Monopod, czyli jak stabilnie stać na jednej nodze

[Dedykuję nowicjuszom]

Nie odkryłem Ameryki tym, co w następnym akapicie Drogi Czytelniku przeczytasz, ale od czegoś przecież musiałem zacząć.

Otóż, statyw, zwany też trójnogiem, lub tripodem, stosowany jest dlatego, że zapewnia aparatowi fotograficznemu trzypunktowe podparcie i, co za tym idzie, stabilność i możliwość wykonania nieporuszonego zdjęcia podczas fotografowania w kiepskich warunkach oświetleniowych, gdy nie zapewniają one dostatecznej ilości światła, aby można było wykonać poprawne zdjęcie z ręki. Zabrzmiało jak szkolna definicja. Wiem. Ale dalej będzie już normalnie.

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma

Za czym, jak się w mojej „karierze” fotoamatorskiej okazywało już nie raz, albo statywu nie mogłem użyć, bo gdzieś było to zabronione, albo udawałem się na daleką wycieczkę, gdzie taszczenie ze sobą sporego pakunku (mój statyw znajduje się w specjalnej torbie) nie wchodziło w grę. I prawdopodobnie nie jestem w stanie wyczerpać listy potencjalnych przypadków i okoliczności sprzeciwiających się użyciu statywu.

Jaki w takim razie przyrząd jest w stanie dobrze zastąpić trójnóg? Najbardziej logiczną odpowiedzią powinno być: inny trójnóg. W rzeczywistości rozwiązań jest kilka i w zasadzie każde z nich, w jakiś sposób usiłuje zbliżyć się do idei trzech punktów podparcia i każde ma jakieś swoje ograniczenia, bądź wady.

Najprostszym jest poszukanie w miejscu fotografowania (w mrocznych okolicznościach przyrody), jakiegoś naturalnego punktu oparcia dla aparatu. Czasem będzie to ławka, czasem murek, lub drzewo, słup, czy latarnia, itp. Ale i taki sposób, co wynika z mojego doświadczenia, nie zapewnia aparatowi przyzwoitej stabilności. Aparat opieramy o jeden punkt, a my sami stojąc na obu naszych własnych nogach, dodajemy dwa punkty podparcia do tego pierwszego. Czyli razem są niby trzy punkty. Ale taka proteza statywu jest niepewna. Zawsze jakoś ręka zadrży, lub poruszy się nasze ciało, ugną się nogi, a poza tym przecież nieustannie oddychamy, a serce pracuje. Oczywiście można dojść po jakimś czasie do pewnej wprawy, ale ideału i tak nie osiągniemy.

Użycie, jako alternatywy dla owych murków i słupów, małego miniaturowego statywu o wymiarach kieszonkowych, byłoby zapewne rozwiązaniem w dobrym kierunku, ale mającym jednak wielkie ograniczenie. Wymagałoby bowiem w miejscu fotografowania jakiejś płaskiej poziomej powierzchni, typu, murek, płyta kamienna, stolik, itp. – i to na określonej wysokości. Prawdopodobieństwo trafienia w takie warunki nie wydaje się wielkie, choć przypadek nie jest wykluczony.

A jednak monopod

Wymyślono monopod. W sumie jest to kij, na którego górnym końcu umocowuje się aparat fotograficzny. Taki klasyczny monopod zapewnia jednak tylko stabilizację wyłącznie na linii pionowej. Na boki, do przodu, do tyłu - już nie. Bo my stojąc na nogach właśnie zawsze, mniej lub więcej, jakoś kiwamy się. A jedynym zabezpieczeniem przed obrotem monopodu wraz z aparatem podczas otwarcia migawki jest tylko ręka, czyli sposób mocno niepewny.

Czytałem kiedyś w jakimś poradniku, że taka dobra „polowa” metoda na stabilizację boczną monopodu polega na tym, że do jego górnej części mocuje się sznurek, który następnie przydeptuje się jedną nogą gdzieś z boku na podłożu, gdzie stoimy. Rozszerzoną odmianą tej wersji jest zastosowanie dłuższego sznurka, który na monopodzie wiążemy tak, że pojawiają się dwa końce sznurka, które przydeptujemy jednocześnie dwiema nogami. Rozwiązanie to w pierwszym wariancie bazuje zatem na stworzeniu trójkąta, a w drugim ostrosłupa, a wierzchołkami są: góra monopodu trzymana ręką + punkt oparcia monopodu na podłożu + miejsca przydeptania sznurka nogą (nogami). W wariancie jednosznurkowym konstrukcja ta będzie jednak względnie sztywna tylko w jednej płaszczyźnie i jedynie przy wywieraniu siły naciągającej sznurek. A co z zabezpieczeniem bocznym? Wariant dwusznurkowy stwarza sytuację nieco stabilniejszą, jeżeli chodzi o wychyły, ale pozycja fotografa przy tym wydaje się niemal akrobatyczna, a możliwości wygodnego kadrowania wręcz marne. No i trzeba stale pilnować naciągu sznurka. I nadal nie jest rozwiązany problem mimowolnego poruszania się samego fotografa, a takowe jest nieuniknione, a poza tym w żadnym z wariantów nie ma stabilizacji obrotowej. Ale, że na bezrybiu i rak ryba, to i taka metoda „polowa”, którą nazwałbym metodą MacGyver’a, jest lepsza niż nic, ale nadal z całą pewnością nie jest tym, czego poszukiwałem.

