Okiem Pangrysa, czyli jak się bawiłem na „Player One”

Parę dni temu, na ekranach kin niemal całego świata pojawił się jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów, czyli najnowszy film Stevena Spielberga pt. "Ready: Player One", który z niewiadomych przyczyn, w Polsce będzie wyświetlany pod skróconym tytułem "Player One". Film jest adaptacją niesamowitej powieści Ernesta Cline, wydanej pod tym samym tytułem. W książce autor ukazuje nam zniszczone kryzysem mocarstwa, które stoją na krawędzi upadku. Ludzkość za to ucieka od szarości dnia codziennego zatracając się w globalnym wirtualnym świecie OASIS, który wyparł klasyczny Internet jaki znamy choćby dziś. W OASIS, każdy może być kimś, nawet jeśli w realu jest na samy dole drabiny społeczne. Akcja powieści rozpoczyna się w roku 2044, niemal pięć po śmierci twórcy OASIS, Jamesa Halliday, który ogłosił, że w świecie OASIS, jest ukryty tzw. nomen omen "Easter Egg" i kto go znajdzie zdobędzie na własność całą firmę zarządzającą tym wirtualnym światem wraz pokaźna ilością gotówki. By zdobyć ów skarb trzeba złamać szereg zagadek. Klasyczna historia o jednym człowieku, który dzięki niesamowitemu szczęściu oraz swoim umiejętności wraz z przyjaciółmi, obroni świat, zwycięży i zdobędzie to czego zawsze pragnął.

Cóż, może to i brzmi nieco sztampowo, ale nie tu tkwi clou tej książki. Otóż książkowy James Halliday był geekiem, wychowanym na popkulturze początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Tak więc zagadki czy wyzwania, nierozerwalnie były związane z grami, filmami właśnie z tego okresu. Co więcej, autor w niesamowity sposób, przekazuje nam atmosferę tamtych szalonych lat i pokazuje jak wiele z ówczesnej czy nieco późniejszej tworów popkultury ma wpływ na dzisiejsze pokolenie dzisiejszych 40 i 50 latków. Ilu z was uśmiechnie się, gdy wyobrazicie sobie DeLoreana z rejestracją ECTO-1 czy frachtowiec klasy Firefly o wdzięcznej nazwie Vonnegut. Tylko ktoś, kto w latach młodości dużo czasu spędzał w salonach gier, uśmiechnie się słysząc o dziś już nieco zapomnianych grach i komputerach, wokół których oparta jest fabuła książki i filmu.

Nie chcę zdradzać fabuły, ale jest jak dla mnie obowiązkowa pozycja dla każdego który pamięta tamte pionierskie czasy. Jeśli czujesz się choćby w części geekiem to o tej konkretnej pozycji nie możesz pominąć, ale tutaj wtrącę małą uwagę. Jeśli jeszcze nie czytałeś książki to poczekaj z lekturą do obejrzenia filmu. Niestety, ekranizacje rządzą się swoimi prawami i ku mojemu smutkowi, ten film nie jest wyjątkiem. Steven Spielberg, mocno zmienił fabułę filmu względem pierwowzoru i dla kogoś kto pokochał książkę, zmiany mogą być nieco szokujące. Nie mniej nadal jest to świetny film akcji, z efektami wgniatającymi w fotel, z wyrazistymi postaciami i z fabułą, która jest spójna co ostatnio nie jest regułą w amerykańskich "Blockbusterach". 

Nie chcę spoilerować historii, ale przygotujcie się na jazdę bez trzymanki po popkulturze lat 70, 80 i 90 tych. Dla tych co wychowali się na klasycznej trylogii Star Wars, dla tych co niezliczone razy oglądali japońskie filmy o Godzili czy o Gamerze czy resztę kieszonkowego przepuszczali w Salonach Gier, jest to pozycja obowiązkowa. Oczywiście w filmie, wiele wątków z książki zostało bezlitośnie usunięte, choćby ze względów patentowych, bo prawa do tych postaci należą do innych koncernów, lecz tu Spielberg z tej sytuacji wyszedł obronną ręką. Pojawiają się całkowicie inne postacie z filmów z tego okresu hmm... w dość nieoczekiwanych zestawieniach :) Oglądając film, warto zainteresować się tzw. drugim a czasem nawet trzecim planem, bo tam widać jak Wielki Steven puszcza do nas oko. I choć jestem fanem zakochanym w książce i wiem jak dalece jest inna od filmu to jednak pójdę na ten tytuł do kina jeszcze raz a potem nabędę Blu-ray z tym filmem by patrzeć, ile jeszcze Easter egg-ów przegapiłem. Bo jakieś przegapiłem na pewno, tego jestem pewien.

Tak naprawdę cicho się łudziłem, że Spielberg odtworzy książkę, ale on, jak to na niego przystało, zaproponował nam historię opartą tylko na szkielecie powieści, narzucając nam swoją wizję. I jak to zwykle u niego wychodzi, sprawił się naprawdę nieźle. Dostajemy niesamowite widowisko, gdzie kątem oka wychwytujemy postacie z He-Man, Tomb Raider, Drużyny A, Alien, Mortal Combat, League of Legends, Halo, Overwatch, Starcraft, Battleborn, serii Tekken, Laleczki Chucky, klasycznego Batmana czy Robocopa. Oczywiście tych nawiązań jest dużo, dużo więcej choćby w formie graffiti na ścianach czy naklejek lub ... modeli. ;) Lepiej po prostu sami pójdźcie do kina i spróbujcie się nie uśmiechnąć przy niektórych scenach ... podpowiem, nie uda wam się :) Ja gorąco polecam ten film, bo mimo swoich oczywistych wad, świetnie się na nim bawiłem. I znając mnie, będę się na nim bawił jeszcze wielokrotnie. Namawiam was byście później sięgnęli po książkę, bo naprawdę jest tego warta. W niej świetnie jest ukazany geekowski świat lat 80 tych, jakiego my w smutnym PRL nie uświadczyliśmy tak jak nasi równieśnicy na Zachodzie. Za to oni nigdy nie będą mieć takich wspomnień jak my, gdzie wszystko trzeba było zdobywać w nie do końca legalny sposób lub stworzyć sobie samemu. :)

Nie mniej, to kiedy idziecie do kina ?? ;)