Petra – geniusz Natury i rąk ludzkich

Dedykuję dla relaksu wszystkim zmęczonym monotonią codziennej pracy. Odłóżcie na chwilę telefony komórkowe i inne absorbujące gadżety, i zanurzcie się w pięknie Natury i tworów rąk ludzkich.

Wychodząc z założenia, że piękno Natury nie ma alternatywy, muszę jednakże uznać, że są miejsca na Ziemi, gdzie starożytny geniusz rąk ludzkich utworzył z Naturą wspaniałą harmonię, którą my, przedstawiciele rozwiniętej cywilizacji XXI wieku, możemy jedynie podziwiać, jako wzór do naśladowania.

reklama

Przed kilku laty, gdy jeszcze na Bliskim Wschodzie panował pokój – braliśmy z żoną, jako turyści, udział w wyprawie do Jordanii. Jednym z jej wielu miejsc, naprawdę wartych odwiedzenia, jest Petra. Chcących zgłębić historię Petry zachęcam do skorzystania ze źródeł historycznych, jako że nie ma tu miejsca, aby przenieść naszą wiedzę o historii Nabatejczyków, historii opisującej czasy sprzed dwóch tysięcy lat. Nabatejczycy pozostawili nam w spadku wspaniałe dzieła budowniczych i rzeźbiarzy, które można dziś można podziwiać na bardzo rozległym terenie Petry.

Wiedząc z góry, że w trakcie wyprawy z biurem podróży do Jordanii i Syrii będzie okazja do zrobienia setek zdjęć dziennie, wyposażyliśmy się w odpowiednią ilość pamięci do aparatów, a poza tym zapasowe akumulatorki. I rzeczywiście tego dnia w Petrze wykonaliśmy prawie siedemset zdjęć. Z tego niestety tylko drobną cześć mogę tu przedstawić.

Po dojechaniu do Petra Visitors Centre, dalej ruszyliśmy już na piechotę w kierunku wąwozu (al-Siq), który powstał skutkiem tektonicznego pęknięcia masywu górskiego. Od samego początku spaceru mijaliśmy - to po lewej, to po prawej stronie - przeróżne, mniejsze lub większe, budowle wykute w skałach, mające prawdopodobnie ponad dwa tysiące lat.

Gdy weszliśmy do głównego przewężenia skalnego – z chwili na chwilę zaczęliśmy sobie uświadamiać ogrom skał, które nie tylko nas otaczały, ale przede wszystkim nad nami niesamowicie górowały. Mając tych gigantów na wyciągnięcie ręki, podświadomie czuliśmy wobec nich ogromny respekt. Ale oprócz nich, już na samym początku, moją uwagę przyciągały liczne wykute w skałach formy przypominające jakby ścienne kapliczki.

Szczelina skalna, zamieniona dla celów turystycznych w wyrównany deptak, miała miejscami szerokość zaledwie 3 metrów, a nad nami wznosiły się ściany skalne o wysokości kilkudziesięciu metrów, które chwilami sprawiały wrażenie, jakby się gdzieś tam w górze nad nami zamykały. Dla fotografującego z marszu turysty miejsce to jest zarówno piękne jak i trudne. Miejscami korytarz skalny u dołu był względnie mroczny, podczas gdy jego najwyższe miejsca były silnie nasłonecznione. Duża skala kontrastów oznaczała chwilami trudne do uniknięcia „przepały”.

Wąwóz ma około półtora kilometra długości, ale że droga wiła się nieustannie jak wąż, więc trudno się było zorientować jak wielki dystans już pokonaliśmy i ile jeszcze przed nami. Ale nie był to zwyczajny spacer.

Niesamowita sceneria sprawiała, że w trakcie marszu nieustannie wykonywałem jakby „taniec”, to kręcąc się wokół własnej osi, to głową poruszając we wszystkich kierunkach, aby wchłonąć w siebie i na kartę aparatu jak najwięcej. Nasze aparaty stały się niejako przedłużeniem ciała.

Drzewka i krzewy wyrastały tu i tam ze szczelin skalnych, co niemal automatycznie zmuszało do postawienia pytania: skąd one biorą wodę? Ale prawdopodobnie to skroplona para wodna, gromadząca się nocą w szczelinach, była dla nich źródłem życia. Innego wytłumaczenia nie miałem.

Niesamowite wrażenie sprawiały tak kształty skał, jak i ich kolorystyka. Dominował typ piaskowców pasiastego i różowego, dzięki którym na całej trasie skalne monumenty robiły niesamowite wrażenie swym wyglądem - tak w kanionie, jak i potem na otwartym terenie, gdzie ujrzeliśmy ruiny miasta.

Poniższe zdjęcie nie jest przeze mnie podkręcane kolorystycznie. Niedawne odpadnięcie fragmentu skały odsłoniło wnętrze, którego krótki czas podlegania erozji nie zdążył jeszcze pozbawić jaskrawej barwy, podobnej do koloru minii ołowiowej.

Nabatejczycy żyjąc na obszarach skalistej pustyni musieli rozwiązywać problemy zaopatrzenia w wodę. W lewej dolnej części kadru (zdjęcia poniżej), widać kanał wykuty w ścianach, będący w przeszłości rodzaju akweduktu wyposażonego w kilku miejscach trasy w niewielkie wykute poszerzone zagłębienia, mające charakter jakby miejscowego rezerwuaru wody dla spragnionych.

