Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Ubuntu 16.04 LTS — obawy kontra rzeczywistość

Podjąłem próbę przypomnienia sobie, kiedy dokładnie miała miejsce moja pierwsza styczność z Linuxem. Nie udało mi się. Wiem jednak, że było to wtedy, gdy parametry CPU podawano raczej w megahercach niż w gigahercach, a najnowszym systemem operacyjnym był Windows XP. Wtedy też po raz pierwszy na moim komputerze wylądowało Ubuntu. Samo w sobie nie było to takie proste - dopiero jak się nad tym zastanowić, to w dzisiejszych czasach w ciągu dwóch godzin mogłem pobrać i uruchomić i pobieżnie przetestować na swoim komputerze po kolei kilka dystrybucji Linuxa uruchamianych z pamięci USB. W czasach mojej pierwszej styczności z Linuxem można było sobie natomiast zamówić darmową, o ile pamiętam, płytę z Ubuntu. Dziś jest na szczęście z tym łatwiej.

Wracając jednak do czasów dawnych, moja przygoda zakończyła się wówczas stosunkowo szybko - pierwszą dystrybucją, którą miałem było właśnie Ubuntu z jakimś wczesnym numerkiem. Wówczas jednak było ono zbyt ociężałe w stosunku do mojej konfiguracji sprzętowej, więc po krótkim czasie wyleciało. Dystrybucje "lekkie" natomiast wydawały mi się zbyt trudne w konfiguracji i obsłudze żeby w ogóle odważyć się je instalować. Odpuściłem więc, a mój kontakt z GNU/Linux był przez lata incydentalny i powierzchowny.

Skąd więc nagły powrót? Całe lata na Windowsach. Windows XP, wcale nie tak źle wspominana przeze mnie Vista, potem Windows 7, Windows 8.1, a potem znowu Windows 7. A potem Windows 10, by znów powrócić do Windows 7. Tak, trzy razy "odkrywałem" Windows 7. Coraz mniej jednak podoba mi się polityka Microsoftu wobec swojego systemu operacyjnego polegająca na zbieraniu coraz większej ilości informacji o użytkownikach i pozbawianiu ich jednocześnie kontroli nad systemem. Z racji tego mam w planach przejść na Ubuntu, najpierw w wariancie dual-boot z Windowsem, a w późniejszym czasie już bez Windowsa. No ale ja tu nie o Windowsie...

r   e   k   l   a   m   a

Dlaczego Ubuntu - wybór dystrybucji

Decydując się na dobranie jakiejś dystrybucji "pod siebie" na początku pomyślałem o maszynie wirtualnej, potem jednak zdecydowałem się, że lepszym wyjściem będzie utworzenie pamięci USB z systemem. Głównie dlatego, że dzięki działaniu już na wyjściowej konfiguracji sprzętowej będę mógł od razu zlokalizować pewne problemy ze sterownikami i sprzętem, jeżeli się pojawią, a nawet od razu znaleźć ich rozwiązanie i nie być zaskoczonym po instalacji systemu na dysku.

Czytając dobreprogramy i dyskusje tutaj się odbywające mam wrażenie, że panuje tutaj "lekki kult Minta". Abstrahując jednak od tego, czy to ma jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości, nie śledząc przez ostatnie lata kwestii popularności dystrybucji faktycznie zdziwiłem się obecną popularnością Minta. Wiem, że chociażby statystyki DistroWatch ze względu na swoją metodologię mierzenia nie muszą być w żaden sposób reprezentatywne, ale nie będzie chyba przesadą jeśli powiem, że w dziedzinie prostych i idioto-odpornych dystrybucji królują właśnie Ubuntu (i ewentualnie jego odmiany) oraz Mint. Ostatnio też zaskakująco często przewija się elementaryOS.

Mint, zwłaszcza ten ze środowiskiem Cinnamon jest często podawany jako dystrybucja "na początek" z racji podobieństwa GUI do Windows. Że niby użytkownik z nawykami z Windows się w nim odnajdzie. Faktycznie, po pierwszym wczytaniu pulpitu czujesz się jak w Windows. To samo zagospodarowanie ekranu, te same intuicyjne polecenia, jak "pokaż pulpit", w Mincie w oczywistym miejscu, w Ubuntu ukryte w ustawieniach. Wieloletni użytkownicy Windowsa z miłą chęcią chcą sobie również upchać kilka dodatkowych ikon na pulpit, co w Mincie nie stanowi problemu, a w Ubuntu już się trzeba nad tym chwilę zastanowić, w Ubuntu z resztą nie ma żadnych ikon na pulpicie po instalacji. "Pasek zadań" tam, gdzie jedyny słuszny interfejs przykazał. Na dole.

