Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Próbowali zrobić ze mnie idiotę, więc wziąłem sprawę we własne ręce

Słowem wstępu

W niniejszym wpisie chciałbym opisać jedną z jak najbardziej możliwych dróg do zostania zauważonym przez społeczność i przez to bycie bardziej docenionym w branży niż ma to miejsce na samym początku... Nie jestem jakimś profesjonalnym programistą, który ma kilkanaście czy więcej lat na karku, ale próbowałem już kilku ścieżek i znalazłem tą, w której odnoszę coraz więcej sukcesów. To jest moja subiektywna opinia na podstawie własnych doświadczeń oraz wybiórczym porównaniu ofert innych szkół, dlatego z góry chciałem przeprosić jeśli kogoś uraziłem przez zbyt duże uogólnienie.

Droga do kariery powinna zaczynać się od edukacji ...

Polska edukacja to tragedia. Materiał, który uczą w szkołach można podzielić na dwie grupy:

reklama

  1. wiedza podstawowa, który każdy powinien posiadać
  2. wiedza książkowa, czyli takie "wkuwanie podręcznika na pamięć"

Pierwszy przypadek jest nieco mniej ciekawy, bo jasnym jest że pewien poziom wiedzy o świecie powinniśmy mieć. Niemniej jednak jest cała masa ludzi, którym dosłownie wyprano mózgi. Twierdzą oni że dany materiał i tak się im od niczego nie przyda i zaliczają ledwo semestr lub nie zaliczają go wcale. W moim mniemaniu są to ludzie, którzy się poddali i nie mają bardzo ważnych cech m.in: samodyscypliny czy wytrwałości i z pewnością wolałbym z takimi ludźmi po prostu nie współpracować. Oczywiście prawdą jest, że część materiału na pewno nam się nigdy nie przyda, ale traktowanie to jako wymówki by "olać" przez to cały rok, przez który jedyne co się robi to wagarując spożywa nieodpowiednie substancje i chce poprawiać oceny dosłownie na ostatnią chwilę nie można inaczej skomentować niż brak dojrzałości oraz odpowiedzialności.

Druga grupa materiału jest całkowicie bez sensu. Po pierwsze nie mam nic do nauczycieli, a właściwie to im bardzo współczuję. Nauczyciele są jak żołnierze na froncie. Często stykają się z niekonstruktywną krytyką i są obwiniani o jakość edukacji w naszym kraju, co jest oczywiście nieprawdą i czystą głupotą. Winne jest państwo i standardy. Pamiętajcie, że każdy chce zarobić na życie, by normalnie funkcjonować tak samo jak reszta społeczeństwa, więc po części nie mają wyboru. Dostają z góry narzucone podręczniki i mają nauczyć dzieci wszystkiego co się w nich znajduje nawet, gdyby były to kompletne bzdury, a pasja nie ma tu nic do rzeczy.

Największe wady Polskiej edukacji

Pierwszą wadą jest jak już wspomniałem "moda" na "wkuwanie tekstu z podręcznika" jakikolwiek ten tekst by nie był. Oczywiście nie chodzi mi o to, że w podręcznikach jest ileś tam prawdy i ileś kłamstw. Uczeń ma po prostu zapamiętać cały rozdział, bo każde zdanie może być na klasówce - tak tylko po to, by sprawdzić czy dzieciaczki były grzeczne i się uczyły. W jaki sposób powinniśmy coś prezentować? Jak powinno się przemawiać? Ciekawym i prostym trikiem jest wetknięcie dowcipu co jakiś czas (w zależności od długości przemowy/prezentacji). W ten sposób słuchacz nawet jeśli kompletnie nie interesuje się tematem, to będzie z ciekawością słuchał żeby wszystkie te dowcipy wychwycić i się pośmiać. Przez ten prosty trik znacznie wzrasta uwaga odbiorców. Oczywiście w książkach jest cała masa porad, jak należy przeprowadzać taką prezentację. W szkołach po prostu musimy zapamiętywać suche fakty, co bardzo szybko poskutkuje tym, że w krótkim czasie o danym materiale zapomnimy i stąd wzięła się metoda 3Z: "zakuć, zdać, zapomnieć" i całkowicie się z nią zgadzam, ale w kontekście tego, że albo uczysz się sam, a na lekcje przychodzisz na sprawdziany, albo stosujesz tą właśnie zasadę.

