Moja kuchnia fotograficzna

[Poszukiwaczom ścieżek dedykuję]

Uwagi redakcyjne: 

Ilustracją dla niniejszego bloga są moje zdjęcia z pustyni Wadi Rum, Jordania, rok 2010. Uwadze polecam kolory piasków pustyni: od żółtego, poprzez różowy, do koloru ciemnej cegły. Zdjęcia –Panasonic Lumix FZ30.

Prolog

Mając świadomość, że mojego bloga o fotografowaniu prowadzę w przestrzeni, której główną linią są technologie ze świata IT, staram się na moich blogach, z jednej strony, opowiadać o moich fotograficznych doświadczeniach, dodając nieco ilustracji z moich zasobów, a z drugiej strony próbuję czasem włączyć do tekstu jakieś odniesienia do związków współczesnej fotografii z informatyką, w aspekcie tego, jak sam sobie z tym radzę. Dziś na blogu przeważył zdecydowanie wątek informatyczny. Mam też nadzieję, że odwiedzający mój blog nie będą mieć mi za złe, iż proporcje pomiędzy wątkami fotograficznym i informatycznym w moich opowieściach będą ulegały pewnej zmienności.

Tym razem, w konwencji nieco żartobliwej, chcę przedstawić sposób, w jaki postępuję, począwszy od naciśnięcia spustu migawki, aż do delektowania się zdjęciami na ekranie komputera. Sposoby to proste i niewyszukane, ale na moje amatorskie oko wystarczające. Jeśli odwiedzą mój blog początkujący fotoamatorzy, to mogą podpatrzyć i twórczo rozwinąć moją ścieżkę, albo całkiem skręcić w inną stronę, jeśli tak zdecydują. Natomiast zawodowcy i tak wiedzą zawsze lepiej.

I nieustająco będę powtarzać, że fotografuję dla przyjemności, na luzie, nie krępuje mnie perfekcjonizm i nie paraliżuje myśl, że na moich zdjęciach wylądował gdzieś jakiś „krzywy piksel”. To samo dotyczy procesu obróbek zdjęć. Robię to tak, jak się sam nauczyłem, żadnych kursów nie kończyłem, a ekonomia zadania ma dla mnie znaczenie zasadnicze.

Mini słowniczek kucharza

(pół żartem, pół serio i niealfabetycznie)

Aprowizacja – sesja, na której karmię kartę pamięci

Gotowanie – selekcja i korekty fotografii wydobytych z karty pamięci celem skonsumowania

Garnki – moje aplikacje, w których gotuję moje zdjęcia, lub inne, które pomagają w kuchni

Przyprawy – korekta zapewniająca fotografii smak

Zakwaterowanie – miejsce na dysku i organizacja zasobów zdjęciowych

Zastawa stołowa – narzędzia do konsumpcji fotografii

Bankiet – sposób na miłe spędzenie czasu przy konsumpcji

Krzywy piksel – błąd, który wkradł się podczas aprowizacji, chętnie komentowany przez niektórych kucharzy zawodowych.

Zakwaterowanie

Rzadko kiedy, w kwestiach software’owych coś mnie denerwuje bardziej niż to, gdy jakiś program komputerowy do zdjęć usiłuje mi narzucać swój sposób na zarządzanie moimi zasobami. Takie omijam. Podobnie jak te, które są zbyt mało elastyczne w stosunku do moich potrzeb. Bo to ja jestem gospodarzem na tym terenie. Lubię zatem programy posłuszne moim życzeniom. Te moje ponad sto tysięcy zdjęć, które po latach zgromadziłem w osobistym archiwum, to jak książki w bibliotece. Każde ze zdjęć musi mieć swoją niepowtarzalną sygnaturkę, mieć swój adres zamieszkania, każdemu muszę zapewnić należyte potraktowanie, aby miało dobrą prezencję i bez wstydu mogło pokazać się na bankiecie.

