Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Niezbędnik NoiRioN'a - część 2

Słówko komentarza na wstępie
Przyznaję się! Tak, przyznaję! Nie pisałem tyle czasu... przepraszam... Winę za to ponosi parę wyjazdów w różne regiony Polski oraz konieczność walki z Kampanią Wrześniową na studiach. Ot, pech, czy jak kto woli lenistwo i nieuctwo. Ewentualnie, może to być jeszcze wymówka w postaci wysokiego poziomu trudności materiału i braku umiejętności zakuwania, ale... mniejsza o to ;) Postaram się wznowić pisanie, choć z nieco mniejszą częstotliwością. I już zapowiadam następny wpis: zajawkę do niego znajdziecie na blogu djfoxer'a, ot, gdzieś tam w tekście ;)

***

Spis treści:
- Niezbędnik NoiRioN'a - część pierwsza
- Niezbędnik NoiRioN'a - część druga

r   e   k   l   a   m   a

***

Chyba każdy, kto choć trochę czasu spędza przy komputerze, ma swój ulubiony zestaw aplikacji niezbędnych do codziennej pracy. Nieraz już poruszano ten temat na Blogach Użytkowników DobrychProgramów. Teraz nadeszła pora na mnie.

Selekcja

Aplikacje dobieram w taki sposób, aby zapewnić sobie pełną funkcjonalność komputera, niezależnie, czy jest to mały netbook, czy też jakaś mocniejsza maszyna. W przypadku dzisiejszego zestawienia, podstawą jest mój Asus Lamborghini VX6, 12 calowy netbook na platformie Intel NM10 D525 z grafiką nVidia ION, pracujący na baterii od 2,5 (filmy, gry) do 6 (aplikacje biurowe, bez WiFi) godzin, będący pod kontrolą systemu Windows 7 Professional (64-bit). Na pewno z paroma aplikacjami się nie zgodzicie, uznając, że niepotrzebnie obciążają komputer, wydłużając jego uruchamianie i wyłączanie, oraz skracając czas pracy na baterii. Niemniej jednak, są one dla mnie niezbędne.

Gwoli ścisłości, chciałbym dodać jeszcze jedną informację – niniejsze zestawienie dotyczy się jedynie WebAplikacji. I tak na marginesie: spora część z nich nie była tworzona jako samodzielne aplikacje, lecz zwykłe strony internetowe. Takich delikwentów „przerabiałem” za pomocą Google Chrome. Wybór padł na tę przeglądarkę, gdyż oferta Internet Explorera nie była zadowalająca „przestrzennie”. Tutaj pozbywam się wszystkiego, poza paskiem tytułowym, mając do dyspozycji ogrom miejsca na samą aplikację, podczas gdy IE „zjada” mi miejsce na niezagospodarowany pasek tytułu, pasek adresu, pasek kart, pasek zakładek, pasek narzędzi i pasek stanu. Archaizm. Firefox i Opera nie były brane pod uwagę.

Podział

WebAplikacje podzielone są na moim komputerze między dwa panele Jumpbox’ów obok menu „Start”. Pozwala to na szybki i wygodny dostęp. Zgodnie z tym podziałem tworzyłem niniejszy artykuł. Tak przy okazji – na końcu znajdują się najlepsze odpowiedzi na moje pytania z części pierwszej. W sumie, są to niemal wszystkie odpowiedzi – nie było z czego wybierać (niestety). Mam nadzieję, że następnym razem lepiej się postaracie ;)

Panel pierwszy

Programming & Computing
Wolfram Alpha – doskonała sieciowa aplikacja… o ciężkiej do określenia jednolitej funkcjonalności. Wolfram to wyspecjalizowana wyszukiwarka, z parserem zaawansowanych równań matematycznych. Jest niezastąpiony przy studiach na kierunkach ścisłych.

IDEone – sieciowe środowisko programistyczne z kompilatorem i prostym testerem. Jedyny feler to brak obsługi dla języka Delphi Pascal, którego znajomość wymagana jest przez jednego z prowadzących na mojej uczelni. Owszem, „na upartego” dałoby radę podając to za język Pascal i korzystając z kompilatora FPC, niemniej takie rozwiązanie mnie nie satysfakcjonuje za bardzo. Jeśli jednak chodzi o obsługę innych języków – jest wzorowo. Środowisko w sam raz dla mnie – lekkie, szybkie… idealne dla netbooka.