Drugi bardzo ważny czynnik to sposób prezentacji. Albo nauczyciel czyta a my słuchamy, albo czytamy i zapamiętujemy tekst sami, a nauczyciel wypełnia papierki (a ma ich sporo - w końcu żyjemy w kraju biurokracji). Są tylko 2 ciekawe rzeczy na takiej lekcji. Pierwsza to kto wygra zakład "Czy i gdzie podrapie się nauczyciel podczas czytania tekstu?", a druga to dzwonek na przerwę. Oczywiście nie mówię tego jako typowy wagarowicz. Tutaj mam wprost genialny przykład. Na jednej z lekcji mieliśmy sprawdzian, w którym pierwszym pytaniem było coś w stylu: "Co powinieneś zrobić jeśli wąż pogryzię Ciebie lub osobę obok w lesie?". Oto jak wyglądała nauka do sprawdzianu: z lekcji kompletnie nic nie pamiętałem (mimo, że byłem uważny), ponowne czytanie książki w domu również nie dawało satysfakcjonujących wyników. Postanowiłem zrobić przerwę i włączyłem sobie TV. Czystym przypadkiem podczas zmieniania kanałów trafiłem na Discovery Channel, na którym pan Bear Grylls "w terenie" opowiadał jak należy sobie z węzami radzić. Efekt? Łatwa piątka - zapisałem całą stronę z dokładnymi instrukcjami "według Beara Gryllsa". Nigdy wcześniej tak łatwo nie uczyłem się do sprawdzianu - dosłownie jeden tylko film by bez znudzenia zapamiętać cały rozdział z podręcznika. Czy może być coś łatwiejszego?

Osobno należy wyodrębnić przedmiot zwany językiem polskim. Chyba najważniejsze czyli ortografia i poznawanie nowych słów było niezwykle rzadkie, choć oczywiście nie mogę napisać, że w ogóle tego nie było. Jednakże zdecydowana większość to "analizowanie podręcznika" i lektur szkolnych. Tak dziecko potrafi zrozumieć, co dorosły osobnik kilkaset lat temu mógłby czuć pisząc wierszyk, w którym użyto niejasnych (często nawet podwójnych) przekazów/znaczeń zapisanych w nieużywanej już dzisiaj wersji danego języka. Mój problem był taki, że ja widziałem zwykle zupełnie co innego niż było to przewidziane w programie, więc wolałem siedzieć cicho niż wyjść na jakiegoś wariata.

Brak praktyk i doświadczenia. Co mi da zgłębianie wiedzy teoretycznej? Nie mogę po prostu wykonać instrukcji bez odpowiednich ćwiczeń. Teoria także jest ważna, ale bez praktyki nie ma absolutnie sensu. Wyobraźcie sobie, jakby to było opowiadać dzieciom teorię o chodzeniu i z pasją mówić jakie jest to przyjemne uczucie!

Ostatnim czynnikiem jest ogólne ogłupienie nie tylko dzieci, ale także nauczycieli. Otóż cały proces jest genialny w swojej prostocie i został nazwany: "Procedura dotycząca wyboru podręcznika przez nauczyciela oraz tworzenia szkolnego zestawu podręczników" - tak to jeden z obowiązków nauczyciela. Jeśli niektórzy nie załapali, to pozwolę sobie powtórzyć słowo "obowiązek". Otóż nauczyciel wybiera daną książkę i wygląda to następująco: albo wymusi wkuwanie książki A, albo książki B. Tyle jest z wyboru. Jest to spory pretekst dla leni, bo nie ma książki w której nie znajdą się nikomu niepotrzebne detale, których i tak prawie nikt nie zapamięta ... Po czym proces jest już automatyczny - lawinowo coraz więcej osób czuję takie "zniechęcenie" do całego procesu nauczania. Z jednej strony uczeń nie chce wkuwać nieistotnych rzeczy, a z drugiej strony nauczyciel widząc zniechęconych uczniów sam się zniechęca przez co każdy ma wszystko w ciemnej d* byle tylko zaliczyć semestr.

Oczywiście jest to zasada, a jak dobrze wiemy od każdej zasady są wyjątki.

