Mit lewackich korporacji — wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze

Strona główna Aktualności

O autorze

"Giganci technologiczni domagali się zmian, ale ich dotacje były kroplą w morzu" – pisze dziennikarz Jay Peters z The Verge, komentując zachowanie największych firm technologicznych w USA po ostatnich zamieszkach na tle rasowym. Ktoś powie, że to bezczelne. Domagać się więcej od filantropa. A jednak Peters zwraca tym samym uwagę na pewien ważny szczegół, jakby dotąd umykający nam w codziennym spojrzeniu na zachodnie korporacje.

Mit lewackich gigantów jest przepotężny, a im dalej na wschód, tym przybiera na sile. Apple wypuści tęczowy pasek do zegarka, Intel zmieni na moment kolory logotypu, Google wyrzuci termin czarna lista z dokumentacji. I już żaden konserwatysta nie ma wątpliwości, że pozostaje tylko budować zasieki, bo za moment wyskoczy mu z ekranu komputera student z Afryki i zabierze pracę, a homoseksualiści porwą dziecko. Wszystko przy akompaniamencie dżingla z Windowsa, w rytm którego Zuckerberg i reszta śmietanki zanucą "Gimme! Gimme! Gimme!".

Kasa u podstaw

Ale to bzdura. Żadna korporacja już u podstaw nie ma charakteru lewicowego. Wprost przeciwnie – stanowi kwintesencję morderczego kapitalizmu. Na jednym końcu łańcucha inkasujący miliony prezes, na drugim – gastarbeiterzy na śmieciowych umowach do obsługi technicznej biura. Albo personel fabryki w rejonie, gdzie prawo pracy oznacza tyle, że istotnie możesz iść pracować. By nie paść z głodu w najbliższym rynsztoku. Są systemy ewaluacji pracownika przez działy HR i kominy płacowe założone na jednostki ekonomiczne opłacalne. A jak się szeregowemu pracownikowi nie podoba, to bierz pan papiery i nie zawracaj gitary.

Tego obrazu nie zmienia, że raz na pół roku pion zarządzający zorganizuje integracyjne grzybobranie albo inny happening tego pokroju, na którym prezes poprosi o zwracanie się do siebie po imieniu i rozda okolicznościowe czapeczki. Dwa piwa za dużo, wymsknie ci się docinka pod jego adresem, którą przypadkiem usłyszy kolega z sąsiedniego boksa i pozamiatane. Donos ląduje u adresata, a jego autor, spocony jak prosię, zaciska dłonie w oczekiwaniu na gratyfikację.

Tak wygląda korpo i kropka. Niemniej, co zrozumiałe, nie są to rzeczy, którymi ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciałby się chwalić. Dlatego nowego iPhone'a podaje ci dżentelmen w eleganckiej koszuli, a nie umorusany robotnik. Ale dlatego też korporacjom bardzo zależy na budowaniu zasłony dymnej, mającej utwierdzić konsumenta w przekonaniu, że wcale nie finansuje bestii, a grupę bardzo otwartych na świat, tolerancyjnych, cnotliwych czy — wreszcie — po prostu dobrych ludzi. Na skazę wizerunkową nie ma tutaj miejsca.

Robiąc dobrą minę

Przykładów nie trzeba daleko szukać. W 2019 r. wybucha afera po tym, jak organizacja China Labor Watch publikuje audyt fabryki Foxconn, gdzie swój sprzęt wytwarzają m.in. Apple, Amazon oraz Google. Z raportu wynika, że podwykonawca zmusza personel do pracy w nieludzkich warunkach, m.in. poprzez bezpłatne nadgodziny. Choć sam Foxconn półgębkiem przyznaje się do możliwych nadużyć, jego zleceniodawcy chórem te doniesienia dementują. Microsoft nie ma najmniejszego problemu, aby urządzić w czasach pandemii zwolnienia grupowe i wyrzucić ok. 1 tys. osób na bruk, a sytuacja personelu w magazynach Amazona, nawet europejskich, to nieśmieszny żart. I można tak wymieniać i wymieniać, a jednak nie przeszkadza to wyżej wymienionym grzmieć na temat tolerancji, równości i szeroko pojętych wartości społecznych.

Eksperci ds. Public Relations takie działania określają mianem ocieplania wizerunku. Na zapleczu robisz swoje, a potem wychodzisz do ludzi i opowiadasz, jak bardzo twoją aksamitną duszyczkę uwiera słowo master przy repozytorium. Przecież jednoznacznie kojarzy się z mrocznymi czasami niewolnictwa, a ty w poprzednim wcieleniu byłeś samym Lutherem Kingiem. Kompletny kapiszon, przyznajcie. Jednak, co doskonale widać, działa. Jeszcze dodajmy do tego ogłoszenie parytetu płci w jakimś dziale i zakładowe kółko dla środowiska LGBT i załatwione.

Grosza daj Wiedźminowi komukolwiek

Jak słusznie zauważa Jay Peters z The Verge, dokładnie takim samym kapiszonem są pieniądze wpłacane przez największe amerykańskie firmy na cele związane ze zwalczaniem rasizmu, o których tak chętnie mówią podczas swych konferencji i innych publicznych wystąpień. To w skali gigantów istne groszówki, które nijak nie przystają do patosu towarzyszącej im narracji. Dla unaocznienia tematu Peters przeliczył, ile czasu muszą pracować poszczególne firmy na przekazaną kwotę. Ponadto, opierając się na procentowym udziale darowizn w przychodach, przeliczył, jakie byłyby to kwoty dla statystycznego Amerykanina, który w 2018 r. zarobił średnio 63 179 dol.

Liczby są znamienne. Jak się okazuje, spośród wielkiej czwórki (Google, Amazon, Facebook, Apple) tylko Facebook musiał pracować na swoje dotacje dłużej niż dwie doby, bo 54 godz. i 30 min, a jest to de facto trzeci najlepszy wynik w całym zestawieniu, uwzględniającym 12 tech-firm. Pozytywnie wyróżnia się japońskie Sony, które podarowało ekwiwalent bliski zarobków tygodniowych. Za to są też takie gagatki jak Dell oraz Intel, którzy na swoje wsparcie pracowali, odpowiednio, 6 oraz 35 min. Nawet dobitniej wyniki wyglądają po wspomnianym przeliczeniu proporcjonalnym na średnie wynagrodzenie. I tak wychodzi, że najbardziej hojny w odniesieniu do przychodów Facebook jako statystyczny Amerykanin dałby nieco ponad 102 dol., a Dell – 4 centy.

Zgaduję w ciemno, że jeśli artykuły prasowe informujące o danym producencie, które ukazały się przy okazji charytatywności, miałyby być treściami sponsorowanymi, to w wielu przypadkach ich wartość kilkukrotnie przewyższyłaby to, co podarowano. I nie chodzi mi o krytykę funduszy charytatywnych jako takich, bo parafrazując nieco popularne motto, każdy cent się liczy. Chodzi zaś o wyniosłą narrację i to, jak korporacje intensywnie walczą o pro-społeczny wizerunek, podczas gdy ich działania na gruntach naprawdę istotnych świadczą o czymś zupełnie innym.

Dziejowe odkrycie? Bynajmniej – choć niestety odnoszę wrażenie, że wciąż dla sporego grona internautów są to kwestie z cyklu sekretów klasztoru Shaolin. Proste, a czasem wręcz prostackie zagrywki speców od PR-u wystarczają, abyśmy zatracili zdrowe spojrzenie na rzeczywistość. I tak oto debatę nad sprawami pierwszej potrzeby zagłuszają strzały z korkowca.

© dobreprogramy
s