Ubuntu idzie natomiast swoją drogą - zdania o Unity z tego co widzę są mocno podzielone. Interfejs jest inny, "rzeczy" jest mniej (mam na myśli zarówno ilość zainstalowanego oprogramowania, ustawień, jak i różnych elementów interfejsu). Można pisać długo, ale najlepiej chyba środowisko graficzne "przymierzyć" - szczególnie że jest ich więcej niż ktokolwiek jest w stanie sensownie opisać - pokażcie mi kompletny, porównawczy i rzetelny przegląd wszystkich najpopularniejszych środowisk graficznych.

Ja jednak przetestowałem zarówno Minta z Cynnamonem jak i Ubuntu z Unity i muszę przyznać, że na moim laptopie skończył zainstalowany Ubuntu. Obydwie dystrybucje, zapewne z racji podobnych korzeni działały na moim sprzęcie z bardzo podobną szybkością i stabilnością, tak samo wykrywając sprzęt. Względy techniczne więc przy wyborze odpadły, zostawiając względy subiektywne - czcionki, rozmieszczenie elementów interfejsu, koncepcja menu na górze ekranu, ogólna przyjemność korzystania z systemu, a więc trudne do opisania, subiektywne odczucia. W końcu po coś mamy tę różnorodność.

Paradoksalnie jednak podobieństwo do Windowsa nie postawiło u mnie Minta na wyższej pozycji niż Ubuntu, nie uważam bowiem tego za zaletę. To trochę jak wtedy, gdy rozwalono Operę podczas mody na "chromowanie" przeglądarek - pisałem wtedy, że zamiast używać podróbki Chrome, to używałbym po prostu Chrome, bo tak jest łatwiej. Tu chyba działa u mnie podobny mechanizm. Nie wymagam od innego systemu operacyjnego upodabniania się do innego systemu operacyjnego. Na MacBooka też nie krzyczałem, że nie ma klawisza delete.

Platforma sprzętowa

Moim jedynym komputerem jest aktualnie 17-calowy klocek produkcji Lenovo, model G710.

Konfiguracja raczej sprzyja Linuxowi niż szkodzi, bowiem zarówno procesor jak i układ graficzny jest tam intelowski - laptop posiada Core i3-4100M (TDP "jeszcze" 35W) wraz ze zintegrowanym układem graficznym. Interfejs ethernet obsługuje Atheros, czytnik kart pamięci Alcor, a kamerę - nie mam pojęcia. W każdym razie działa.

Lista obaw

Biorąc pod uwagę swoje bardzo śladowe linuxowe doświadczenie (a raczej jego brak), ale też doświadczenia znajomych i ogólne opinie (główna narracja internetu głosi, iż na Windowsie od razu wyskoczy ci BSoD, a na linuxie kernel panic) miałem już w głowie gotową listę obaw dotyczących tego, co może nie działać i z czym może być problem. Większość z nich została zweryfikowana już w trakcie testowania systemu z pamięci USB, a niektóre dopiero po instalacji systemu.

Po pierwsze, no właśnie, instalacja. Powszechna wiedza głosi, iż Ubuntu (i nie tylko) potrafi się bez problemu same rozgościć w układzie partycji, skonfigurować i zainstalować, nie przeszkadzając przy tym Windowsowi, który po instalacji drugiego systemu nie utraci możliwości uruchomienia. W praktyce, faktycznie istnieje całkowicie idioto-odporny tryb instalacji systemu, w którym zaznaczamy tylko suwakiem ile miejsca chcemy przeznaczyć na drugi system. Z drugiej strony ten "trudniejszy" tryb wcale nie jest specjalnie trudny. System w każdym razie zainstalował się bez problemu, wydzielił sobie partycję systemową i SWAP "na końcu" dysku i nic niczemu nie przeszkadzało. Jedyny zgrzyt polegał na tym, że GRUB nie wyświetlał na liście Windows 7. Pomogło polecenie update-grub w terminalu. Może to ma związek z tymi zawiłościami konfiguracji BIOS-UEFI - nie wiem. Rozwiązanie jednak było banalne.