Languages & Knowledge
Translator Google (Google Translate) – tłumaczyć chyba nie muszę. Jeden z najbardziej rozwiniętych systemów tłumaczących w Sieci.

Podręczny LING – minimalistyczna aplikacja webowa, którą można obsługiwać w malutkim okienku, nawet na netbooku zajmującą tylko odrobinę przestrzeni ekranowej. Jest to oczywiście wielojęzyczny słownik, który – trzeba to przyznać – całkiem nieźle się sprawdza.

Angool.com – kolejna strona przerobiona przeze mnie na WebAplikację z pomocą przeglądarki Chrome. Tym, co wyróżnia ten słownik języka angielskiego jest fakt, że zawiera także wykaz synonimów, co jest bardzo wygodne przy redagowaniu lub tłumaczeniu tekstów obcojęzycznych.

Denshi Jisho – wygodny słownik języka japońskiego.

Polski słownik synonimów – dostępny pod adresem słownik synonimów. Przydatne narzędzie przy tłumaczeniach.

Dzielenie wyrazów online (PL) – dostępny pod adresem http://www.ushuaia.pl/hyphen/ system dzielenia wyrazów. Oparty jest na bibliotekach zawartych w pakietach rodziny OpenOffice.org / LibreOffice. Sprawdza się nieźle przy korekcie różnego rodzaju artykułów, a także, gdy redagujemy coś ręcznie i „zgłupiejemy” na chwilę.

Panel drugi

Communication & Society
Google GMail – sieciowy klient poczty od Google. Co ciekawe, zawiera opcję obsługi w trybie offline, niemniej ja z niej nie korzystam – po to właśnie mam klienta sieciowego, aby zbędne dane nie znajdowały się na moim komputerze. Klient spisuje się doskonale – w końcu jest „szyty na miarę” oferty swojego producenta. Jak dla mnie, największą jego zaletą względem np. Thunderbirda jest fakt nie zajmowania ani odrobiny przestrzeni dyskowej na moim komputerze, i podczas gdy w Thunderbirdzie baza danych z jednej skrzynki mailowej o objętości ok. 500 MB sięgała 1,5 GB (?!), w Google GMail zajmuję jedynie 256 MB przestrzeni online.

Google+ - najnowsze dziecko „społecznościowego” świata Internetu. Wygodny w obsłudze i łatwy w konfiguracji, jeśli chodzi o opcje prywatności. Służy mi głównie jako „wizytówka” oraz wgląd w poczynania znajomych. Jako, że mój mail, do którego załączony jest G+ jest moją skrzynką główną i „realną”, nie obawiam się usunięcia konta za podanie „fałszywych danych osobowych”.

Facebook – założony w czasie „Wielkiej Migracji”, jeśli wiecie, co mam na myśli. Poza „Docs for Facebook” nie zawiera chyba żadnych aplikacji, a ustawienia prywatności włączone są na „prywatne i już!”. Po co mi konto? Bo i tak wiem, że jakieś dane związane z moją osobą się tam znajdą. Lepiej więc mieć w to wgląd i wiedzieć o każdym zdjęciu ze swoim oznaczeniem, czy też o newsach ze sobą związanych. Co do samego „licznika przyjaciół”, przyjmuję tam jedynie ludzi z najbliższego otoczenia (którzy dość często po pewnym czasie „wypadają”) oraz najbliższych przyjaciół.

Documents & Tasks
Google Calendar – terminarz, który wraz z GMailem i sprzężeniem z telefonem komórkowym (aktualnie to wyłączyłem) tworzy najlepszy PIM na świecie. Nie tylko mogę w nim zaplanować zadania jak w aplikacji lokalnej, ale mam do nich dostęp gdziekolwiek jestem, byleby tylko mieć dostęp do Internetu. A jeśli takowego nie ma – nic straconego. Wystarczy, że mam dostęp do sieci GSM, a SMS z terminarza dotrze do mnie na czas :)