Wymyślono wprawdzie odmiany monopodów, które tak na dobrą sprawę są trójnogami, ale i tak nie zapewniają oczekiwanej przeze mnie stabilizacji bocznej. Ich novum polega na dodaniu na dolnym końcu „kija”, trzech małych nóżek rozstawionych co 120 st. Jednak głównym przeznaczeniem tych hybrydowych monopodów jest filmowanie, które nie wymaga stuprocentowej sztywnej stabilizacji. W przypadku fotografowania taka konstrukcja dawałaby tylko złudzenie stabilności. Natomiast główny problem, na mój gust, będzie dotyczył bezpieczeństwa aparatu (o wartości nawet kilku tysięcy złotych), który będzie tkwił na kiju o długości półtora metra, na wątłej, małej trzypunktowej podpórce. Mam poważne wątpliwości, czy, i jak często, znajdzie się w terenie tak płaskie i idealnie poziome podłoże, na którym tego akrobatę ustawimy idealnie pionowo, a poza tym musielibyśmy, co najmniej na chwilę, tj. na czas otwarcia migawki, wypuścić aparat z rąk. Czyli czasem na kilka (kilkanaście?) sekund. A co, jeśli ktoś inny przechodząc obok, potrąci nas? W miarę bezpiecznie można to rozwiązanie użyć chyba tylko w domu. Ale w domu można przecież użyć zwykły statyw.

Tyle teorii. Nawybrzydzałem, a teraz pora przejść do konkretów

Gdy przed laty, przemierzając Egipt, odwiedziłem wieczorową porą świątynię w Kom Ombo, miałem wtedy chyba pierwszą moją poważną fotograficzną „sesję” nocną. Zasadniczo zwiedzanie miało się odbyć za dnia, ale pewne opóźnienia w programie podróży nieoczekiwanie spowodowały parogodzinne przesunięcie, stąd nie byłem przygotowany na zdjęcia po zachodzie słońca (czyli po 18-tej). Opierając wtedy aparat na murkach i o ściany, zresztą z kiepskim skutkiem, wpadłem na pomysł, aby w przyszłości zabierać ze sobą monopod. Ale jednocześnie świadom zależności geometrycznych pomiędzy punktem podparcia a stabilnością (w końcu konstrukcje maszyn to mój zawód), uznałem, że zwykły monopod nie spełni moich oczekiwań bez odpowiedniego usprawnienia.

Na początek zainwestowałem w monopod marki Velbon (Ultra Stick 50LX). Jego główną cechą konstrukcyjną był teleskop czteroczęściowy, wykonany z włókna węglowego, zaciskany mimośrodowo. Był zatem lekki, a po złożeniu mieścił się łatwo w moim plecaku wycieczkowym. Jego długość po złożeniu wynosiła 37 cm. Na końcu uchwytu wystawała śruba 1/4”, którą można było wkręcić wraz z monopodem do spodu korpusu aparatu fotograficznego. Ale choć takie rozwiązanie jest trywialnie proste, to jednocześnie jest dość niepraktyczne i zdecydowanie nie polecam. Ale o tym później.

Dokupiłem niedrogą głowicę kulową z szybkozłączką. Głowica pozwala ustawić aparat tak do kadru poziomego, jak i pionowego, a poza tym umożliwia obiektyw skierować ukośnie ku górze, lub ku dołowi, pod dowolnym kątem. Czyli standard. Szybkozłączka blokowana jest w gnieździe zatrzaskowo, a w razie potrzeby dźwignię rygla można zablokować. Ponadto głowicę wyposażono w poziomicę. 

Ale na tym etapie stabilność ustawienia aparatu nie posunęła się ani trochę do przodu. Moja koncepcja zakładała, że muszę wykonać sztywne, dwupunktowe podparcie boczne, łatwo obsługiwane. Policzmy zatem: jeden punkt podparcia na podłodze i dwa punkty np. na bocznej ścianie, to daje razem trzy punkty podparcia i oto mamy odmianę tripodu.

Po skręceniu monopodu z głowicą - całość tej konstrukcji ma obecnie 45 cm długości, co oceniam jako efekt przyzwoity, bo monopod nadal mieści się w moim plecaku. 

Zaprojektowałem więc wspornik, który miał spełniać powyższe wymagania wstępne, a ponadto musiał być lekki i wykonany z materiałów odpornych na korozję. Wyszło to tak, jak na zdjęciu poniżej, gdzie widać wspornik, czyli widełki z zaciskiem.