Wędrując tym tajemniczym korytarzem skalnym, mającym co kilka kroków inną twarz, w pewnym jego miejscu ujrzeliśmy lekko zaciemnione przewężenie, a w chwilę później małym fragmentem ukazał się monument zwany Skarbcem (The Treasury), choć takiej funkcji nigdy faktycznie nie pełnił. Jeszcze kilka kroków i naszym oczom ukazał się Skarbiec w całej okazałości. Ten widok zapierał dech w piersiach. I to właśnie ten obrazek stał się główną wizytówką Petry (zdjęcie poniżej). Przepiękne zdobienia fasady, wykutej w stylu klasycystycznym, w niektórych miejscach były u góry uszkodzone. Miała to być dawna robota Beduinów, którzy strzelali do miejsc, które podejrzewali, że przechowywane są w nich skarby. Skarbów oczywiście nie było, ale dewastacja pozostała. Entuzjaści przygód Indiany Jonesa pamiętają zapewne film „Ostatnia krucjata”, gdzie Skarbiec pojawił się w ostatnich scenach. Ale rzekome wnętrza Skarbca, z posągami i kolumnami, to licentia poetica scenarzysty. W rzeczywistości są tam tylko proste komory wykute w skale. Ale dla turystów są niedostępne. Jako folklor potraktować należy postać żołnierza w mundurze z epoki, siedzącego przed wejściem do Skarbca, a faktycznie pracownika skalnego muzeum, pilnującego, aby nikt tam nie wchodził.

Miejsce przed Skarbcem nie było już tak szczupłe jak w kanionie. Tu rozpadlina skalna była dość obszerna, dzięki czemu powstał spory placyk, w którego kącie zadomowił się rodzimy handel pamiątkami. A i kilka wielbłądów czekało na amatorów jazdy wierzchem. Skręciliśmy w prawo. Droga wiodła po lekkiej pochyłości w dół. Przed nami kolejne odsłony „dzielnicy” fasad ozdabiających wykute komory, których przypuszczalnym przeznaczeniem mogła być funkcja krypt grobowych. I w rzeczy samej, naukowcy mianem grobowców fasadowych nazwali ozdabiane na froncie komory skalne, przy czym nadano im klasyfikację uwzględniającą styl fasad oraz ich zdobień.

Wąwóz ponownie przeszedł w postać poszerzonej górskiej dolinki. Wszędzie dokoła widać było dziesiątki otworów wykutych w skałach, wiele ozdobionych na fasadzie czymś w rodzaju filarów, a w zasadzie pilastrów z kapitelami zwieńczonych attyką lub tympanonem. Ich stan był różny, co wynikało najprawdopodobniej z erozji skał. A rozmach projektu mógł być zależny od pozycji społecznej ich „użytkowników”.

Jedną z najbardziej okazałych publicznych konstrukcji skalnych tego miejsca, okazał się amfiteatr, mający charakter raczej grecki, jako, że oparty był o wzgórze (a faktycznie o skałę). Całość trybun była efektem kucia, natomiast jedynie skene było wzniesione z kamiennych bloków i dlatego w starciu z Naturą i człowiekiem wyszło na tym gorzej niż trybuny.

W dalszym ciągu szliśmy wąwozem, który w miarę naszego marszu poszerzał się, co stopniowo nadawało mu charakteru śródgórskiej doliny. Komory skalne ciągnęły się w ścianach skalnych po obu stronach. Ponieważ po Nabatejczykach nie pozostały żadne źródła pisane, nie można dziś wykluczyć, że część z tych komór mogła służyć po prostu celom mieszkalnym, lub gospodarczym.

Wreszcie droga skręciła w lewo i oto naszym oczom ukazała się główna ulica miasta Nabatejczyków, wytyczona tu i ułożona z gładzonych bloków kamiennych jeszcze w starożytności, a dalej zabudowa miasta, a w zasadzie głównie ruiny jego świątyń.

Szczególnie piękne są mozaiki, jakie zachowały się na podłodze, będącej w całkowitej ruinie bizantyjskiej bazyliki chrześcijańskiej z drugiej połowy V wieku. Ich fragment przedstawia zdjęcie poniżej. Bazylika znajdowała się na wzgórzu, naprzeciw kompleksu dawnych świątyń z czasów nabatejskich.

Chcąc dotrzeć do każdego wartego obejrzenia miejsca musielibyśmy mieć więcej czasu. Niestety plan ramowy wycieczki nie pozwolił na to. Trzeba było wybierać, a kusiło wszystko. W otwartym terenie doliny, posiadanie mocniejszego zooma w aparacie dawało na szczęście jakąś namiastkę osobistego „dotarcia” do większości miejsc wartych zobaczenia, ale na dalszą wyprawę górskimi ścieżkami, aby zobaczyć wszystkie skarby historii tej ziemi już niestety nie było czasu.

Mimo, że klimat tej skalistej doliny był niezwykle suchy i nie widać było żadnych źródeł wody, to tu i ówdzie rosły i kwitły krzewy oraz wyrastały ze szczelin kępy porostów. Dziw brał, podobnie jak w kanionie, skąd one czerpały wodę.

Wykonałem z bliska, w różnych miejscach, szereg zdjęć struktury piaskowca pasiastego. Natura wykonała swoje dzieło po mistrzowsku. Poniżej jeden z przykładów.

Nic dziwnego, że obrotni tubylcy uczynili sobie z tych skał przedmiot zarobku, oferując turystom drobne ich kawałki, jako pamiątkę. Gorzej, że do tej pracy zapędzili swoje małe dzieci, które w pełnym słońcu, w tej suchej, skalistej scenerii oczekiwały całymi godzinami na amatorów pamiątek. Przy całym pięknie okolicy i majestacie historii tego miejsca, widok tych umęczonych dzieci był bardzo przygnębiający.

Zdjęcia - Panasonic FZ30 (29 zdjęć) i Canon A720 IS (1 zdjęcie - mozaiki).  

hobby
reklama

Komentarze