Nilem do Asuanu

W poczuciu piękna - Egipt darem Nilu

Moją pierwszą, przed laty, wyprawę do Egiptu chciałem uczynić sposobnością do najszerszego, jak to było możliwe, przeznaczenia czasu na zwiedzanie. Leżenie plackiem na plaży, czy siedzenie z piwem pod palmą, to nie moja bajka. Dzięki ofercie jednego z biur podróży, czekało nas dziesięciodniowe zwiedzanie Egiptu od góry do dołu, a wśród atrakcji znalazł się kilkudniowy rejs statkiem hotelowym w górę Nilu. Zaczął się w Luksorze, a skończył w Asuanie. Faktyczne zwiedzanie zaczęło się już od Luksoru, Karnaku i okolic, z Doliną Królów włącznie, a potem na kolejnych etapach było Edfu i Kom Ombo, i dalej ku południowi okolice Asuanu i Abu Simbel. Końcowym akcentem wycieczki stało się zwiedzanie Kairu, Gizy, Memphis i Sakkary oraz Aleksandrii.

Pomyślałem sobie, aby każdemu z wymienionych miejsc poświęcić osobne opowiadanie, co w kilku przypadkach już nastąpiło. Jedyny problem, jaki mam zawsze, to jakie zdjęcia wybrać do prezentacji. Bo wybrać garstkę zdjęć z blisko dwóch tysięcy siedmiuset, jakie powstały podczas tej „kampanii” egipskiej, będzie oznaczało, że zdecydowanej większości nie zaprezentuję. Choć z drugiej strony mam oczywiście świadomość, że nie wszystkie do prezentacji się nadają, chociażby z tego powodu, że na grupowych wycieczkach z pilotem/przewodnikiem, często nie ma czasu do poszukiwań ciekawych ujęć, więc bywałem zmuszony łapać, co się dało i tak, jak to było możliwe. Ale i takie zdjęcia nadal przechowuję w swoim cyfrowym Albumie, bo są „dokumentem chwili ulotnej”, mającym funkcję uzupełniającą obok „pocztówek”.

Dziś chciałem zaprezentować moje krótkie fotograficzne wspomnienie z ostatniego dnia rejsu statkiem hotelowym po Nilu. W opowiadaniu nie będzie wtrąceń historycznych o faraonach, natomiast (z danych exif) przy opisach zdjęć wstawiłem porę dnia. A to było tak….

5:49. Pobudka tuż po wschodzie słońca.

7:29. Śniadanie. Kucharz uwijał się jak mógł na dwie patelnie, bo amatorów na jajecznicę było wielu. Aparat towarzyszył mi od porannego wyjścia z kajuty, aż do zachodu słońca, a także i później.

Całe przedpołudnie tego dnia poświęcone zostało na zwiedzanie Edfu, ale opis tego wydarzenia znalazł się już w poprzednim opowiadaniu. Po powrocie był obiad, a po południu leniuchowanie, a faktycznie udaliśmy się na górny pokład, gdzie był nawet mały basen, a w tylnej części stało wiele stolików pod lekkim zadaszeniem. Pełna „klimatyzacja” naturalna, czyli leki zefirek, ułatwiała dłuższe przebywanie na pokładzie. Z tego miejsca miałem doskonały widok na oba brzegi Nilu. Słońce stało już po zachodniej stronie nieba, co będzie widać po tym, jak układają się cienie.

14:20. Na poniższym zdjęciu brzeg wschodni. Ukształtowanie okolicy po tej stronie rzeki wyglądało przeważnie podobnie. Skaliste, żółte wzgórza dochodziły blisko do brzegu, skutkiem czego pas zieleni bywał bardzo wąski.

14:24. Chwilami zieleń niemal zanikała. Wzdłuż wschodniego brzegu ciągnęła się linia kolejowa z Kairu do Asuanu (około 900 km), a jej fragment widać na zdjęciu poniżej w postaci nasypu i cienkiej nitki torów.

14:29. Zachodni brzeg na dłuższym dystansie był nisko położony, co skutkowało znacznie szerszym pasem roślinności. Daleko wśród drzew widać zabudowania, a przy samym brzegu dwie swobodnie pasące się krowy.

14:43. Za chwilę wyprzedzał nas pociąg pasażerski udający się do Asuanu. Takim właśnie pociągiem za parę dni, ale w nocy, będziemy udawać się na północ, do Kairu.

14:44. Wschodni brzeg, to nadal ten sam wąski pas zieleni i skaliste, suche wzgórza.

14:46. Nil miejscami rozlewa się szeroko, tworząc mielizny, do których docierają bez problemu miejscowe dzieci, wykorzystujące to miejsce to zabawy.

14:47. Krowy też chyba nie chcą być gorsze.

14:49. W pewnym momencie na wschodnim brzegu zachodzi mała zmiana w krajobrazie. Na dotychczas monotonnych skalistych wzgórzach, ukazują się ruiny budowli przypominającej fort z dawnych czasów.

14:54. Od wschodniego brzegu odpływa feluka z dwiema osobami. Sądząc z kierunku ich rejsu, przypuszczam, że mają prawdopodobnie jakąś sprawę po drugiej stronie rzeki, a że mostów tu niema, to pozostaje jedynie droga wodna.

15:01. Nieco dalej ukazuje się inny środek transportu wodnego, ale to mała łódka wiosłowa, więc wioślarz będzie się musiał sporo natrudzić.

15:15. Ale i wschodni brzeg miejscami pozwala na jakąś „produkcję rolną”. Na pierwszym planie widzimy palmy daktylowe. Dalej też jest zielono, ale co tam rośnie, trudno rozpoznać. Płasko tu, to i nawodnienie sięga głębiej.