Google Docs – zdaje się, że jest to aktualnie najpopularniejszy spośród sieciowych pakietów biurowych. Oparty na kodzie źródłowym OpenOffice.org / LibreOffice, ma doskonałe możliwości. Jednocześnie, bez nadmiernego obciążania łącza z Internetem, a zarazem bez spadku wydajności komputera, dokonuje automatycznego zapisu niemal w czasie rzeczywistym. Dość wygodne w sytuacji, gdy nasz dostawca energii elektrycznej jest mało wiarygodny :) Zawiera aplikacje do redagowania tekstów, tworzenia arkuszy kalkulacyjnych, formularzy internetowych, rysunków i prezentacji. Na wszystko to mamy nieograniczoną przestrzeń dyskową, pod warunkiem korzystania z wewnętrznego formatu. Obsługa eksportu do PDF oraz wielu innych formatów jest tu niewątpliwą zaletą. Co ważne, działa szybko i sprawnie.

MS Office Live WebApps – pakiet bardzo okrojony, zawierające aplikacje, które można przyrównywać do stacjonarnego Office’a tak jak WordPada do Worda. Największą bolączką edytora tekstu jest brak widoku strony („Układ Wydruku”), do którego się przyzwyczailiśmy w stacjonarnym Office’ie. Jego obecność w moim zestawieniu to w sumie ciekawostka, gdyż ma u mnie jedynie dwie funkcje: rozszerzenia funkcjonalności SkyDrive oraz dodania możliwości pracy grupowej do wersji lokalnej. Co więcej, miejsce na dokumenty jest, w przeciwieństwie do Google, tylko „prawie nieograniczone” – na dokumenty mamy standardowy, 25 GB limit.

Docs Beta for Facebook – implementacja pakietu Microsoftu (MS Office Live WebApps) dla użytkowników Facebooka w ramach niezależnej od SkyDrive usługi. Skoro mam konto na Facebooku, dlaczego by nie uzyskać dostępu do tego pakietu? Ciekawostką jest możliwość stworzenia w nim swojego CV (wzorzec amerykański, jeśli mnie pamięć nie myli).

Data & Storage
SkyDrive – Windows Live – obsługiwany przez… Chrome! No tego jeszcze nie było. O SkyDrive’ie sobie przypomniałem przy okazji prezentacji o Windows Azure na tegorocznym HotZlocie. 25 GB przestrzeni online w Chmurze to „nie w kij dmuchał”, a przy ostatnio podniesionych limitach i zapowiedzianej aplikacji desktopowej do synchronizacji… aż ślinka cieknie ;) Tak czy siak, początkowo chciałem SkyDrive „uczciwie” obsługiwać za pomocą IE. Niestety, układ pasków ograniczający przestrzeń, brak stabilności (system 64-bit, zarówno wersja 32-bit jak i 64-bit wciąż ulegały awariom), oraz szybkość działania (Chrome załadował SkyDrive znacznie szybciej) zdyskwalifikowały tę przeglądarkę. A szkoda.

Dropbox – dwie aplikacje do przechowywania danych w Chmurze. Pierwsza z nich to aplikacja webowa w oparciu o Chrome. Druga, to aplikacja kliencka, lokalna, służąca do synchronizacji. Sporą zaletą jest synchronizacja z wykorzystaniem infrastruktury lokalnej sieci domowej. Tak na marginesie, oprócz tego mechanizmu, korzystam też z Centrum Synchronizacji systemu Windows. Taki tandem pracuje całkiem nieźle, ma jednak jedną wadę – dane przechowywane są w X miejscach jednocześnie, zajmując przez to X-krotnie więcej przestrzeni dyskowej. Ale cóż, za wygodę trzeba płacić, a skoro zaoszczędziłem na instalacji wielu aplikacji lokalnych (przykład wyżej: Thunderbird i 1,5 GB miejsca na dysku), mogę sobie na ten luksus pozwolić.

MediaFire – rosnący ostatnio w popularność serwis do hostingu danych online. W przeciwieństwie do Dropbox’a nie jest to rozwiązanie oparte na Chmurze (o ile dobrze pamiętam ;) ) i nie posiada klienta lokalnego (przynajmniej dla darmowych użytkowników). Przydaje się jednak do rozpowszechniania danych wśród znajomych, np. opracowań z jakiegoś przedmiotu.

ADrive – oparty na Chmurze, 50 GB dysk wirtualny. Największa oferta na rynku, i co ciekawe, darmowa. Ograniczeniem tej wersji jest oczywiście fakt braku obsługi ftp, czy klienta lokalnego, jednak za niewygórowaną opłatę można takie funkcjonalności uzyskać. Spisuje się nieźle do backupu sporych, acz mniej ważnych dla nas danych (osobiście ADrive za bardzo nie ufam w kwestii poufności).