Nauczyciele i patrioci

Nie mniej jednak nauczycieli można podzielić na tych lepszych i gorszych. Co jednak wyróżnia tych lepszych? Moim zdaniem jest to niekonwencjonalne sposób nauczania i nie, nie mówię tu o karach cielesnych :-)
Dobry nauczyciel to moim zdaniem patriota. Przede wszystkim nauczyciel to tylko zawód i ma on za zadanie nauczyć nas wiedzy zawartej w podręcznikach i oprócz innych obowiązków szkolnych (takie jak wypełnianie papierów i pilnowanie uczniów) nie mają żadnych innych wymagań by poświęcać jeszcze więcej czasu, a dodając do tego stosunek niemałej ilości uczniów do nich można spokojnie powiedzieć, że i tak sporo wycierpieli i "swoje odpracowali". Na szczęście są nauczyciele, którzy się nie poddali, którzy nadal mieli pasję i moim zdaniem w pełni zasługują na miano patriotów.
Pierwszym krokiem są kółka zainteresowań. Olać tych nierobów i leniów - kto ich będzie zmuszał, lepiej pomóc tym którzy chcą się rozwijać. Dla takich uczniów (nie koniecznie kujonów) są właśnie zajęcia dodatkowe. Z doświadczenia wiem, że takie zajęcia są jak najbardziej o wiele ciekawsze niż te normalne. Właściwie gdyby nie one to miałbym zupełnie inny stosunek do szkoły.
Są także nauczyciele, którzy potrafią "rzucić podręcznikiem o ścianie" (oczywiście w przenośni) i z własnego doświadczenia omawiają w sposób interesujący dany materiał. Zapamiętałem od groma ciekawostek, które nigdy mi się nie przydadzą (np. ta o 3 księżycach Ziemi) i wcale nie uznaje tego jako zmarnowane miejsce w mojej pamięci, ponieważ przyjmowane w taki sposób wiedzy odbyło się wręcz "bezboleśnie".
Wszystkim tym nauczycielom, którzy uczyli mnie w taki sposób chciałem z całego serca serdecznie podziękować.

Moja edukacja

Okres niewiniątek

Podstawówka była moim pierwszym prawdziwym krokiem do poznania wiedzy. Wystarczyło się skupić na lekcjach i pilnie uczyć się w domu - średnia wysoka i świadectwo z paskiem bez problemu, ale od 4 klasy już dziecko zaczyna kombinować, a przynajmniej działo się tak w moim przypadku. Wyglądało to tak, jakbym szybciej dorastał zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jaka jest postawa typowego dziecka opisywać nie muszę, więc nie trzeba było być jakimś aktorem z Hollywood by wykazać, że jest się o wiele dojrzalszym od reszty. Fizycznie też było łatwo. Stwierdzono u mnie tzw. "przyśpieszony rozwój dorastania" (jeśli dobrze pamiętam) czego efektem były wąsy w 4-tej klasie podstawówki. Dalsza ekspansja przebiegała mniej więcej co klasę i tak broda i "boko-brody" były kolejno w 5-tej i 6-tej klasie podstawówki co oznaczało mniej więcej tyle, że w szkole było kilkuset znudzonych uczniów, kilku (może kilkunastu) którzy mieli ambicje i jedna pół mądra małpa/pół idiota. W między czasie bardzo szybko się uczyłem i mówiono o mnie, że "chłonę wiedzę" - dosłownie. Cóż o mitach też wiele mówiono. Wystarczy zacząć się starać by odstawać od reszty i już mamy "geniusza" (po prostu wow!), a jak się naprawdę, mocno starasz, to "no po prostu dziecko stulecia" - chore i śmieszne, ale tak to wyglądało. Oczywiście nie byłem najlepszy ze szkoły itp. - do 3-ciej klasy jakoś rywalizowałem i potem zacząłem nabierać rozumu i ... myśleć o przyszłości tworząc sobie plan nauki na kolejne lata. Zanim jednak wcieliłem go w życie znalazłem ukrytą na dysku grę +18, której oczywiście nie rozumiałem - wszystko to pod nieobecność rodziców. Miny jakie zrobili po wejściu do domu były bezcenne - właściwie to tylko to zapamiętałem, bo z gry pamiętam tyle że wyglądała jak Mario, tylko z innymi postaciami i "potworkami". :-)