Mój album ze zdjęciami to miejsce na dysku, któremu nadałem imię Album. Album podzieliłem na rozdziały główne, które przyporządkowałem gałęziom mojej rodziny, co przypomina nieco drzewo genealogiczne, choć nie całkiem. Każdy rozdział ma swój kod początkowy i krótką nazwę opisową. Ten kod rozdziału głównego będzie potem początkiem kodu każdego rozdziału niższego poziomu, dodatkowo z krótkim opisem. Ale, gdy swego czasu struktura podrozdziałów zaczęła się rozbudowywać, musiałem wprowadzić zróżnicowanie uzupełniające. Tym sposobem do systemu oznaczania podrozdziałów wprowadziłem tryb „kolejkowy”, czyli kolejność rozdziałów wyrażoną liczbą z opisem, albo rocznikiem. Natomiast każde ze zdjęć, tworząc zbiór najniższego poziomu, posiada własne oznaczenie, które uwzględnia główne lub podrzędne oznaczenie kodowe i zawiera kolejny numer. System ten zapewnia mi pełną kontrolę nad zdjęciami, nazwa pliku nie jest zbyt skomplikowana, ale, co najważniejsze, nie pozwala na nadpisanie się plików w przypadku, gdyby pliki o tych samych numerach gdzieś się przypadkiem zetknęły. Ogólnie biorąc system oznaczeń, co jakiś czas poddaję modyfikacji, gdy pojawiają się nowe potrzeby. Nieco inaczej system wyglądał, gdy miałem 5 tysięcy zdjęć, a inaczej dziś, gdy przekroczył 100 tysięcy. Ale trzon jest stale ten sam. Zdarza się czasem i wcale nie rzadko, że do zbioru zdjęć muszę dodać jakieś fotografie, które wykonywane były kiedyś dawniej i którym dziś nie można by było przypisać kolejnego, bieżącego numeru. Bywa tak, gdy nagle wygrzebię gdzieś stare zapomniane zdjęcia rodzinne, lub gdy ktoś mi takie „spóźnione” dostarczy. Co wtedy? Wymyśliłem, że plik trafia do właściwego zbioru zawierającego fotografie z przeszłości, tj. wg ustalonej chronologii, ale tak, że w sekwencji plików otrzymuje ten sam kod i numer, co zdjęcie poprzedzające, ale z dodatkiem literki „s” i dodatkowego numeru kolejnego. Ta literka „s” to skrót od słowa: suplement.

Tyle, co do organizacji moich zbiorów zdjęciowych. Mnie ta wystarcza. Dla odszukania w zbiorze potrzebnych mi zdjęć nie potrzebuję skomplikowanych algorytmów wyszukiwania, ani uprzedniego indeksowania plików. Wystarczą pytania: kto/co i kiedy?

Aprowizacja i gotowanie

Na początku był aparat, potem wyjście na sesję, a potem powrót do domu. Gdy już wyjmę kartę pamięci z aparatu i wcisnę ją w gardło gniazda kart SD, w komputerze zaczyna się misterium: Ctrl+A > Ctrl+C > Ctrl+V. W rzeczywistości od dawna robię to nieco inaczej. Będzie więc teraz mowa o jednym z moich garnków do gotowania. Jest nim Free Commander, program do zarządzania plikami, polska produkcja. Darmowy. Ale jako donor otrzymuję kilka razy do roku nowe wersje finalne z kanału dla donorów, zanim ukażą się oficjalnie. Pan Marek Jasiński, twórca programu wykonał (wykonuje) świetną robotę. Do zarządzania plikami jakoś nigdy nie polubiłem Eksploratora Windows, bo jako „pianista” zawsze wolałem do tego klawiaturę, niż gryzonia, i zostało mi to chyba jeszcze z czasów MS DOS-a. Klasyk garnków, Norton Commander, najpierw DOS-owy, a potem na windę, „przypalił się” (wstrzymano jego rozwój po Win98). W końcu poszedł u mnie w odstawkę. Jego miejsce zajął FC.