Media
YouTube – na co dzień korzystam z YouTube’a w Firefoxie, narażając się na przerost pamięci przydzielanej do „plugin-containera”. W sytuacjach jednak, gdy chcę przejrzeć subskrypcje, dodać filmy do playlisty „Odtwórz później”, a w końcu delektować się oglądaniem tej jednej, konkretnej serii filmików, utworzona w Chrome aplikacja nadaje się do tego celu doskonale. Z dodatkiem dwóch funkcjonalności z dodatków (zapętlania i wstrzymania autostartu filmików) jest to naprawdę wygodne.

Google Picasa Web Albums – rozszerzenie funkcjonalności mojej lokalnej Picasy. Co ważne, obrazki w rozmiarze „online’owym”, tj. do 1024x768 są hostowane bez doliczania do zajmowanej przestrzeni dyskowej. Trzeba przyznać, że czasem się to przydaje.

POPRAWKA: Niezalogowany użytkownik Internetu, tipster, w swoim komentarzu upomniał mnie, że rozmiar "darmowych" zdjęć to 800x800 w przypadku zwykłego konta Picasa Web Albums, oraz 2000x2000 w przypadku przypisania konta do Google+. Dodatkowo, dopuszczalne jest dodawanie 15 minutowych plików wideo, również bez utraty przestrzeni :) Za poprawkę dziękuję.

Sumo Paint – lepszy odpowiednik lokalnego MS Painta. Ot, taka ciekawostka.

Grooveshark – legalna (tak twierdzi właściciel) muzyka do odsłuchania online. Międzynarodowy odpowiednik naszej Wrzuty, czy też może usługi radia z serwisu Last.FM. Wygodny w obsłudze interfejs. I tylko jedna wada: konieczność sprzężenia z kontem Facebooka lub Google celem uzyskania darmowego konta. A ja wolę takie serwisy mieć jednak założone bez takiego bliskiego kontaktu z moimi prywatnymi danymi.

Maps
Google Maps – wstyd nie znać, nie? W miarę dokładne, z wygodnym systemem planowania trasy, czy tworzenia poglądowych mapek. Ma całkiem niezłe pokrycie Polski zdjęciami satelitarnymi, jednak co do ich jakości, w niektórych miejscach bywa naprawdę kiepsko.

Targeo.pl – oparty na AutoMapie serwis online. Pozwala na planowanie tras z maksymalnie trzema punktami pośrednimi, zawiera informacje o obciążeniu dróg i wiele innych, przydatnych funkcji przy planowaniu podróży. Nie zawiera zdjęć satelitarnych.

MapGO – oparty na MapieMap serwis online. Możliwości są podobne do Targeo, tak samo jak większość ograniczeń.

Zumi.pl – największa polska konkurencja dla Google Maps, przynajmniej dla obszaru Polski. Pełne pokrycie w miarę jakościowymi zdjęciami satelitarnymi, uproszczony system wyznaczania tras i sprzężona wyszukiwarka zakładów usługowych i przedsiębiorstw. Niestety, jeśli chodzi o dokładność odnajdywania konkretnych adresów, pozostaje daleko w tyle za Targeo czy MapGO, stąd warto z niego korzystać w tandemie z jednym z nich.

Narzędzia

Ochronne
Immunet Protect – aktualnie w fazie testów. Chwilowo zastępuje COMODO i jest następcą kolejno zainstalowanych Panda Internet Security (z HotZlotu – w skrócie powiem, że jest to jak dla mnie pakiet-porażka, wbrew nadziejom narobionym przez przedstawicieli Pandy, ale o tym napiszę w osobnej notce) i Panda Cloud Antivirus. Używany jest przeze mnie w wersji darmowej, a więc pozbawionej najwolniejszego, a zarazem najdokładniejszego, z silników. Ponieważ mało jeszcze o nim wiem, dużo więcej nie napiszę. Do zestawienia, mimo, że jest aplikacją lokalną, zalicza się ze względu na główny silnik antywirusowy oparty na Chmurze.

