Zbiornik pandory (HP Ink Tank 419)

Urządzenie wielofunkcyjne jakie jest, każdy widzi. Ot, skaner, drukarka, i wsio. Najtańsze modele w cenie pełnowymiarowego kompletu tuszy można dorwać w praktycznie każdym elektromarkecie, a zamiast nowych kartridży wcisnąć cebula-płyny za pomocą specjalnych strzykawek i wiertełek z Alledrogo. I to nie spodobało się producentom.

Lata temu HP, Lexmark, i paru innych producentów zasłynęło z tworzenia tak hermetycznych systemów podawania tuszu (zintegrowane głowice, chipy identyfikacyjne, itp.) wymuszające korzystanie z oryginalnych, drogich komponentów, że użytkownik korzystając z tych oryginalnych płacił i płakał, zaś ten z nielegalnymi płacił mniej i… płakał jeszcze rzewniej, gdy urządzenie krzyczało “NIEKOMPATYBILNE”. Walka ta była jednak skazana na przegraną, gdyż gdzie ktoś stworzy jedno zabezpieczenie, tam powstaną dziesiątki sposobów jego obejścia.

Zbiorniki to przyszłość… albo i nie?

I w tym momencie wchodzi Brother cały na biało. A przynajmniej wydaje mi się, że pierwszy wśród tzw. Zbiorników, był właśnie on. W sumie, aby nie przeinaczyć stanu faktycznego, powiedzmy, że Brother, HP i Epson. Ze Zbiornikami właśnie. Zbiornik to drukarka z tzw. modułem “stałego podawania tuszu”, lub też “ink tank”, skąd ta potoczna nazwa się wzięła (ba, na stronie HP tłumaczenie do dziś dla drukarek tego typu to “zbiornik”, a nie “urządzenie wielofunkcyjne” czy “drukarka”). Swego czasu zakupiłem jeden z pierwszych tego typu modeli HP z serii DeskJet w promocji, by po paru tygodniach pożałować wydanych kulkuset złotych. Czemu?W HP DeskJet GT 5820 Ink Tank są montowane dwie głowice, które po ok. 30-minutowym procesie automatycznego napełniania tuszem są gotowe do pracy. Drukarka ostatecznie podziałała prawidłowo parę tygodni. A później? Połowa wydruku nie była prawidłowo nadrukowywana, a głowice były do wywalenia.Tu serwis HP stanął na wysokości zadania. Otrzymałem listownie drugi komplet głowic, które zgodnie z instrukcją zamontowałem, a stare odesłałem do analizy. Cóż, nie minęło 5 dni, a mimo wielokrotnego czyszczenia, kalibrowania, itd. drukarka zwyczajnie drukowała źle. Stwierdzono, że to mechanizm, więc cała drukarka poszła do HP (zapewne na szrot), niezależnie od tego ile jej elementów było sprawnych… W zamian otrzymałem Wireless Ink Tank 419. I żeby było zabawniej, identyczny model otrzymałem w ramach programu Inssiders…Pierwotnie chciałem od Inssidersów dostać drukarkę profesjonalną, ale nie wypaliło. Cóż, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Tę z wymiany postawiłem na biurku mojemu pozbawionemu w tamtym czasie drukarki atramentowej tacie, a tę z Inssidersów do testów wziąłem sobie. Ba, nawet ją pozytywnie oceniłem. Dziś wiem, że nie wydałbym na tę serię nawet złamanego grosza. Śpieszę z wyjaśnieniami dlaczego.

Idea świetna. Wykonanie jak zwykle.

Mniej plastiku w formie kartridży, mniej specjalistycznego odlewania, mniej chipów, zużytej miedzi, a drukarka wystarczająca na znacznie więcej wydruków. Nawet 8000 stron na jednym komplecie, chwali się producent, choć wszyscy wiedzą, że w normalnym zadruku 5% w kolorze starczy tego na maks. 2,5 tys., a w maksymalnej jakości zadruku 100% A4 borderless kilkadziesiąt do kilkuset stron. Ale to i tak świetne wieści.Co jednak z tego, skoro już po tygodniu drukarka taty przy umiarkowanej liczbie kilku- kilkunastu stron tygodniowo wymagała ciągłego czyszczenia głowicy? Co z tego, skoro moja na parę dni przed końcem 1-letniej gwarancji (niemożliwe do przedłużenia w ramach programu Inssiders) co chwilę wyrzucała błąd globalny mrugając wszystkim, co mrugać może, a praktycznie od początku wciąż przerywała w połowie wydruk z dowolnego urządzenia z systemem Android, choć stała mniej niż 20 centymetrów od routera? O dziwo, z iOS drukowała dobrze (gdyby jeszcze iOS dobrze obsługiwał PDFy generowane automatycznie w sieci, to byłby szczyt marzeń). Co z tego, jeżeli dokładnie po roku czasu, gdy minęła mi gwarancja, wysiadła całkowicie jedna z głowic (ew. moduł nią sterujący po stronie karetki)?