Czas eksperymentów

W gimnazjum byłem naprawdę dziwny dla reszty i nie za bardzo o to dbałem całkowicie skupiając się na moim planie, a ten był banalnie prosty: skupić się po kolei na każdym przedmiocie i sprawdzić co "mnie rajcuje". Nie za bardzo obchodziły mnie oceny, ale i tak prawie miałem świadectwo z paskiem - nadal pamiętam legendarną średnią (4.7(3), od 4.75 bodajże było świadectwo z paskiem). Rodzice tam coś kombinowali, bo taka mała różnica itp., ale ja miałem to gdzieś. Po kolei szukałem interesujących mnie rzeczy i tak było kilka moich ciekawych prac:


  • Malowanie: portret Piłsudskiego i przerysowanie herbu Sulima z podręcznika, ale w większej skali - oba bardzo dobrze docenione nawet przez innych uczniów z klasy, ale to nadal nie to ..
  • Nie uwierzycie, ale gdyby nie mój zdrowy rozsądek, to postawiłbym na polonistykę i pisanie wierszy.
  • Opowiadanie na sprawdzianie: nauczycielka powiedziała że już dawno tak dobrze nie czuła takiego uczucia, jakie to towarzyszy osobie czytając opisy życia dawno, dawno temu.

Całkowicie olałem rysowanie (tak właściwie to szkicowanie, bo tylko ołówek dawał mi satysfakcję - ja nie mogę, jak to brzmi ...). Moje następne rysunki były już o wiele gorsze. Wystarczy powiedzieć, że narysowałem człowieka (jak to opisała nauczycielka) "jakby był bez kości". Wolałem nie mówić o tym, że inspiracją do tego był mój sen więc po prostu siedziałem cicho i tylko przytaknąłem. Jeśli o sny chodzi, to prędzej byście uwierzyli w jakąś teorię spiskową, ale to temat na inną okazję.

Od czasu do czasu coś skleciłem - w liceum moje wiersze były o wiele lepsze i ogólnie kto zobaczył, to powiedział, że powinienem wziąć się za to na serio. Jeśli o mnie chodzi to myślałem o tym tylko dla tego, że szukanie rymów i składanie wszystkiego "do kupy" sprawiało mi frajdę i tylko tyle. Chwilowo interesowałem się też pracą nauczyciela, ale miałem jakieś dziwne przeczucie, że obie wersje mogą się nie sprawdzić. W pierwszym przypadku jest to proste - wena, ale już drugi nie był taki jasny, bo było to czyste przeczucie niepoparte żadnymi danymi. Po jakimś czasie obejrzałem wiadomości, w których powiedzmy to delikatnie nie było zbyt dobrych wieści o tej pracy: Polska jeszcze bardziej staje się społeczeństwem "starzejącym się", podobno niska płaca i oczywiście problemy z uczniami (jak wrzucenie kosza na śmieci na głowę, które zostało podane jako lekki przykład), a ja niczym Kevin w Boże Narodzenie w myślach powiedziałem "YES!" i poszedłem się ponownie uczyć. :-)

Problem z opowiadaniem był taki, że zanim doszedłem do sedna (głównego tematu) to zostało mi jakieś 5 minut do końca lekcji. Co z tego, że jeszcze dużo mam do napisania - wszyscy mają ten sam czas nie ważne czy piszą bzdury czy jakiś bestseller. Efektem było wymuszenie szybkiego zakończenia danego opowiadana i co następuje obniżeniem oceny. Nauczycielki oczywiście nie winię, ale system bezsprzecznie tak, tym bardziej że moja praca jako niedokończona i tak została pochwalona.

I tak mijały kolejne dni i tygodnie. Zauważyłem że wystarczy się przyłożyć by osiągnąć zadowalające (przynajmniej rodziców) wyniki, a reszta? Nadal swoje - wagary albo magiczne bóle głowy i zwolnienia do domu (i to zawsze od jednego lekarza).