***

Odpowiedzi na pytania z części pierwszej
Komentarzy pod artykułem było dość mało, stąd też posiłkowałem się pomocą swoich znajomych. Komentarze z DobrychProgramów oznakowane są literkami DP w nawiasie.

Pytanie pierwsze:
Nazywacie Firefox'a "Fx", czy "FF"? Dlaczego tak, a nie inaczej?

Odpowiedź Quest-88 (DP):
Zlituj się człowieku.
http://www.mozilla.com/en-US/firefox/releases/1.5.html#FAQ

Odpowiedź Jaahquubel_ (DP):
Fx, wedle oficjalnej wykładni.

Odpowiedź qdominik (DP):
Oficjalna wykładnia, oficjalną wykładnią, ale Fx kojarzy się raczej z efektami specjalnymi, a nie z przeglądarką. FF jako skrót od Fire Fox (ognisty lis) jest bardziej wyrazisty. Ale u mnie w biurze i tak Firefoxa nazywają Mozilla ;-)

Odpowiedź Cperka:
Ja nazywam Firefoxa "Firefox". Nie "Fx", nie "FF". Jako że potrafię pisać dość szybko na klawiaturze mając też na względzie podstawowe zasady ortografii i gramatyki języka polskiego, nie bawię się w skracanie wyrazów (popularne ostatnio "bd" zamiast poprawnie odmienionego czasownika "być" wkurza mnie przeraźliwie). Nie mówię oczywiście też o skrótach typu OMG :P
Ale gdybym miał wybrać skrót, który najbardziej mi się podoba, to wybrałbym "FF". Wytłumaczę się tutaj fonetyką. Fonetyką dlatego, że w słowie "Firefox" akcent pada właśnie na te dwie litery "F" (a przynajmniej tak mi się zdaje) co łatwiej zapada w pamięć niż "Fx". Poza tym "iks" brzmi dla mnie zbyt profesjonalnie xD

Odpowiedź aqvario:
FF, bo Mozilla głupia jest, proszę, "ThunderBird", strona mozilli: https://wiki.mozilla.org/Tb <--- na końcu śliczne TB, a nie TD od pierwszej i ostatniej litery. Albo nie, jak pokazałem w temacie przeglądarek, Mozilla wycofała się z FX w wersji 2.0. To głupi internauci podtrzymuję bezsensowną dyskusję, zamiast iść pograć w piłkę ;P

Odpowiedź Smoq:
Używam FF, bo jest to skrót bardziej rozpowszechniony. Jak napiszę fx, to mogę się założyć, że większość ludzi nie będzie wiedzieć o co kaman.

Odpowiedź kazuya:
FF, bardziej naturalne mi się wydaje, poza tym Fx (zapisywane jako FX) ma też znaczenie: efekty specjalne

Komentarz: Podany przez Quest-88 link tyczy się Firefox’a do wersji 2.0. Od tego wydania, Mozilla zrezygnowała z propagowania tej formy. Owszem, jest ona w mojej opinii poprawna, jednak na świecie przyjęło się pisać w formie „FF”, a niektóre dość poważane nawet strony, zapisują tę nazwę jako FireFox. Dlaczego? A powiedzcie mi, co widzicie w logo przeglądarki, Pandę Czerwoną, czy ognistego lisa? Ano właśnie. Ponadto, samo tłumaczenie Pandy Mniejszej na Firefox wynika z błędu przy transliteracji. Dlatego też Mozilla skapitulowała. Poprawne są oba skróty, większość ludzi woli jednak stosować „FF”, rezerwując „FX” dla aplikacji związanych z efektami specjalnymi.

Pytanie drugie:
Dlaczego producenci oprogramowania nie mogą nawiązać współpracy i stworzyć modularnych aplikacji, które można byłoby dostosować do swoich potrzeb bez dublowania funkcjonalności i wybierania między różnymi formami mniejszego zła?

Odpowiedź Jaahquubel_ (DP):
Bo im się wizerunkowo nie opłaca. Jak to sobie wyobrażasz? "Drodzy Użytkownicy, dajemy Wam tylko interfejs, bebechy weźcie sobie od konkurencji, bo my nie potrafiliśmy ich zrobić."? :)
Każda pliszka swój ogonek chwali.

Odpowiedź qdominik (DP):
Gdyby wszyscy producenci oprogramowanie się dogadali powstałby Komitet Centralny Wdrażania Oprogramowania (KC WO) i dostęp do niego mieliby tylko Towarzysze zapisani do wyżej wymienionej struktury.