Widełki wykonałem z pręta kwasoodpornego o średnicy 6 mm. Ta średnica zapewnia sztywność. Połączenie jest spawane. Na każdą z dwóch końcówek rozwidlenia nasunąłem koszulką igielitową, aby w środkowej ich części metal nie stykał się z powierzchniami podparcia (np. z narożnikiem ściany wewnątrz budynku). Końcówki są zaokrąglone, aby nie rysowały powierzchni, której dotykają. Opaska blaszana z kółkiem może służyć do zawieszania widełek podczas marszu, lub do elastycznego połączenia z monopodem.

Na drugim końcu widełek znajduje się element z pręta, wygięty łukowato stosownie do średnicy uchwytu monopodu. Połączenie także spawane. Na jednej z końcówek łuku umocowana została zawiasowo aluminiowa dźwignia zaciskowa z przyklejoną wkładką cierną. Zaciśnięcie całości ręką na uchwycie monopodu gwarantuje stabilizację obrotową całości konstrukcji, tj. monopodu wraz z aparatem - przy założeniu, że widełki oparte zostaną na ścianie (ew. narożniku, czy słupie), co w połączeniu ze wspomnianym zaciskiem dostarcza pełnej stabilizacji aparatu we wszystkich kierunkach. Obrotowo także.

Rozwiązanie sprawdziłem w praktyce. Działa bardzo przyzwoicie. Dotychczas w terenie jakoś zawsze miałem okazję spotkać gdzieś jakiś murek, słup, latarnię, drzewo, jakąś ścianę lub bramę, itp. Choć teoretycznie biorąc, nie można wykluczyć, że nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności gdzieś zabraknie takiego słupka, czy muru.

Ta różowa gumka na dźwigni, widoczna na zdjęciach, nie jest oczywiście częścią przyrządu. Ma tylko na potrzeby prezentacji imitować zaciśnięcie ręką.

Teraz chciałem poruszyć kwestię połączenia monopodu w jego fabrycznym wykonaniu - z aparatem. Otóż wykorzystanie śruby wystającej z uchwytu monopodu do bezpośredniego połączenia z aparatem jest, jak już wspomniałem wyżej, proste, ale bardzo niepraktyczne. Wyobraźmy sobie taki kij o długości około 1,5 m ze sztywno doczepionym aparatem, a my musimy z tym spacerować. Można się potknąć o koniec kija, albo zaczepić nim o jakiś schodek - i rymnąć na glebę. Dla aparatu może się to skończyć bardzo tragicznie, a dla nas wielki kacem moralnym. Ale dysponując głowicą z szybkozłączką - po wykonaniu zdjęcia, możemy jednym ruchem odłączyć aparat, który i tak powinniśmy mieć zawieszony na szyi, a luźny kij trzymamy bezpiecznie w ręce. To takie małe bhp. A piszę to, aby amatorów ze skłonnościami do chodzenia na skróty po tanie rozwiązania, nie kusiło coś, co w konsekwencji może okazać się bardzo przykre. Głowica kosztuje kilkadziesiąt złotych (moja kosztowała chyba ok. 40 zł), a aparat nawet kilka tysięcy.

I na koniec, jeśli ktoś dopiero zaczyna myśleć o kupieniu monopodu i do tego głowicy z szybkozłączką, to zwrócić chciałem uwagę na kwestię gwintów. Otóż monopody miewają wystającą śrubę, w zależności od modelu: 1/4” albo 3/8” (są to gwinty calowe Whitwortha normalne, maszynowe - nie mylić z calowymi gwintami rurowymi). Czytałem także o rozwiązaniach hybrydowych, tj. umożliwiających w danym modelu użycie jednego z tych gwintów wymiennie, zależnie od gwintu głowicy. I na kwestię gwintów trzeba zwrócić uwagę podczas poszukiwań monopodów i głowic w sklepach, aby nie było potem problemu ze spasowaniem całości. Ujmując prościej, jaki gwint śruby w monopodzie, taki gwint otworu w głowicy. Oczywiście dopuszczalne jest takie zestawienie, że śruba ma wymiar 1/4”, a otwór 3/8”. Wtedy trzeba dokupić gwintowaną tulejkę redukcyjną (za kilka zł), która po wierzchu ma 3/8”, a jej otwór 1/4” - i po kłopocie. Jednakże wybierając monopod należy także rozważyć potencjalną okoliczność, że zechcemy go wykorzystać, jako wysięgnik np. dla lampy LED. I o ile lampa miałaby otwór gwintowany 1/4”, to taki sam gwint powinna mieć śruba monopodu. A głowica otrzymałaby ewentualnie tulejkę redukcyjną. I to by było na tyle.

Acha, mojego rozwiązania z podpórką do monopodu nie patentowałem, więc każdy na użytek osobisty może sobie ten pomysł skopiować i udoskonalić - i za darmo.