Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

O tym jak piraci mają wygodniej niż legalni użytkownicy

Są na tym świecie rozwiązania, dzięki którym aż chce się wydawać pieniądze na cyfrowe dobra. Łatwość zakupu, przyzwoite ceny i brak jakichkolwiek trudności w zrealizowaniu swojej zachcianki. Podpinasz raz kartę kredytową, a potem kupujesz jednym naciśnięciem – czy może być coś prostszego? Gdy mogę kupić za kilka złotych aplikację, której moje konto bankowe nawet nie poczuje, to dlaczego mam jej szukać z pirackich, często niepewnych źródeł? Gdyby tylko wszędzie było tak pięknie…

Legalny frajer… tfu, użytkownik

Problem, który poruszę nie jest nowy, co nie znaczy że się zdeaktualizował. Właściwie po swoich ostatnich przeżyciach mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie. O ile powyższy przykład z mobilnymi platformami cyfrowej dystrybucji pokazuje, że w pewnych sytuacjach łatwiej jest wydać pieniądze niż „spiracić”, to w pewnych sytuacjach jest zupełnie odwrotnie. Uprzykrzające życie mechanizmy antypirackie, DRM i tuzin innych zmyślnych technologii powstałych chyba głównie po to, żeby uprzykrzyć życie użytkownikom chcącym być legalnymi. Bo piraci machną na nie ręką i obejdą je w 20 minut często zapewniając sobie lepsze warunki niż legalni użytkownicy. Ja jednak chciałem się skupić na jednym z tych „ułatwień”.

Zagadka dla publiczności: kupujesz laptopa z systemem operacyjnym Windows. Wchodzisz w panel sterowania oraz listę zainstalowanych programów. Co widzisz? Wziąłem świeżo uruchomionego laptopa z preinstalowanym Windows 7. Oczom mym na owej liście ukazało się 25 pozycji. A przecież ja nawet nic nie zainstalowałem. No cóż, skoro dostawcą oprogramowania jest głównie Intel oraz producent laptopa, to na pewno jest to niezbędne do prawidłowego funkcjonowania sprzętu oprogramowanie, prawda? Następnie wziąłem bardzo podobny model laptopa – podobny hardware, ten sam system, ta sama marka a więc także i podobne oprogramowanie. Zainstalowałem czysty system w wersji OEM. Co się okazuje? Windows 7 sterowniki do WiFi odnalazł sam. Po połączeniu i odwiedzeniu Windows Update system sam odnalazł sterowniki do karty graficznej, czytnika kart pamięci oraz karty sieciowej LAN, których brakowało. Po instalacji wyżej wymienionych system działał. Działały wszystkie porty, dzialały klawisze funkcyjne. Lista zainstalowanych programów? Niemal pusta.
Pół biedy, gdy zawartość listy stanowią sterowniki. Biada tym, którzy mają tam dodatkowe 10 programów w wersji trial, z czego program antywirusowy z licencją na 30 dni, a 70% tych programów dodatkowo działa w tle. Bo przecież mamy zasoby, to czemu by z nich nie skorzystać? A kogo to obchodzi, że pulpit ładuje się 80 sekund.

r   e   k   l   a   m   a

Co więc zrobić jeżeli chcemy mieć czysty, niezaśmiecony przez nikogo system?

Krótko mówiąc, opcji mamy kilka.

Instalujemy oprogramowanie, które pozwoli nam odinstalować hurtowo niepotrzebne programy. Po prostu uwielbiam świeżo po zakupie sprzętu wczytywać się w listę programów, zastanawiać się czy ten program jest do czegoś potrzebny, a potem czekać, aż to wszystko się odinstaluje. A jeżeli wszystko pójdzie bez komplikacji, mamy spokój i po godzinie bezsensownej szarpaniny, mamy wyczyszczony system.

