Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Nad Luksorem

Pierwsza w historii udokumentowana próba wzniesienia się balonu wypełnionego gorącym powietrzem miała miejsce w roku 1709. A pierwszy balonowy lot ludzi nastąpił w roku 1783. Ale w XXI wieku, w dobie pasażerskich samolotów odrzutowych, lot balonem nie stracił chyba nic ze swej pierwotnej atrakcyjności, o czym miałem okazję przekonać się osobiście.

Dotąd spotkanie ze starożytnym Egiptem, jakie stało się moim udziałem podczas wyprawy, dokumentowałem jedynie z ziemi, chodząc z aparatem fotograficznym wśród ruin zabytków, przyglądając się tym starym kamieniom z bliska, mogąc je nawet dotknąć. Ale oto pojawiła się okazja, której nie mogłem przepuścić. Fakt, kosztowała mnie wtedy 200 dolarów (usd), ale absolutnie tego wydatku nie żałuję. Wręcz cieszę się, że w tamtym momencie nie dokuczały mi żadne skłonności do „oszczędzania”.

reklama

Otóż będąc uczestnikiem wycieczki po Egipcie, pozostając dwa dni w okolicach starożytnych Teb, miałem okazję zaliczyć poranny lot balonem nad zachodnim brzegiem Nilu, na wysokości Luksoru. Niecodzienność tej przygody, dzięki której mogłem ujrzeć wiele zabytków „z lotu ptaka” - a szczególnie, że gdyby nie ów lot, niektórych nie ujrzałbym w ogóle – kazała mi porzucić myśl o wygodnym wylegiwaniu się w łóżku w 5-gwiazdkowej kajucie na okręcie, którym podróżowaliśmy wzdłuż Nilu z Luksoru do Asuanu. Dla mnie, jako fotografującego podróżnika, obraz uchwycony z góry był czymś zupełnie nowym, odmiennym od dotychczasowego - punktem obserwacji. Korzystaliśmy z tego obaj, ja i mój aparat fotograficzny FZ30.

Zacznę więc od początku. Pobudka przed wschodem słońca, krótkie śniadanie i przeprawa łodzią na zachodni brzeg Nilu. Podczas przeprawy zrobiłem zdjęcie wschodzącego słońca, ukazującego się nad Luksorem.

Balon, którym miałem wraz z małżonką powędrować w górę, czekał już na pasażerów na polu trzciny cukrowej. Inne balony były już w powietrzu. Na zdjęciu widać cień naszego balonu i kosza - jeszcze w miejscu startu.

Kosz mieścił 20 pasażerów plus pilota. Spojrzenie w górę, w gardziel powłoki – gorący płomień z palników na propan-butan grzał powietrze.

I ruszyliśmy. Pamiętacie? „Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna….” No właśnie, w tym przypadku to nie była maszyna, ale przedmiot latający, którego starszy kuzyn na przełomie XVIII i XIX wieku niekiedy straszył zabobonnych. Balon zaczął poruszać się tak miękko, tak bez żadnego szarpnięcia, jak piórko, że nawet nie poczułem, jak zaczęliśmy się wznosić. Jedyny dźwięk, jaki od czasu do czasu dało się usłyszeć, to krótkotrwały szum płomienia. Pilot sterował najpierw lekko w górę, to znów miejscami zniżał lot, aż do poziomu trzciny cukrowej, szorując po niej koszem.

Pod nami wiejski transport „ciężarowy”.

Dzięki nawodnieniu, ta ziemia rodzi. To filozoficzne spojrzenie na wodę, jako na źródło życia, będzie nam często towarzyszyć w Egipcie.

Nieopodal kończy się pas zieleni, a zaczyna sucha, jałowa, żółtoszara skalista pustynia. Na jej skraju, pierwsze tego dnia, ślady antycznej zabudowy świątynnej z czasów faraonów.

Po chwili zbliżamy się nad następny kompleks świątynny. Też oczywiście ruina. Te obiekty wyglądają, jakby nie znajdowały się na szlaku udostępnionym turystom. Nie widać przy nich żadnego ruchu, lecz nie wykluczone, że była na to jeszcze zbyt wczesna pora. Ale budek policyjnych także nie dostrzegam. Ale jakby nie było, to nasza grupa i tak w planie wycieczki nie miała dotrzeć do tych miejsc. Spojrzenie z kosza balonu wypełniło więc tę lukę w sposób niezwykły.

Poniżej nas, inny z balonów wędrujących tego ranka w przestworzach ze swoją dwudziestką ciekawych.

Zbliżamy się do świątyni widzianej wcześniej z daleka. Teraz widać ją lepiej.

Idziemy lekko w górę. Odwracam się w drugą stronę i po horyzont widzę zielone pola. Jedne balony niżej, inne wyżej. Daleko na horyzoncie widoczna słabo, z powodu wilgoci powietrza, a może pyłu, linia pustynnych gór. Chwilami balon wznosi się, jak szacowałem, na wysokość chyba ze 150 m, a może więcej. Potem zniżał lot.

Balon skręca, choć pilot nie trzyma w rękach żadnego steru. Ma jakieś swoje sposoby na kierowanie statkiem, bo ten jest mu cały czas posłuszny. Nie poświęcałem czasu na poszukiwania ukrytej „kierownicy”, bo znacznie ważniejsze działo się pod nami. A pod nami, niemal na wyciągnięcie ręki, ukazała się w swoim majestacie świątynia Hatszepsut. Na dole pusto. Pierwsi turyści pojawią się tu za jakieś dwie godziny, a wśród nich my. Widok z góry, jak z pocztówki. Potem, tego samego dnia - z ziemi, gdy zwiedzaliśmy tę świątynię, było już inaczej.