Po drugie, sprzęt. Jak głoszą niektórzy "na Linuxie zawsze coś nie działa". Jak jednak jest w praktyce? Instalując na tym laptopie Windows 7 zawsze poświęcałem dodatkowe kilkadziesiąt minut na instalację różnych sterowników do chipsetu, zarządzania energią i innych tego typu drobiazgów, w dodatku w odpowiedniej kolejności. Jeżeli tego nie robiłem, to system miał problemy chociażby z usypianiem czy wybudzaniem się. Sterowniki do bluetooth instalowały się zawsze 20 minut i zajmowały kilkaset megabajtów. Mój drukarko-skaner Canon MP230 też potrzebował zawsze kilkaset megabajtów pamięci, żeby zainstalować program, który powie, że muszę kupić nowy tusz.

Na Ubuntu, jak się okazało, działa wszystko oprócz bluetooth. Dźwięk, grafika, kamera, czytnik kart pamięci, klawisze funkcyjne, interfejs USB 3.0, wszystko działa bezpośrednio po instalacji. Wspomniany wcześniej drukarko-skaner Canon MP230 działa od razu po podłączeniu bez problemu zarówno skanując jak i drukując. Problem wystąpił jedynie z układem Broadcoma BCM43142 - jest to WiFi i bluetooth w jednym, swoją drogą fatalnym układzie. Ani WiFi, ani Bluetooth nawet na Windowsie nie działają w sposób zadowalający, o interferencjach jakie między sobą wywołują nie wspomnę. Problem z tym chipem jest w sumie na forum znany i o ile na wersji 16.04 teoretycznie powinno to już dobrze działać, to w praktyce WiFi działa normalnie, a moduł Bluetooth magicznie pojawia się i znika po kolejnych uruchomieniach systemu. Trzeba mu jednak oddać, że gdy się już pojawi, to zazwyczaj działa bez problemu. Jako, że nie używam Bluetooth odkąd skończyła się era Sony Ericssona K750i to rozwiązanie tego problemu nie jest dla mnie jakieś szczególnie istotne.

Po trzecie, energooszczędność. Była to pewna obawa, czy system nie będzie większym obciążeniem dla akumulatora niż Windows. Często korzystam z laptopa bez kabla zasilającego i na Windowsie wyciągał on od trzech do czterech godzin pracując na akumulatorze. Czas działania na Ubuntu jest w zasadzie identyczny, nie zaobserwowałem żadnego wyraźnego zmniejszenia się czasu pracy na akumulatorze. Jedyne, co zaobserwowałem nietypowego, to dziwne zachowywanie się komputera przy bardzo niskim poziomie akumulatora - przy około 2% komputer się zacina i w sposób niekontrolowany wyłącza, mimo że mam zaznaczone żeby kulturalnie zamykał system (opcja hibernacji jest z nieznanych mi względów nieaktywna). Zazwyczaj i tak kończę pracę kilka procent wcześniej, gdyby licznik się "pomylił".

Po czwarte, obawą był dostęp do moich plików NTFS zarówno poprzez zapis jak i odczyt. Wiem, że kiedyś były z tym problemy. Teraz, cóż, nie ma.

Wnioski

Podsumowując, moje obawy dotyczące działania oprogramowania i sprzętu w dużej mierze nie miały pokrycia w rzeczywistości. Zarówno Mint jak i Ubuntu zapewniał działanie wszystkiego (oprócz odrzutu produkcyjnego Broadcoma) od razu po instalacji systemu. Nie występują problemy z energooszczędnością, wydajnością i stabilnością systemu.

W całym tym wywodzie nieprzypadkowo ominąłem aspekt samego oprogramowania jakiego używam. Zrobiłem to z racji tego, że wiem jakich odpowiedników oprogramowania z Windows się spodziewać na Linuksie, więc de facto nie stanowiło to przedmiotu moich obaw, a samo oprogramowanie które poinstalowałem działa prawie bez problemów (prawie, bo Dropbox uwielbia prosić mnie o zrestartowanie Nautilusa, cokolwiek to jest). W ciągu 15 minut od instalacji systemu zaktualizowany do najnowszej wersji był zarówno sam system operacyjny jak i wszystkie aplikacje, które się z tym systemem zainstalowały. Na wszystkie świętości, przecież w Windowsie 20 minut nie starczy nawet na samo sporządzanie listy aktualizacji do zainstalowania.

Jeżeli miałbym więc zakończyć jakimś wnioskiem na koniec, to miło wiedzieć, że nie muszę kupować Maka.
 

linux sprzęt porady

Komentarze