r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Po awarii Dokumentów Google: błąd w kodzie wywołał automatycznego cenzora

Strona główna AktualnościINTERNET

Dostawcy pakietów biurowych w chmurze nieustannie zapewniają swoich biznesowych użytkowników, że praca w przeglądarce to przyszłość, że nie ma powodu obawiać się o poufność informacji ani utratę kontroli nad swoimi danymi, a w zamian dostajemy przecież ogromną wygodę pracy grupowej. Ostatnia afera z Dokumentami Google pokazuje, jak niedorzeczne są te zapewnienia. Firma z Mountain View nie tylko zagląda użytkownikom do ich dokumentów, ale też ma pod ręką narzędzia cenzorskie. Czasem bywa i tak, że uruchomią się one bezpodstawnie, odcinając ludzi od ich pracy.

31 października setki użytkowników na forum pomocy Google Docs zadawało to samo pytanie: dlaczego mój dokument został skasowany? Inni wspominali, że dostęp do dokumentów mają, ale nie mają jak pokazać ich innym – pojawiał się komunikat, że dany dokument został oznaczony jako niestosowny (inappropriate) i nie można go już udostępniać. Niezależnie od komunikatu, efekt był ten sam – ludzie mający określone terminy oddania pracy zostali postawieni pod ścianą.

Brak dostępu do plików trwał nawet do 10 godzin. Wśród poszkodowanych znaleźli się m.in. Rachel Bale, reporterka magazynu National Geographic, której zablokowano artykuł o przemycie dzikich zwierząt czy Bhaskar Sunkar, założyciel politycznego pisma Jacobin, który stracił dostęp do dokumentu o postsocjalistycznych partiach Wschodniej Europy. Zdesperowani użytkownicy próbowali nawiązać kontat z pomocą techniczną Google – tyle że ta akurat spała w innej strefie czasowej.

r   e   k   l   a   m   a

W końcu Google odezwało się na swoim forum w osobie niejakiej Julianne ze Społeczności Dokumentów Google. Poinformowała ona, że na serwery produkcyjne wgrano kod, który doprowadził do niepoprawnego oznaczenia niewielkiego odsetka Dokumentów jako „nadużyć”, co spowodowało ich automatyczne zablokowanie. Poprawka została już dostarczona, a wszyscy użytkownicy powinni już odzyskać dostęp do swoich dokumentów. Julianne przeprosiła za awarię, ale zarazem przypomniała, że ochrona użytkowników przed wirusami, malware i innymi formami nadużyć jest kluczowa dla ich bezpieczeństwa.

Świetna wiadomość, tyle że nie do końca prawdziwa – wielu użytkowników dalej wspominało, że pozostaje odciętych od dostępu do swoich dokumentów. Odezwała się więc niejaka Jo S., ochotniczka pomocy technicznej z platynową odznaką, która zaproponowała tym, których dokumenty nie zostały przywrócone, by zapoznali się z Zasadami programu związanego z nadużyciami i ich egzekwowaniem, by sprawdzić, czy czasem nie naruszyli jednak zasad Google. Jeśli uważają, że zasad nie naruszyli, to powinni wysłać prośbę o sprawdzenie przypadku naruszenia zasad przez dany plik.

Porada równie znakomita co wiadomość pani Julianne – i równie bezużyteczna. Aby poprosić o sprawdzenie naruszenia zasad, należy wpierw mieć dostęp do pliku, funkcja ta jest bowiem wszyta w mechanizm jego udostępnienia. Co więcej, Google nie wyznacza sobie żadnych ram czasowych na rozstrzygnięcie kwestii zgodności z zasadami, więc ci, którzy potrzebują swojego dokumentu „na wczoraj”, nie mogą liczyć na pospiech.

Cały ten incydent pokazuje wyraźnie, że Richard Stallman miał całkowitą rację w kwestii chmur obliczeniowych. Dokumenty Google okazują się jeszcze gorszym rozwiązaniem, niż standardowy pakiet biurowy Microsoftu – ten ostatni, mimo że własnościowy, nie czyta zawartości dokumentów użytkowników i nie blokuje im do nich dostępu, gdyby znalazł w nich coś nie tak.

Obowiązuje u nas wolność słowa

A lista rzeczy, które na platformie Google’a są uważane za niestosowne, jest całkiem spora. Choć Google utrzymuje, że w jego usługach obowiązuje wolność słowa, to jednocześnie przedstawia długą liczbę wyłączeń spod tej wolności. Wcale nie chodzi tylko o materiały o charakterze pornograficznym (ani żadne materiały promujące albo przedstawiające niezgodne z prawem lub nieodpowiednie czynności seksualne z dziećmi albo zwierzętami, jak tłumaczy firma z Mountain View).

Zakazane jest też prezentowanie przemocy (chyba że jest to uzasadnione wyższym dobrem społecznym), szerzenie treści, które promują lub akceptują przemoc wobec osób lub grup ze względu na ich rasę lub pochodzenie etniczne, wyznanie, niepełnosprawność, płeć, wiek, narodowość, status weterana lub orientację seksualną/tożsamość płciową, promowanie niebezpiecznych lub niezgodnych z prawem zachowań, na przykład (…) sprzedaży narkotyków lub leków na receptę, a nawet przekazywanie linków do stron internetowych, na których do nielegalnego pobrania dostępne są pliki lub materiały chronione prawami autorskimi.

Innymi słowy, Google przyznaje, że ma dostęp do dokumentów swoich użytkowników, czyta je i pozwala sobie je usunąć ze względu na przeróżne naruszenia jego zasad. Samo tymczasem za nic nie odpowiada – w najnowszej wersji Warunków korzystania z usług Google możemy sobie poczytać o Gwarancjach i wyłączeniu odpowiedzialności. Usługi Google są świadczone „w takim stanie w jakim się znajdują”, a firma nie składa żadnych konkretnych obietnic z nimi związanych, dotyczących konkretnych funkcji, niezawodności czy dostępności.

Chmura nie zwalnia z konieczności robienia backupu

Gdy więc usłyszycie kiedyś od Google obietnicę bezpieczeństwa waszych danych w chmurze, wiedzcie że to tylko marketingowy frazes. Google niczego takiego nie obiecuje – otwarcie mówi, że nie ponosi odpowiedzialności za żadne straty ani szkody.

Lewton Pritchar, bioinformatyk dotknięty tą ostatnią awarią napisał na Twitterze, że wcześniej promował Dokumenty Google jako narzędzie do współpracy między instytucjami. To co jednak się stało sprawiło, że z tym promowaniem już koniec. Nie zadowala go też forma poinformowania o problemie. Skoro nie wiemy, co faktycznie się stało, jak możemy ocenić wiarygodność deklaracji wprowadzenia procesów, które do takich awarii już nie dopuszczą? – pyta Pritchar.

Jeśli nie możecie się rozstać z usługami Google’a, możemy jedynie polecić regularne kopiowanie przechowywanych w chmurze plików na lokalny dysk za pomocą klienta Dysku Google (wersja na Windowsa | wersja na macOS-a). Użytkownikom Linuksa można polecić albo mechanizm integracji z Dyskiem Google wprowadzony w KDE 5.11, albo napisany w Go programik drive, który jest wszechstronnym konsolowym klientem tej usługi.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.