Po chwili nadlatujemy w pobliże świątyni w Medinet Habu, którą odwiedziliśmy już poprzedniego dnia, a obecny widok z góry był doskonałym akordem kończącym tamto zwiedzanie.

Zniżamy lot. Pod nami zwykle zabudowania wiejskie. Przyzwyczajeni do zabudowy w stylu miejskim widzimy od razu te podrapane mury i przewiewne trzciny zamiast zadaszenia. No, ale tu nie padają deszcze. W obrębie gospodarstwa widzimy pasące się krowy, a na boku schnące na słońcu setkami cegły mułowe. Najtańszy chyba materiał budowlany. Ogólne wrażenie z góry: totalne śmieciowisko. Ale ci ludzie tak tu żyją. No i anteny satelitarne, jako jeden z nielicznych, widocznych z naszego miejsca, śladów cywilizacji Zachodu.

Zaczynami zbliżać się do kresu powietrznej wyprawy. Przed nami słynne Kolosy Memnona.

Zniżamy się jeszcze bardziej. I znowu ruiny świątyni. To Ramesseum, świątynia grobowa Ramzesa II. Niestety była poza planem wycieczki, więc, jak i w innych przypadkach, spojrzenie z balonu musiało stać się wystarczającą namiastką naziemnego zwiedzania.

Kolosy Memnona już niemal na wyciągnięcie ręki, a my chyba zaczynamy podchodzić do lądowania.

Ale nie. Jeszcze, chyba tak na pożegnanie, pójście w górę i jakby jednocześnie odchodzimy na północny wschód. Czyżby jednak to jakieś prądy powietrzne „powiozły” nas? Osiągamy może nawet i dwieście metrów nad ziemią, choć trudno to dokładnie oszacować. Patrzę w kierunku południowo zachodnim. Teraz, z wysoka widać, że gdzie dociera woda, tam ma szanse coś wyrosnąć. Granica zieleni, na tle suchych żółtawych skał, zaznacza się bardzo wyraźnie. I tak jest w całym Egipcie. Widząc takie miejsca, gdzie uwidacznia się starcie człowieka z Naturą, znane powiedzenie, że Egiptu jest darem Nilu staje się lepiej zrozumiałe. Bez Nilu nie byłoby tu życia. Ale ten sam Nil może być także i wielkim zagrożeniem.

I pozostawię ten nilowy aspekt chwilowo bez rozwinięcia. Ale wrócę do niego, gdy będę opowiadał o innym z fascynujących miejsc, do którego dotarliśmy kilka dni później. Proszę więc o cierpliwość i śledzenie moich wspomnień.

Za chwilę „lotnisko”. Jeszcze przez chwilę patrzymy z góry na toczące się pod nami lokalne życie.

I jeszcze przyjazny gest ręką z dołu ku nam.

I oto za chwilę dotykamy ziemi na polu trzcinowym równie miękko, jak miękko wznosiliśmy się godzinę temu.

No i te Kolosy, już widziane tym razem z ziemi. Teraz Kolosy to rzeczywiście kolosy. Dla zainteresowanych - poniżej garść wiadomości historycznych o Kolosach.

Kolosy Memnona (źródło Wikipedia –podaję z niewielki skrótami)

„ …posągi faraona Amenhotepa III z XVIII dynastii, wysokości 15,60 m (z postumentem 17,90 m).

 Waga każdego kolosa to około 800 ton. Postawiono je około 1370 p.n.e. w Tebach Zachodnich. Jest to jedyna zachowana część świątyni grobowej tego faraona, zniszczonej prawdopodobnie przez trzęsienie ziemi już za panowania Merenptaha. Dalsze zniszczenia poczynione były przez obfite wylewy Nilu.

Posągi wykuto z bloków skalnych kwarcytu. Przedstawiają faraona zasiadającego na tronie. W przedniej części tronu, po bokach faraona, wyrzeźbiono dwie niewielkiej wysokości postacie kobiet. Są to żona faraona Teja i jego matka Mutemuja. Boczne ściany tronu zdobi relief złożony z dwóch bóstw obrazujących Nil. Postacie te łączą ze sobą symboliczne rośliny w tzw. znak sema taui (połączone ze sobą papirus i trzcina wokół rdzenia z tchawicy i płuc zwierzęcia); jest to symbol ponownego zjednoczenia Egiptu. Powyżej wypisane jest imię faraona.

Jeden z posągów, po uszkodzeniu (zawaliła się górna część posągu - obecnie widać, że jest ona poskładana z kawałków) spowodowanym przez trzęsienie ziemi w 27 p.n.e., wydawał dźwięki podczas wschodu słońca. Było to spowodowane ogrzewaniem się skał wyziębionych nocnym chłodem. Posąg był odwiedzany w starożytności przez Greków, wierzono bowiem, że przedstawia syna Jutrzenki, Memnona, zabitego przez Achillesa. Wydawane dźwięki interpretowane były, jako skarga syna wznoszona do matki. Usterka ta została naprawiona na przełomie II i III wieku przez Septymiusza Sewera, a naprawa spowodowała, że posąg przestał wydawać charakterystyczne dźwięki.”

Z mojej egipskiej serii ukazały się dotychczas na blogu:

  1. Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością
  2. Karnak – egipski sen trwa…
  3. Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków 
 

hobby

Komentarze