylały się poza ogrodzenie, nasz kierowca zerwał jedną z kiści owocowych i na zaimprowizowanej tacy poczęstował wszystkich pasażerów. Nigdy jeszcze dotąd nie miałem w ustach świeżych daktyli. Słodziutka pychotka.

Rosita, wyjaśniła nam w tym momencie, że nasz kierowca, który jest Koptem, zrobił to dla nas z czystej życzliwości i zupełnie bezinteresownie. Zwróciła w ten sposób naszą uwagę na pewne różnice w mentalności pomiędzy Koptami a muzułmanami.

Zbliżyliśmy się do wejścia na teren nekropolii. Otworzyłem obiektyw. Kilka ujęć murów.

Nekropolia w Sakkarze była miejscem pochówku władców Egiptu i ich dostojników, począwszy od pierwszych dynastii Starego Państwa, poprzez dynastie Nowego Państwa, aż po okres rzymski. Miała ok. 6 km długości i do 1,5 km szerokości. Nam dane było zobaczyć tylko mały jej fragment.

Weszliśmy do środka. Nad nami dach, który nad ruinami wzniesiono współcześnie.

I oto główna atrakcja nekropolii na naszej drodze: piramida schodkowa faraona Dżesera (III dynastia). Powstała ok. roku 2650 p.n.e. Jej kamienna konstrukcja, zaprojektowana przez Imhotepa, została na zewnątrz wykończona na sposób przypominający budowle z cegły mułowej. Rusztowania rozstawione w różnych miejscach znamionują trwanie prac konserwacyjnych.

Gromadzimy się przy barierce, za którą w dole rozciąga się wielkie pole z mastabami, czasem będącymi w wielkiej ruinie.

W pewnym momencie, gdy tak przyglądałem się mastabom, jakieś 8-10 metrów za moimi plecami podniosły się głosy i dał się usłyszeć mocny głos Rosity, po… arabsku. Otóż, zauważyła kilku miejscowych „biznesmenów”, którzy po wmieszaniu się z boku w naszą grupę, zaczęli zachowywać się zbyt natarczywie w stosunku do kilku osób. Rosita z energią lwicy skoczyła ku nim i zwymyślała ich po arabsku tak pięknie i skutecznie, że prysnęli jak stado wróbli przed sokołem.

Po tym incydencie Rosita, która nawet nie była zbyt zdenerwowana (widać miała już sporą zaprawę w takich bojach), wróciła do tematu nekropolii, zwracając m.in. naszą uwagę na różnice pomiędzy efektami pracy konserwatorów francuskich i egipskich. Poniżej mastaby po konserwacji Francuzów.

Ponieważ rząd egipski chciał oszczędzić na wydatkach na konserwacje, zaprzestano zatrudniać konserwatorów francuskich, a w ich miejsce przyszli Egipcjanie. Ta mastaba na zdjęciu poniżej, którą widać w przednim planie, jest efektem prac właśnie konserwatorów egipskich. Rosita nie miała uznania dla ich osiągnięć, bo uważała, że odnowić tak, aby wyglądało na stare, to sztuka, której wtedy ci konserwatorzy jeszcze nie posiedli.

Mieliśmy okazję zejść do mastab udostępnionych do zwiedzania, ale w ich wnętrzach nie wolno było fotografować ze względu na tradycję szacunku dla zmarłych. Identycznie było wcześniej w Dolinie Królów.

Ostatnim zapamiętanym przeze mnie, w trakcie zwiedzania, obiektem była, będąca w ruinie, piramida króla Userkafa, władcy Egiptu z V dynastii (lata jego panowania to 2504-2496 p.n.e.)

Wychodzimy z terenu nekropolii. Zwiedzanie trwało nieco ponad godzinę. Będąc tuż za bramą chcę schować aparat do torby i…, a gdzie jest dekielek obiektywu? Zaczynam szukać po kieszeniach i zakamarkach torby. Nie ma! Odwracam się nieco nerwowo i zaczynam rozglądać, a jednocześnie zastanawiać szybko, czym zaimprowizuję zakrywkę na obiektyw, bo tak zostawić obiektywu przecież nie można. Zgłaszam problem Rosicie. Ona widząc moje lekkie zdenerwowanie, natychmiast wróciła do pracowników ochrony muzeum. I za chwilę dotarł do mnie jej radosny okrzyk: „Jest, znalazł się!”. Ten, który znalazł mój dekielek nawet nie chciał przyjąć tradycyjnego bakszysza. Nietypowe to. Jemu wystarczyło usłyszeć moje „shukran”. Rosita usłyszała ode mnie to samo, ale po polsku.

Post scriptum

Ten incydent ze zgubieniem dekielka (Panasonic) uświadomił mi dobitnie, że te firmowe powinny być standardowo wyposażane w sznureczek, „smyczkę” zaczepianą potem gdzieś z boku do aparatu, czy paska. Problem w tym, że żaden z moich dotychczasowych aparatów/obiektywów (Zenith, Minolta, Panasonic, Sony, Tamron) w takowy dekielek ze sznureczkiem firmowo wyposażony nie był. Nauczony tamtym doświadczeniem z Sakkary, zawsze mam teraz w torbie dekielek zapasowy i oczywiście ze „smyczą”. I jak się można domyślić, chiński, taki „no name”, a w dodatku dziesięć razy tańszy niż firmowy i tak samo dobry. Nie wiem jak problem sznureczków wygląda u innych producentów obiektywów, ale dlatego mam generalny apel do wszystkich: Panowie konstruktorzy, zaprojektujcie w waszych dekielkach dodatkowo, jeden mały otworek na boku! Sznureczek użytkownicy ostatecznie dodadzą już sami.


Z mojej egipskiej serii ukazały się dotychczas na blogu:

Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością

Karnak – egipski sen trwa…

Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków

Nad Luksorem

Świątynia Tysiąca Lat - Hatszepsut

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. I

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. II

Nilem do Asuanu

Kom Ombo

Abu Simbel

Ogrody Kitchener’a

Wioska nubijska

Świątynia Izydy