Problematyczna ustawa o książce

Na kilku portalach, od wielu miesięcy, co jakiś czas, pojawia się temat nowej ustawy. Ustawa o książce, a konkretnie ten jej element, który wymaga utrzymywania przez rok obowiązujących cen detalicznych (drukowanych, okładkowych), powinna – w założeniu – przerwać dyktaturę czterech sieci dystrybucyjnych. Oczywiście takimi intencjami/motywami nikt się oficjalnie i publicznie nie chwali, stąd zapewne niejasne tłumaczenia Izby Książki, i nie tylko. W pewnym sensie jest to próba złamania monopolu.

Jeśli chodzi o rynek książki w Polsce, to sytuacja obecna jest kuriozalna: warunki dyktują cztery sieci: Empik, Matras, Merlin i Ravelo. To one na książkach zarabiają najwięcej – nie wydawca, nie autor, nie korektor, nie drukarnia…

Standardowa procedura (stan na rok 2015 i wiele poprzednich) – wydawnictwo YYY wypuszcza na rynek książkę XXX, której cena detaliczna/drukowana wynosi 39,90. Szef działu zakupów w którejś z tych czterech sieci proponuje: kupimy 40% nakładu, ale za 11,00 PLN za egzemplarz. Oczywiście jest to propozycja nie do odrzucenia, a taki manewr albo bardzo podobny wykonują wszystkie cztery sieci. Rzecz jasna wydawca YYY może się nie zgodzić, ale jeśli książki XXX nie będzie w Empiku, Matrasie, Merlinie i Ravelo, to jakby jej nie było w ogóle. Licząc na małe, pozasieciowe księgarnie, wydawca upłynni nie więcej niż 10% nakładu i po prostu dołoży do interesu.

Powiedzmy jednak, że wydawca YYY się zgadza, szybko sprzedaje sieciom większość nakładu, a te, mając tak wielki upust, natychmiast organizują promocję i cenę detaliczną obniżają*.

Mała, pojedyncza księgarnia nie dostanie u wydawcy takich upustów, bo kupuje jednorazowo 2-3 egzemplarze książki albo wręcz jeden, a następny dopiero po sprzedaniu tego pierwszego. Takim klientom nie daje się rabatów/upustów, to oczywiste.

Jeżeli cena okładkowa będzie obowiązkowa, to tych dziwacznych promocji nowości nie będzie, ale… Czy to złamie dyktaturę sieci? Gówno! Nadal będą kupowały dużo, choć może nie aż tak bardzo dużo, a jako poważny nabywca (znaczący, strategiczny) będą otrzymywały duże rabaty. Ostatecznie będą mniej sprzedawały (bo bez promocji, czyli drożej), ale więcej zarabiały na jednym egzemplarzu. Któż by nie chciał robić mniej, a zarabiać tyle samo?

To ostatnie to tylko moje zdanie i przewidywanie. Są i tacy, którzy wierzą i mają nadzieję, że w takiej sytuacji sieci przestaną wymuszać ogromne upusty i rabaty, i dlatego ustawę popierają.

Czy kogoś w całej tej sprawie interesują czytelnicy? Moim zdaniem – zupełnie nie. Szansą utrzymania czytelnictwa na znośnym poziomie mogłyby być e-booki, ale zdecydowanie nie przy tych cenach. Gdyby cena książki elektronicznej (pliku) nie przekraczała 40% ceny detalicznej książki papierowej, to może coś by z tego wyszło, ale jeśli książka kosztuje 39,90, a e-book 34,90, to kicham na to, wolę papier.

--
* Znakomitym przykładem takiej akcji był Real i Media Rodzina. Real kupił od wydawnictwa Media Rodzina któregoś Harry Pottera. Kupił bardzo dużo, a więc i bardzo tanio. Następnie w swoich marketach wystawił przy wejściu kosze z tym tytułem w cenie… zakupu. Real nic na tym (pozornie) nie zarabiał, ale dzięki tej akcji:
a) ściągnął do swoich sklepów tysiące ludzi, którzy, jak już weszli, to i coś więcej kupili,
b) położył setki małych księgarń, które na taki ruch nie mogły sobie pozwolić i z książkami na składzie zostały.