Następnym krokiem kulinarnym jest czyszczenie, czyli selekcja. Do tego od kilku lat służy mi Fast Stone Image Viewer, przeglądarka do grafik, którą bardzo polubiłem przez podobieństwo do klasyka, ACDSee, który przed wielu laty w wersji 5.0 gościł w mojej kuchni. Na tym etapie gotowania FSIView jest jedynie podglądem dla plików. Obsługuje podgląd wszystkich popularnych formatów graficznych oraz zapisu RAW.

Jeżeli w pozostałych po selekcji zdjęciach trzeba poprawić jakoś smak (a najczęściej trzeba), to jako aplikator przypraw służy wbudowany edytor korekcyjny samego FSIView. Do drobnych i średnich robótek wystarczy. Ale gdy fotki potrzebują mocniejszych działań, to mam dla nich potężniejsze narzędzie: RawThrapee. No i gdy wyciągam z karty pamięci pliki RAW, to w tym przypadku FSIView jest jedynie oknem do selekcji, a wywołanie RAW-ów powierzam RT. W pojedynczych przypadkach niektóre pliki, już jako jpg, powracają do edytora w FSIView, bo ma on bardzo ciekawie opracowane niektóre algorytmy korekt, inaczej nieco niż RT.

W zestawie garnków mam jeszcze Gimp-a, ale nie wiele na nim mogę ugotować. Służy mi zresztą ostatnio do jednej tylko czynności. Ma ciekawie zaprojektowane narzędzie do przekształcania geometrii. W fotografii często się zdarza, że perspektywa psuje efekt. Albo budynek się „przewraca”, bo fotografowano z bliska, albo czyjaś głowa jest jak ceber, bo fotograf się nie schylił. Takie proste korekty geometrii i oczywiście dokonywane w miarę potrzeby, bo nie wszystkie zbieżności wyglądają źle, realizuję narzędziami RawTherapee. Ale Gimp ma narzędzie do prostowania perspektywy, które umożliwia coś, czego RT nie umie. Chodzi o możliwość niesymetrycznego wyciągnięcia obrazu w dowolnym kierunku. Miałem kilka razy taki dziwny przypadek ze zdjęciami otrzymanymi od kogoś z rodziny. I o ile symetryczna korekta zbieżności na jednej stronie obrazu zniekształcenie korygowała, to na drugiej je pogłębiała. Dopiero pomógł Gimp. I chwała mu za to.

Bankiet i zastawa stołowa

Tym razem Fast Stone Image Viewer jest głównym rozgrywającym. Umożliwia przeglądanie zbiorów w trybie pełno ekranowym, z automatycznym slide show. Można tego dokonywać, albo na konkretnym folderze wskazanym na dysku, albo tworząc przy pomocy kreatora pokazu prezentację zamkniętą w jednym pliku exe. Dodanie efektów przejść pomiędzy zdjęciami oraz podkładu dźwiękowego, to elementy uprzyjemniające bankiet.

Obie formy prezentacji są równorzędne, co do efektu na ekranie, ale różnią się tym, że o ile pierwsza opcja wymaga zainstalowania w komputerze aplikacji FSIView, to druga już nie, co umożliwia dokonanie prezentacji u kogoś, kto aplikacji nie posiada.

Nieco retrospekcji

Przeglądarki do zdjęć. Miałem ich przed laty kilka. Bardzo krótko gościły u mnie takie jak Irfan, Xnview, Picasa i coś tam jeszcze miałem, ale zapomniałem. Wreszcie na dłużej zamieszkała w komputerze przeglądarka znana wielu pod imieniem ACDSee. Jej 5-ta, pełna wersja była udostępniona przed laty czytelnikom czasopisma PCWK wraz z kodami instalacyjnymi. Ta, po tamtych, okazała się strzałem w dziesiątkę. Modyfikowalny interfejs, lekka w obsłudze, tryb pełnoekranowy, tryb slide show, intuicyjna nawigacja. Ale po kilku latach zaczęła strasznie mulić. I nie mogłem ustalić, dlaczego. Otwierała się czasem minutę i dłużej. I w ogóle zaczęła się zachowywać, jakby jej ktoś kazał maszerować ostro pod górę z dodatkowym obciążeniem. Zacząłem szukać czegoś nowego. I wtedy całkiem przypadkiem odkryłem FastStone Image Viewer. I tak już zostało.

