Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Pomiędzy bielą a czernią są też różne odcienie szarości

Microsoft Office. Zapewne większości z Was, po przeczytaniu tych dwóch słów, natychmiast przyszło na myśl skojarzenie z Wordem, Excelem, PowerPointem, Outlookiem itd. Jednocześnie niejednemu z Was przed oczami pojawił się interfejs co najmniej jednego z tych programów. A najbardziej zorientowanym w temacie mózg natychmiast wyświetlił nie tylko wygląd tych programów (i to zapewne w różnych ich wersjach), ale także możliwości, jakie każdy z nich oferuje.

Jednak - o czym jestem święcie przekonany - tylko nieliczna garstka czytających ten tekst możliwości te byłaby w stanie wykorzystać maksymalnie.

No bo - nie oszukujmy się - wielu przeciętnych użytkowników w takim Wordzie na przykład do formatowania tekstu używa jedynie kursywy, podkreślenia, pogrubienia, czasem wypunktowania, a nader często spacji, zastępującej tabulator i służącej do przesuwania bloków tekstowych. Śmiem twierdzić, że nawet ci, którzy z tym najpowszechniejszym w świecie edytorem tekstu pracują na co dzień, w tej swojej codziennej pracy wykorzystują zaledwie ułamek jego możliwości, o wielu nie mając w ogóle pojęcia.

r   e   k   l   a   m   a

Tak jak słowo Google stało się synonimem Internetu, tak Word w wielu środowiskach traktowany jest jako ten właściwy, a nawet jedyny, edytor tekstowy; Excel to jedyny arkusz kalkulacyjny, a prezentację można stworzyć jedynie w PowerPoincie. Takie myślenie na pewno nie wynika z tego, że pakiet Microsoft Office faktycznie jest tym właściwym i jedynym pakietem biurowym, i że nie ma dla niego równie dobrych alternatyw.

To skrajnie niewłaściwe rozumowanie powielane jest niestety z pokolenia na pokolenie - w domach, w szkołach, w firmach, w urzędach, w instytucjach. Od razu wyjaśniam, że wpis ten nie ma na celu promocji otwartych formatów, ani bluzgania na flagowe, bardzo dobre zresztą, produkty Microsoftu. Sednem tematu jest tutaj świadomość przeciętnego użytkownika. A właściwie brak tej świadomości - że coś, co wydaje się oczywiste, wcale tak oczywiste nie jest, i że pomiędzy bielą a czernią są też różne odcienie szarości.

Oficjalne pliki do pobrania (nie tylko urzędowe) mają rozszerzenie .doc, a te w formacie PDF w zdecydowanej większości wyeksportowane są do PDF-a jako pliki pierwotnie stworzone w Wordzie. Niektóre uczelnie od swoich studentów wymagają prac napisanych tylko w Wordzie; nawet w gimnazjach i liceach wymaga się od uczniów tworzenia różnych dokumentów, ale pod warunkiem, że będą one miały rozszerzenie .doc, .xls lub .ppt. W związku z tym, że prowadzę pewną stronę internetową, często otrzymuję maile z załącznikami tekstowymi; jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by którykolwiek z tych załączników nie był plikiem rodem z Worda lub Excela.

Takie powszechne faworyzowanie produktów Microsoftu sprzyja zapominaniu o alternatywach i utrwalaniu poglądu, że wszelką dokumentację tworzyć można/powinno się jedynie za pośrednictwem Microsoft Office.

Ryba psuje się od głowy. Co w kontekście mojego wpisu oznacza ni mniej, ni więcej jak to, że już na samym początku szeroko rozumianej komputerowej kariery i przez wszystkie jej szczeble zwykły użytkownik - jeżeli sam od siebie nie zechce pogłębić swojej wiedzy - nakierowywany jest na korzystanie z pakietu biurowego Microsoftu i nie informuje się go o równie wartościowych alternatywach. Bardzo duża w tym wina nauczycieli i osób prowadzących kursy komputerowe.