Możemy (w przypadku Windows 7, nie wiem jak w przypadku Windows 8 i radosnej twórczości w stylu Secure Boot) zwyczajnie zainstalować system OEM z normalnej płyty – pożyczonej, lub, nie miejmy złudzeń – ściągniętej z internetu. Narażamy się wtedy jednak na problemy z aktywacją wraz z potencjalnym wydzwanianiem do Microsoftu – nikomu tego przeżycia nie polecam.

Możemy też kupić laptopa bez systemu, spiracić system, który zainstaluje, zaktywuje oraz zaktualizuje się sam.

A teraz można się zastanowić, który sposób jest najmniej upierdliwy, oraz co poszło nie tak, skoro najłatwiejszy jest sposób trzeci.

Model idealny

Biorąc pod uwagę aplikacje firm trzecich, głównie w wersje trial, nasuwa mi się pytanie: po co ktoś chce uszczęśliwiać mnie na siłę aplikacją, którą za miesiąc, albo od razu po zakupie sprzętu będę musiał wywalić, zostawiając na komputerze po niej śmieci? Nie chcę ich.

Biorąc natomiast pod uwagę aplikacje związane ze sprzętem, sterownikami, faktem jest, że pewne programy są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania laptopa. Na przykład Windows 7 w moim Asusie nie obsługuje klawiszy funkcyjnych sam z siebie, musi być doinstalowane do nich oprogramowanie. Natomiast w moim netbooku od HP obsługiwane są jakby natywnie, bez pomocy żadnego oprogramowania. Ba, obsługiwane są nawet przyciski multimedialne z odtwarzaczem AIMP. Jednak takie przypadki jak mój Asus są jednostkowe i w większości robionych przeze mnie komputerów, czysty system daje sobie z obsługą wszystkiego radę. Zadajmy sobie pytanie, czy naprawdę w trayu potrzebujemy tyle paneli kontrolnych ile nam się serwuje: od dźwięku (a przecież i tak będziemy tylko regulować głośność), od touchpada, od kamery, od zarządzania energią (który nie oferuje nic więcej ponadto, co jest w systemie) i kilka innych? Każdy z tych programów zajmuje miejsce na dysku, miejsce w pamięci RAM, wydłuża czas uruchamiania systemu i skraca pracę urządzenia na baterii. Ponadto wiele z nich ma swoje systemy aktualizacji, które bez wiedzy użytkownika pobierają dane, bądź żebrzą o kupienie nowszej wersji programu. W ultrabooku Della przyuważyłem programy w trayu, które nawet nie wiem do czego służą, a nie uważam siebie za początkującego użytkownika pytającego "a co to za śmieszne ikonki".

Wnoski

Nie zachęcam w żadnym wypadku do piractwa, mimo, że czasem jest to po prostu wygodniejsze, co samo w sobie jest sytuacją dziwną i dającą do myślenia czy aby obecny system dystrybucji jest dobry. Zachęcam jednak do zastanowienia się ile programów, które faktycznie są w systemie po zakupie sprzętu są naprawdę niezbędne i czy do obsługi przewijania w touchpadzie naprawdę jest potrzebna zewnętrzna aplikacja. Obecna sytuacja, gdzie wpychane do nowych komputerów jest niemal wszystko, bez możliwości zainstalowania czystego systemu jest patologiczna i bynajmniej nie zachęca mnie do postępowania jak grzeczny użytkownik używający recovery od producenta. Kupując ze sprzętem licencję na system chciałbym mieć ten system taki, jak użytkownik kupujący go w sklepie. A może są jacyś producenci, którzy nie próbują swoich klientów uszczęśliwiać na siłę, a na komputerze jest zainstalowane tylko to, co do jego działania niezbędne?

PS. Tekst w całości napisany na netbooku HP Mini 210. A jak w epoce hybryd z Windows 8 zostalem posiadaczem netbooka, wkrótce wyjaśnię.
 

windows oprogramowanie porady

Komentarze