Jako że jestem użytkownikiem aparatów Sony, to chwilę poświęcę produktowi, jaki otrzymują przy zakupie chyba wszyscy użytkownicy aparatów tej marki. Rzecz o PlayMemories Home. Jest to projekt, które głównym zamierzeniem, jak myślę, jest być centrum zarządzania multimediami rodem z aparatów cyfrowych Sony. Ale moje preferencje i przyzwyczajenia do pełnej swobody nie widzą w nim tego, co odnajduję w obszarze przeglądania i zarządzania materiałami fotograficznymi przy użyciu FastStone Image Viewer. PMH, z uwagi na wbudowane kodeki, jest najlepszym softem, jaki znam, do filmów AVCHD i chętnie z niego korzystam, ale to temat na inną bajkę. PMH zarządza importem z aparatu lub karty całkiem po swojemu, a strukturę obsługiwanych katalogów trzeba modyfikować w ustawieniach. Stąd do zarządzania zdjęciami nie używam go wcale i dlatego, aby mi się nie wtrącał do moje roboty, gdy wsuwam do czytnika kartę SD, powyłączałem w nim autodetekcję podłączanych do komputera (na USB) multimediów.

Wspomnę już tylko krótko, że w początkach mojego kontaktu z komputerami, czyli nieco ponad dwadzieścia lat temu, ale i potem, próbowałem kilku darmowych edytorów do zdjęć, ale nie zachwyciły mnie, więc się z nimi rozstałem, a na kilka lat zajął ich miejsce Picture Publisher 7. Otrzymałem go wraz z moim pierwszym skanerem Plusteka. Był całkiem przyzwoitym edytorem, powiedziałbym pół profesjonalnym, wprawdzie ustępującym Photoshopowi, ale posiadającym spory potencjał korekcyjny, porównując jego możliwości do ówczesnych, łatwo dostępnych edytorów darmowych. Spotkał go jednak smutny los, bo po wykupieniu przez Corela (od Micrographa), nie był już specjalnie rozwijany, a to, co otrzymałem, jako dodatek korekcyjny Corela, do jednego z moich następnych skanerów Plusteka, było już tylko protezą, cieniem dawnej świetności PP. Picture Publisher 7 funkcjonował u mnie na Win98SE, WinXP, ale na Win7x64 już nie wszedł.

Przyglądając się dziś jakości moich zdjęć cyfrowych przechowywanych w Albumie, porównując te pochodzące sprzed kilkunastu lat i nieco późniejszego okresu, gdy do dyspozycji miałem Panasonica FZ30 - z tymi, które wykonywałem później, mając w użyciu lustrzanki Sony – muszę stwierdzić, że te pierwsze ustępowały tym drugim, czasem nawet dość wyraźnie. Przyczyn widzę kilka. Na dobrą sprawę przy FZ30 dopiero uczyłem się „cyfry”, a zatem element doświadczenia doszedł dopiero potem, przy Sony. Matryca w FZ30 miała bardzo widoczne szumy już przy ISO 200. A programy do odszumiania, którymi wtedy posługiwałem się, robiły to dość słabo, a i ja początkowo niezbyt umiałem się nimi posługiwać, aby czasem nie „zakłaczyć” zdjęć. W konsekwencji, starszych zbiorów nie wstawiłbym na konkurs przeciw tym późniejszym nawet wtedy, gdybym to ja był głównym i jedynym arbitrem. Ale są, jakie są i takie pokazuję, licząc się z tym, że wprawne oko w mig wyłapie błędy obrazu. Ale, jak rzekłem, zdjęć nie rozbiłem nigdy na konkurs, a dla własnej przyjemności, i tak jak umiałem najlepiej. I cieszę się, że mam, choć takie, bo w sumie przez lata pracy z FZ30 zrobiłem kilka ciekawych wypraw i czuję, że na powtórkę już nie mam szans z powodu wojen. Matryce i ustawienia moich „soniaków” znacznie górują nad FZ30, a poza tym wymienność obiektywów - sprawiają, że z roku na rok, co raz lepiej mi idzie z jakością obrazu. Poza tym erze „soniaków” towarzyszą lepsze programy korekcyjne, niż dawniej, w tym do odszumiania. Lepszy sprzęt, lepsze programy, więcej doświadczenia – a i tak wciąż jestem w drodze…