Często spotykam się z poglądem, że Worda i Excela znają „wszyscy”, i że są to programy z racji swej powszechności w pewnym sensie uniwersalne, i że każdy je ma (?), i w związku z tym tworzenie dokumentów z użyciem innych programów jest utrudnianiem życia nie tylko sobie, ale i innym, zwłaszcza że ktoś, kto dysponuje Wordem, może mieć problem z prawidłowym odczytem dokumentów (na przykład) LibreOffice Writer'a. Pogląd po części słuszny, jednak nie do końca prawdziwy.

Nie chodzi tu o to, który pakiet jest lepszy, gorszy, łatwiejszy, trudniejszy, powszechniejszy, „otwarty”, czy płatny. Nie chodzi tu też o udowadnianie wyższości jednego pakietu nad drugim. Bo praktycznie wszystkie można zestawić w jednym szeregu i z powodzeniem stosować je wymiennie. O czym jednak nie wszyscy wiedzą. I znowu napisać muszę, że duża w tym wina przede wszystkim nauczycieli i osób prowadzących kursy komputerowe (zwłaszcza dla początkujących).

Żeby nie być gołosłownym podam dwa przykłady. Pierwszy z nich odnosi się do pewnego pana, który w wieku siedemdziesięciu pięciu lat postanowił poznać świat komputerów i Internetu. Otóż pan Zbyszek (bo tak ma na imię) zapisał się na kurs komputerowy dla początkujących. Taki kurs nie może oczywiście obyć się bez wykładu i zajęć praktycznych z pakietem biurowym w tle. Jak się zapewne domyślacie, kurs w tym temacie prowadzony był z użyciem pakietu Microsoft Office, konkretnie z dwoma jego najpopularniejszymi elementami: Wordem i PowerPointem. I wszystko być może byłoby super, gdyby nie fakt, że dla pani prowadzącej kurs słowa Word i PowerPoint były synonimami edytora tekstowego i programu do tworzenia prezentacji. Na lekcjach z użyciem tych programów zabrakło kilku kluczowych wyjaśnień - że Microsoft Office jest jednym z wielu pakietów biurowych; że Microsoft Office jest pakietem płatnym; że zdecydowaną większość plików utworzonych w Microsoft Office można z powodzeniem odczytywać i edytować za pomocą innych pakietów; że aby móc korzystać z pakietu Microsoft Office, trzeba go najpierw kupić.

Pani prowadząca kurs wszystkie te kwestie ominęła (no bo nie wierzę, żeby miała aż tak elementarne braki wiedzy) i przeszła do zagadnień praktycznych, na końcu zajęć sugerując kursantom przećwiczenie omówionych zagadnień w domu. Po powrocie do swoich czterech ścian pan Zbyszek przez dobre pół godziny szukał w swoim pececie jakiejkolwiek wzmianki o Microsoft Office. Sfrustrowany swoje poszukiwania skwitował krótkim „Mam g...o, a nie komputer!” i gdyby nie moja skromna interwencja, zapewne z tym przekonaniem poszedłby spać. Wypytany o szczegóły tej części kursu pan Zbyszek przyznał, że o alternatywach dla microsoftowego Office'a nie było mowy; nie było też mowy o tym, że pakiet ten trzeba kupić. I na koniec rzecz najdziwniejsza - kursanci zgodnie z wytycznymi swojej nauczycielki mieli szukać Office'a w swoich komputerach po ścieżce Start > Wszystkie programy > Microsoft > Office i dalej, zależnie od programu, który potrzebowali > Word lub PowerPoint. Trudno było znaleźć coś, czego nie ma. Zwłaszcza panu Zbyszkowi, czyli komuś, kto parę dni wcześniej ledwie radził sobie z rozróżnieniem prawego i lewego przycisku myszy.

W powyższym przykładzie ewidentnie widać, jaką pozycję ugruntowały sobie flagowe produkty Microsoftu. Oczywiście taki Word należy do czołówki wśród edytorów tekstowych, ale - powtórzę raz jeszcze - nie jest w tym środowisku sam jeden. Dlatego jest dla mnie wielce niezrozumiałym, że ludziom, których chce się nauczyć korzystania z tego typu programu, nie przedstawia się alternatyw.