Film autorstwa HP nt. najwyraźniej powszechnego problemu z głowicami w innym modelu

No właśnie, głowice.

Wyglądają jak niegdysiejsze tusze w kartridżach, ale wpina się w nie system stałego podawania. Fajnie to wygląda i działa. Głowice te mają jednak trzy zasadnicze wady. Po pierwsze - nadal posiadają chipy identyfikujące; po drugie są praktycznie nie do dorwania w sklepie, choć to najczęściej psujący się element drukarki; po trzecie, nie pozwalają na analizę poziomu tuszu, choć wskaźnik jego ilości (wiecznie pusty) w oprogramowaniu HP Smart się wyświetla. Klapa.W moim przypadku zawiodła “komunikacja z głowicą”. To jednak dość ciekawe stwierdzenie, bo drukarka bezpośrednio po resecie działa dobrze, by w trakcie podwydrukowego czyszczenia stwierdzić “nie widzę głowicy kolorowej”. No i nie ma bata, ani żadnego przycisku “ok, rozumiem, ale drukujesz ładnie więc drukuj dalej”. Drukarka jest zepsuta i w sumie nadaje się na szrot. Albo płacz i płać konsumencie za nową głowicę w cenie… w sumie nie wiem jakiej, bo po 15 minutach rozmowy z HP doszło do automatycznego rozłączenia. Wiecie, 18:02, wszyscy konsultanci mają kończyć rozmowę i basta. Nie ma siedzenia w nadgodzinach, bo klient czekał 10 minut na infolinii…Internet roi się od filmików i quick-fixów, w tym także dostarczonych od HP, jak ten problem rozwiązać. Niestety, wszystkie to albo rozwiązania krótkoterminowe, na max. 1-2 wydruki, albo w ogóle nieskuteczne. A ostatnia porada zawsze brzmi "wymień głowice na nowe w centrum serwisowym HP". A co jak to karetka? Mam wymienić całą drukarkę w centrum serwisowym? Tego nie precyzują.

Mój autorski unboxing. Bubby tylko rok temu, a jaki człowiek młody i naiwny...

Aż chce się powiedzieć “A miało być tak pięknie”.

Dlatego wszem i wobec ogłaszam, że choć pomoc techniczna przez telefon stara się i wspiera nawet urządzenia krótko po terminie upłynięcia gwarancji (za co chwała im i cześć, bo kiedyś byłoby to nie do pomyślenia!) to drukarka HP Wireless Ink Tank 419 podobnie jak jej poprzedniczka to pięknie opakowany, potencjalnie wspaniały, ale totalnie spaprany (sic!) złom i nie nadaje się do niczego (już po tygodniu używania); szkoda na nią pieniędzy, i szkoda środków wydanych na tusze zapasowe, które miały mi pozwolić na bezkosztowe już korzystanie z tego urządzenia przez kolejne 4 lata. Biznesplan się kompletnie nie powiódł. Ani to nie było ekonomiczne, ani ekologiczne, a drukarka zapewne wróci do HP lub wyląduje w elektrośmieciach.Jaka pozostaje mi alternatywa? Raz do roku za 100 zł kupować najtańsze badziewie, które jest na rynku, lub wydać parę tysięcy na drukarkę profejsonalną, która zajmie mi pół salonu. Albo drukować “na cebulaka” w pracy… a nie przepraszam… przecież mamy “krajową kwarantannę”... No to jednak zostaje nauczyć się rysować i malować, a niewykorzystane tusze przeznaczyć właśnie na ten cel.I weź tu człowieku miej drukarkę…