15:18. I oto naszym oczom ukazuje się grupa chłopców egipskich nad samą wodą i paru z nich w wodzie. Im ta kąpiel nie zaszkodzi, choć w wodzie pełno jest pasożytów, od których my ciężko zachorowalibyśmy. Ale to jest ich środowisko naturalne.

15:21. Płynąc, cały czas obserwujemy okolicę. Wschodni brzeg nadal w tym miejscu jest niski.

16:15. Ale sytuacja w pewnej chwili odwróciła się. Brzeg zachodni się podniósł, roślinność zaczęła zanikać i w pewnym miejscu pozostał tylko wąski pas traw. Natomiast ponad nimi zobaczyliśmy coś na kształt kamieniołomu i komory skalne wykute przy brzegu. No i nie wiem, czy były to dawne mieszkania, czy… proste komory grobowe.

16:16. Jednak za chwilę mijamy fasadowo ozdobione komory skalne podobne do tych, które widzieliśmy później w Petrze (Jordania). Czyżby to były jednak komory grobowe? Obok tych dużych fasad widać jedną maleńką, skromniej zdobioną. Dla dziecka? Niestety podczas rejsu nie było kogo o to spytać. Ale z literatury dowiedziałem się, że w zwyczajach dawnych Egipcjan istniała tradycja tworzenia w grobowcach tzw. martwych drzwi. A zwyczaj polegał na tym, że w ścianie kaplicy, będącej częścią mastaby, wstawiano płytę kamienną imitującą drzwi, przez które dusza zmarłego mogła swobodnie przemieszczać się. Obyczaj został zaobserwowany w mastabach, czyli grobowcach dostojników egipskich, ale nie można wykluczyć, że funkcjonował szerzej, a to, co tu ujrzeliśmy, kojarzyło mi się właśnie z „martwymi drzwiami”, lub… po prostu zamurowanym wejściem go grobowca. Ale to już bardziej jest moja spekulacja, bo i tak nie miałem tego jak sprawdzić.

16:22. Rzut oka wstecz, gdzieś ku północy. Rzeka znika za zakrętem.

16:33. Po wschodniej stronie ukazuje się za palmami strzelista sylwetka minaretu. Znak, że mijamy jakąś większą osadę.

17:11. Wreszcie na wodzie pojawia się feluka. To wyraźnie większa łódź, niż ta widziana poprzednio. Przystosowana jest do przewozu turystów, co widać po daszku nad środkową częścią kadłuba.

Zbliża się wieczór. Zachód słońca już niebawem, co poznać można po tym, że wszystko zaczyna barwić się złotawo. Co raz bliżej mamy do Kom Ombo.

17:26. Słońce już bardzo nisko nad horyzontem. Za niecałe pół godziny zapadnie noc.

17:27. Dobry zoom sprawił, że zachodzące słońce jakby „urosło”.

17.55. Słońce zniknęło za linią horyzontu. Światła przepływającego obok nas, innego okrętu hotelowego, pięknie układają się na wodzie. Z dala dostrzegamy zieloną (kolor islamu) iluminację minaretu. A, że to czas Ramadanu, odetchną także i pracownicy okrętu, którzy wreszcie zasiądą do swojego pierwszego posiłku, po dniu całkowitego postu.

A gdy statek przybił do przystani w Kom Ombo, udaliśmy się na zwiedzanie tamtejszej świątyni.

Post scriptum

W poczuciu winy?

To fantastyczne, gdy co chwilę pod moim blogiem pojawiają się głosy, które w różny sposób usiłują mnie zniechęcić do dalszego pisania o moich podróżach, jakie w przeszłości odbywałem do różnych interesujących krain, skąd przywiozłem masę wspomnień i zdjęć. Czyżby to jakiś „nowy” syndrom sztokholmski? Bo niby nie lubią, a przychodzą i… nawet doradzają. O takich, co zgłaszali, że moje wpisy są nudne i męczące już pisałem, choć głosy kontestacji pojawiały się już od początku mojego blogowania. Ale pojawił się też i taki, który przemycił do swojego komentarza wyraźnie personalną niechęć do mnie, jako, że (jak uznał) na wycieczki zagraniczne stać tylko „bogatych turystów”, no i zarzucił mi „fikcję literacką”oraz popieranie „barbarzyńców” – czyli, podsumowując, jest to swego rodzaju nobilitacja. Teraz doszedł taki, który szyderczo zadał pytanie: „A kiedy wpisy o psach i kotach?” i dodał: „Szkoda mi tego portalu, żeby przekształcał się pomału na stronę o wszystkim i niczym.” Brawo! Z komentarza tego wynika, że poczucie winy powinno dopaść nie tylko mnie, ale i innych blogerów, którzy piszą o czymś innym, niż o zapisach zero-jedynkowych - no i… Moderatora, który dopuszcza do takiej „herezji”. Czyli, jest nas więcej takich, którzy powinni się wstydzić, że „zaśmiecają” portal >>wszystkim i niczym<<. Nie wiem jak inni, ale ja miałbym jednak rzeczywiście poczucie winy, gdybym pod wpływem takich właśnie głosów ustąpił, bo potwierdziłbym tym samym, ujmując przez analogię, że przeciwnicy Stefci Rudeckiej mieli rację.

Z mojej egipskiej serii ukazały się dotychczas na blogu:

Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością

Karnak – egipski sen trwa…

Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków

Nad Luksorem

Świątynia Tysiąca Lat - Hatszepsut

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. I

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. II