Odpowiedź Cperka:
[Mowa o kompromisach i walce o rynek]
To jest właśnie nowotwór na tkance ustroju ekonomiczno-gospodarczego zwanego kapitalizmem. Oczywiście nie kwestionuję, że twój pomysł jest bardzo ciekawy i mógłby się sprawdzić, ale po podzieleniu zysków z reklam i donacji (trza przecież coś do garnka włożyć, za serwery zapłacić, pandy sponsorować ;)) między firmy od A do H pozostaje naprawdę niewiele.
(…)
Uważam, że byłoby to o wiele lepsze rozwiązanie! Jest powiedzenie "Zgoda buduje, niezgoda rujnuje". Jeżeli połączyć w jednej modularnej aplikacji największe atuty wielu firm i razem pracować nad neutralizowaniem wad jestem pewien, że wynik mógłby być wręcz przełomowy. Niestety z powodów wyszczególnionych wcześniej pomysł jest póki co na tyle nierealny, że wręcz utopijny. Poza tym bóg wie czy "budująca zgoda" nie przerodzi się w "gdzie kucharek sześć..."

Odpowiedź aqvario:
hmm, a czy Linux nie jest cudownym przykładem, że to nie ma prawa zadziałać? Czemu? Bo ja chce mieć zieloną ikonkę w kształcie samochodziku! Ale mój sąsiad chce mieć czerwoną w kształcie ślimaka! Ej, niech producent zrobi wszystkie kolorki we wszystkich kształtach! O, nie chce mu się w ciągu ostatnich 3 lat? To ja zrobię własną wersję! I umieszczę na swoim blogu!
<po 10 latach analityk bada rynek>
Mamy 123 tys różnych zestawów ikon, ale ponieważ są różnej wielkości, a producent nie przewidział zmiany rozłożenia ikon w interfejsie, to mamy także 500 różnych podwersji tego samego programu. Najbardziej rozpowszechniona jest ta, gdzie można zmieniać sobie tło, na co producent się nie zgodził, twierdząc, że userzy są erotomanami i mają problem z trafianiem w przyciski, które nie są umieszczone na cyckach, które sobie ustawili w tle.

Odpowiedź kazuya:
Pierwszym powodem jest istnienie pieniądza, tym samym jeśli ktoś będzie miał możliwości i interes w tym aby wypuścić konkurencyjny program, to to zrobi. Drugim powodem są różne potrzeby użytkowników, wprawdzie zaproponowany system modułowy częściowo rozwiązałby problem, ale w praktyce zawsze się okaże, że dodanie jakiejś funkcjonalności nie będzie w takim systemie możliwe do zrobienia w sensowny sposób bez zmiany podstawowych założeń konstrukcji danego systemu. No i z takim modułowym systemem jest też problem, wielu (o ile nie większość) ludzi nie będzie w stanie takiego systemu skonfigurować do swoich potrzeb, nie wspominając już o tym, że często będzie się okazywało, że jest wiele modułów realizujących tą samą funkcjonalność (ponieważ twórca kolejnego modułu nie wiedział że takie coś już istnieje, albo dwie "osoby" zaczęły to robić niezależnie od siebie), za przykład można tu dać FF i jego wtyczki.

Komentarz: Owszem, największą bolączką są konkurencja i pieniądz. I w ten sposób w szkołach nadal sprawdza się pseudo-komunizm, w Polsce nie sprawdza się demokracja, w świecie biznesu do upadku ideałów doprowadza kapitalizm, a Chiny z komunistycznym rządem i kapitalistyczną gospodarką rosną w siłę… oj, zagalopowałem się. Rzecz w tym, że brniemy w najzwyklejsze bagno. Każdy dąży do wydarcia od innych jak największej sumy pieniędzy, nie dając w zamian nic wartościowego. Czy nie lepiej byłoby w końcu zacząć działać „dla innych”, tak, aby ci inni zaczęli działać dla nas? Wilk syty, owca cała, a wszystko byłoby wygodniejsze, przyjemniejsze i łatwiejsze.

Ale cóż. Taka charakterystyka naszych czasów. 10 przeglądarek, każda inna i żadna dobra. A mogłoby być tak pięknie…
 

Komentarze