Fast Stone Image Viewer

W miarę obszerną recenzję tego programu zamieściłem niedawno na Dobrych Programach, więc nie będę jej w szczegółach powtarzał na blogu. [https://www.dobreprogramy.pl/FastStone-Image-Viewer,Program,Windows,12836.html]. Trochę go już zresztą opisałem we wcześniejszych sekcjach bloga.

Potwierdzę więc tylko krótko, co wynika z mojego doświadczenia, że jest do świetna przeglądarka, wyposażona w dość zaawansowany edytor korekcyjny. Jest darmowa. Stale rozwijana. Ustawiłem ją w systemie Windows, jako domyślny program do oglądania wszelkich grafik, które obsługuje. Interfejs w języku polskim.

RawTherapee

W moim odczuciu świetny, mocno rozbudowany edytor korekcyjny do fotografii. Darmowy. Stale rozwijany. Interfejs w języku polskim. Ma także wersję na Linuksa oraz macOS. Główną funkcją programu jest wywoływanie RAW-ów. Ale format jpg także jest przez edytor obsługiwany.

Różne krążące opowieści o powolnym działaniu RT wymagają komentarza. Nie byłoby dobrze, gdyby kwestie niedopowiedziane miały zaważyć na wyborze softu. Na pewno program ma wymagania tak systemowe, jaki sprzętowe. Optymalnie pracuje się na 64 bitowych systemach operacyjnych i posiadając dużo RAM-u. Dobrze mieć 8 GB lub więcej. Stare komputery z WinXP (32 bit), z mniej wydajnym procesorem, gdzie RAM nie sięga nawet 4 GB, mają gorsze perspektywy funkcjonowania z RT, choć producent programu przygotowuje od lat wersje i dla nich, z określonymi jednak zastrzeżeniami. Ćwiczyłem pracę z RT najpierw na WinXP /P4 2GHz/ 2GB, a następnie na Win7-64/i7/16GB i wiem, jaka to różnica. Ale próbowałem go także na Mincie 18.2 xfce/ P4 2,4GHz/4GB i wyszło na to, że nie ustępuje w jakiś bardzo rażący sposób wydajnością temu z procesorem i7.

W trakcie pracy w programie można sobie zaoszczędzić sporo czasu przy operacjach zapisywania plików na dysk, co szczególnie ważne jest przy większych ich ilościach, korzystając z opcji zapisu kolejkowego. Czas samej obróbki zdjęć, czyli wszystkich korygujących ruchów suwaków, będzie zależny tylko od tego, jak wiele czynności korekcyjnych będziemy musieli wykonać i od naszej wprawy. A tych rzeczy nie załatwi nam nawet najszybszy komputer. Jest kilka kruczków przyśpieszających znacznie cały proces ręcznej obróbki korekcyjnej, które odkryłem sam szperając po opcjach. Kryją się one często w menu kontekstowym wielu ikon narzędziowych i punktów pulpitu. Uruchomienie zapisu całego bagażu obrobionych zdjęć ustawionych w kolejce, to tylko jedno klikniecie, po którym mamy przerwę na kawę, czy herbatę, albo rozprostowanie kości po dłuższym siedzeniu. Proces ten może trwać różnie: kilka minut, kilkanaście lub więcej. I tylko ten element jest zależny od wydajności naszego komputera. Jeśli zdjęć mieliśmy dziesiątki, to tryb kolejkowy jest rozsądną alternatywą dla dziesiątków kliknięć i odczekiwania na indywidualne wczytywanie się kilkudziesięciu procesów zapisu. Tym bardziej dla większej ilości zdjęć.