Kursy komputerowe dla początkujących są przeznaczone dla osób, które dopiero poznają świat komputerów i Internetu. Powinno się ich zatem nauczyć rzeczy podstawowych, w miarę możliwości korzystając z narzędzi ogólnie dostępnych, powszechnych, darmowych. Pewien argument rzekomą powszechność pakietu Microsoft Office stawia pod dużym znakiem zapytania. Chodzi oczywiście o forsę. Pełnowartościowy pakiet Office kosztuje przecież parę setek, co dla kogoś, kto chce pisać proste teksty, na pewno stanowi barierę skutecznie hamującą jego zakupowe zapędy w tej kwestii. No bo czy żeby pokonać 100 metrów, koniecznie trzeba kupować samochód?

Drugi przykład. Tym razem na kurs komputerowy udaje się pewna pani. Sytuacja podobna jak w przypadku pana Zbyszka: edytor tekstowy = Word, arkusz kalkulacyjny = Excel itd. Nauka z pakietem biurowym przyjmuje dość sztywny, schematyczny wygląd. Czyli „żeby zrobić to, klikamy tu”, a „żeby zrobić tamto, klikamy tam”. Później ta sama pani siada przed czymś takim jak Apache OpenOffice. Szuka w nim tzw. wstążki, krzywo patrzy na odmienne ikonki, gubi się w interfejsie i na koniec stwierdza, „że tutaj nic się nie da zrobić”.

Da się. Ale skoro panią nauczono nie pracy z edytorem tekstowym, lecz pracy z Wordem, no to się nie da...

Swego czasu wysłałem do pewnej pani z urzędu gminy pewien artykuł. Specjalnie napisałem go w openoffice'owym Writerze. Reakcja była zgodna z moimi oczekiwaniami, czyli mail zwrotny o treści: „Proszę mi ten artykuł przysłać w innym formacie, bo ja tego nie mogę otworzyć”. Sytuacja tym bardziej wywołująca uśmiech na twarzy, bo pani ta na co dzień redaguje teksty do gminnej gazetki, więc o edytorach tekstowych powinna wiedzieć nieco więcej :) A przecież wystarczyło kliknąć prawym przyciskiem myszy na tym pliku .odt, zaznaczyć „Otwórz za pomocą” i wskazać Worda. Lub odpalić Worda, kliknąć na „Otwórz” i wskazać przysłany przeze mnie plik.

Podobną sytuację miał pewien młodzian. W szkole ponadgimnazjalnej zadano mu stworzenie prezentacji. Nauczycielka, nie pytając nikogo o fakty, wyszła z założenia, że PowerPointa mają wszyscy, więc prezentacja ma być zrobiona właśnie w nim. „Młody” był trochę zaskoczony, że akurat on PowerPointa nie ma... Za moją sugestią zrobił prezentację w OpenOffice Impress, czym oczywiście bardzo zaskoczył swoja nauczycielkę. Jej reakcja? „No nie wiem, czy będę potrafiła to otworzyć”. Bez komentarza.

Gdyby pakiet Microsoft Office był pakietem bezpłatnym, zapewne wpis ten nigdy by nie powstał. Nie powstałby również i wtedy, gdyby na szkoleniach komputerowych kursantom wyjaśniano podstawy działania nie pakietu Microsoft Office, lecz programów biurowych w ogóle, „ujawniając” przy tym jednocześnie istnienie alternatyw i wskazując podstawowe różnice między nimi.

Wiele razy zdarzało się, że pomagałem komuś poprawnie napisać CV. „No bo ja nie umiem” - tłumaczył jeden z drugim. A potem taki jeden z drugim żądał wstawienia w CV wzmianki na temat biegłej znajomości programów biurowych. Żenujący paradoks. „No przecież mam kurs!” - kolejne tłumaczenie, które pomiędzy teorią a praktyką stawia mur nie do przebicia.

Jako samouk, wiecznie pytający co?, jak?, dlaczego?, i znajdujący odpowiedź zazwyczaj na własną rękę, cieszę się, że w swoim CV kłamać nie muszę. Bo co innego mieć kurs, a co innego mieć wiedzę. 

Office

Komentarze