Łatwo jak zawsze, ale z miłością od pierwszego wejrzenia

Co prawda informatykę miałem w wcześniej także, ale nie było to ani trochę przedstawione interesująco. Takie kółko informatyczne w podstawówce oznaczało: grania w jakąś grę i to za opłatą. Po prostu śmiech na sali i nie można było mówić o tym czy łatwe czy nie - po prostu graj i daj spokój. Zupełnie inaczej do tematu podszedłem w gimnazjum, gdy to ja sam się wszystkiego uczyłem (a dostawałem od kuzyna bardzo dużo ponad materiałowych książek). Przyszedł czas na sprawdzenie umiejętności i pierwsza strona internetowa. Wynik? Za jedną pracę dostałem dwie szóstki! Dodatkowo ktoś obok poprosił mnie o pomoc, a gdy próbowałem opisać jak ja to zrobiłem, a stronka naprawdę prosta była, to nauczyciel powiedział żebym przestał, bo to co próbuję wytłumaczyć czyli iframe jest "zbyt zaawansowane" - cóż standard obowiązujący od pierwszej wersji każdej obecnie rozwijanej przeglądarki od IE przez Firefox, aż po Chrome - użycie prawie tak banalne, jak zwykły link. Ale nie! To jest niedopuszczalne! To jest inny poziom! Omal nie wybuchłem głośnym śmiechem - już wtedy wiedziałem: "To koniec! Nie mogę liczyć na system nauczania w tym kraju!" - pomyślcie, że jakiekolwiek dziecko które powinno się tam uczyć ma takie myśli. Jakim trzeba być zatem idiotą żeby tak ... no zrobić to jak zostało zrobione. Jest to dość proste: stworzyć prawo lata temu i nanosić poprawki. Ten kto ma najwięcej poprawek (nie ważne jakiej jakości) jest najlepszy i powinien zostać na swoim stanowisku, bo jest ogólnie najlepszy.

Totalna olewka na oceny i pełna koncentracja

Choć nie byłem w 100% pewien co powinienem wybrać (bo materiał był na tyle łatwy jeśli znało się techniki zapamiętania, to praktycznie zawsze wychodziło), to i tak wszystkie siły kierowały mnie w liceum na informatykę. Wszystkie przerwy w bibliotece na komputerze. Przed mniej ważnymi lekcjami jak język polski (w końcu i tak będą nawijać o kolejnej lekturze) zapamiętałem kilka zadań i rozwiązywałem wszystko w pamięci tak żeby nikomu nie przeszkadzać i nie obrażać samego przedmiotu, bo jak ktoś lubi to się niech wypowiada, a co! Problem w tym, że nikomu się nie chciało, ale kto by to uwzględniał ... Kiedy reszta klasy miała normalną lekcję początków C++ w konsoli to ja dostałem dodatkową szóstkę za prostą aplikację w WinAPI - bo wystarczy użyć czyjejś biblioteki i dodać do prostego okienka kilka przycisków, które "coś robią" i szósteczka! Wszyscy w tym nauczyciel zdziwieni (przecież jak to GUI w programowaniu - co on wymyślił znowu), a ja kolejny raz śmiałem się pod nosem ...

Drugi krąg piekła Polskiego: praca

Ludzie generalnie rzadko wypowiadali się o studiach pozytywnie, a ja postanowiłem: "Przejrzę materiał jaki mają i albo wybiorę porządne albo nie pójdę wcale!" . Niestety pieniędzy na naukę w Toruniu (a z tego co pamiętam przynajmniej wtedy mieli najbardziej interesujący materiał) nie było w ogóle i nie miałem zbytnio wyjścia.