W mojej amatorskiej praktyce, z byle spaceru do parku przynoszę, nie raz, właśnie dziesiątki zdjęć. Z wycieczek jednodniowych są ich setki. Z wakacji przywożę czasem kilka tysięcy. Do tego dochodzą czasem zdjęcia mojej małżonki i mojego syna. Warsztat pracy mam tak zorganizowany, aby te ogromne ilości zdjęć nie były niechcianym ciężarem, a przyjemnością. Ale przede wszystkim dbam o to, aby komputer pracował, jak dobrze naoliwiony mechanizm.

Niezależnie jednak od tego, już jakiś czas temu zauważyłem, że RT jakoś dziwnie długo zamyka się. Nawet ponad pół minuty. Początkowo myślałem, że się komputer zawiesza, ale nie. Jednocześnie pamiętałem, że kilka lat wcześniej zamykał się natychmiast po kliknięciu. Zacząłem więc szperać po folderach RT na dysku C - i oto w folderze Cache, a konkretnie w jego czterech pod-folderach, znalazłem ogromne ilości plików, które program tam gromadził w związku z obróbką moich zdjęć. Po przeanalizowaniu tych plików uznałem, że dotyczą one zdjęć, które obrabiałem nie tylko tego dnia, ale i dawniej, nawet rok wcześniej. W plikach tych program zapisywał ustawienia, z jakimi obrabiałem każde zdjęcie i gromadził to wszystko, chyba tak na wszelki wypadek, gdybym chciał wrócić kiedyś do ich obróbki. Może to i dobra funkcja programu, ale w moim przypadku zupełnie zbędna i obciążająca zamykanie. Po co mi informacje o jakichś 20 tysiącach dawnych plików? Usunąłem to wszystko z tych folderów, uwalniając tym samym chyba z parę GB miejsca na dysku, ale najważniejsze, że po tym zabiegu RT zamyka się znowu jak dawniej, w mgnieniu oka.

RawTherapee to nie malutka pchełka. Aplikacja jest mocno rozbudowana, Część jej obsługi jest intuicyjna, ale część nie zupełnie. Mnie pomogły wykłady pana Jacka Plewy (któremu przy tej okazji dziękuję), które można znaleźć na You Tube. Wprawdzie pierwsze odcinki poradnika dotyczyły nieco starszej wersji programu, ale przy ich pomocy bez trudu można połapać się w nowościach. Ale gdyby ktoś zagustował w Lightroomie, to pan Jacek Plewa przygotował wsparcie dla początkujących także i w tej aplikacji.

Epilog

Powyższe przykłady są jedynie wskazaniem kierunku, a każdy sam sobie może wyznaczyć własne reguły gry. Nie starałbym się nawet polemizować z zawodowcami, gdyby chcieli wykazać wyższość Photoshopa, czy Lightrooma nad używanymi przeze mnie aplikacjami. To nie ta waga. Dlatego, jeśli ktoś chce używać aplikacji komercyjnych, to jego wybór, i to jest oczywiście dobry wybór. Ale i mój też jest dobry, bo działa. I… taniej.

O ile kwestiom software’owym mojej kuchni fotograficznej poświęciłem sporo miejsca na tym blogu, to sprawy sprzętowe, czyli komputera i monitora przedstawię krótko. Truizmem byłoby pisanie o tym, że im mocniejsza maszyna tym lepiej, bo i tak każdy ma, co ma. Ale ważna jest świadomość, jakim monitorem dysponujemy, bo tak, jak on pokazuje obraz, jego wyrazistość, kontrasty i kolory, tak zobaczymy swoje zdjęcia. Moim pierwszym monitorem 16:9 był Samsung 22” z matrycą TN. Ale nadszedł moment, że przesiadłem się z Samsunga, na LG 24” z matrycą IPS. W pierwszej chwili, gdy ujrzałem swoje stare zdjęcia na nowej matrycy, pomyślałem, że przedtem chyba oglądałem je przez brudną szybę…