Drugi czas eksperymentów

Przez około rok poznałem kilkanaście języków programowania i czasem po kilka bibliotek graficznych do każdego z nich. Szukałem takiego w którym czuję się najpewniej. Podobnie jak to było w czasach szkolnych. Nie miałem żadnego problemu ze składnią jakiegokolwiek z nich - różnica była prosta: jak masz dobrą pamięć to pamiętaj jak pisać w każdym z nich osobno, a jak nie masz dobrej pamięci to sobie zapisz parę prostych przykładów i sobie przypomnisz. Bez większego wysiłku udało mi się uruchamiać przykładowe programy i modyfikować je wedle własnych zachcianek, ale czegoś brakowało ... W efekcie skończyłem na PHP5 i szło mi ok, ale ten kod był wprost beznadziejny. Przez ten czas poznałem Linuksa i powiem szczerze Windows to katastrofa dla programisty. Jest on jak system edukacji: wszyscy wiedzą że działa, ale niewielu wie jak. Konsola której się bałem jest wręcz częścią mojego życia. Bez konsoli w dystrybucjach Linuksa programowanie nie miałoby dla mnie sensu. Do pewnych rzeczy po prostu GUI nie jest aż tak wygodne i mimo potężnych narzędzi nadal z zadowoleniem używam konsolki. To na Linuksie zaczynałem rozumieć nie tylko ideę ale też cel - wcześniej po prostu błądziłem po omacku.
Niestety trzeba było zacząć zarabiać, ale kto zatrudni kogoś po Liceum z felernym materiałem i ocenami takimi jakie były. Pora więc na kolejne rozczarowanie ... chciałem powiedzieć urząd pracy.

Koszmar na nowo

Nawet nie pamiętam większości papierów jakie musiałem podpisać. Wprost bałem się, że jakieś combo pośle mnie na ulicę, bo nie spełnię jakiegoś wyjątku od 666 punktu umowy ... Od tego miłego aspektu dostałem status bezrobotnego i ... na tym skończyła się praca "urzędu pracy"! Reszta to po prostu kpina. Na wstęp nawet nie spytali się mnie co ja chciałbym robić, a pamiętajmy że (bodajże) 3 odmowy to utracenie statusu bezrobotnego ... Zobaczmy więc co dostałem:


  • studia w bankowości - jakie? oczywiście płatne!
  • ofertę pracy w dziale motoryzacyjnym
  • i nic poza tym

Cóż pierwsza propozycja to studia bankowości ... płatne! Cóż musiałem tylko naprawić laptopa, kupić nowe buty, bo stare już ledwo ledwo zipią a tu dają mi propozycję wydania pieniędzy, których nie posiadam. Zdecydowali się na nie pewnie dlatego że miałem dobre stopnie z matematyki ... no cóż chyba każdy informatyk powinien być dobry z matematyki ... Nie miałem więc wyjścia i pożegnałem się z pierwszą szansą - pozostały 2.
I tak w ramach drugiej propozycji przyszłemu informatykowi chcieli bezczelnie dać pierwszą lepszą pracę, bo i tak pewnie nic on nie umie. Przez 8h dziennie na allegro umieszczałem kolejne pozycje rzeczy o których nie miałem zielonego pojęcia. W ogóle mnie to nie pasjonowało i tak minął okres próbny i umowa o dzieło ... Przynajmniej zarobiłem dość na naprawę laptopa, nowe buty i parę innych rzeczy ...
Po jakimś czasie kiedy przypomnieli sobie o mnie zaproponowali ... ponownie tą samą pracę w motoryzacji! Wiwat biurokracja! Widać że nie tylko ja mam problemy z tymi papierami ...

Czas wziąć sprawy we własne ręce!

Pierwsza praca jako programista

Po prostu się poddałem i zacząłem szukać na własną rękę. Nie podejrzewałem, że w tak małym mieście będzie jakaś firma programistyczna ... a jednak! Ile to ja czasu i nerwów bym zaoszczędził gdybym ... zamiast polegać na nietrafnych radach innych i w efekcie naszym kochanym urzędzie pracy, na który idą nasze ciężko zarobione pieniądze z podatków mogłem po prostu poszukać sam pracy. No ale czas na pierwszą pracę jako programista, hurra! Tylko dwa lata po opuszczeniu murów szkoły. Na początku nie było lekko, ale nie chodzi o pracę. Otóż zapomniałem pewnego dnia w urzędzie złożyć jeden pierd* podpis i przez to straciłem status bezrobotnego i tak parę razy. Cóż powiedzieć jak czekasz na ofertę, to nie robi Ci różnicy czy to wtorek czy to środa. Niestety moje zaufanie do tej instytucji zostało bardzo brutalnie zdeptane. Mimo opłakanego kodu w PHP pracodawca był tak miły i pozwolił mi spróbować się wykazać i oto moja pierwsza umowa o dzieło w programowaniu!

Dzięki mojej pierwszej pracy zyskałem cenne doświadczenie nie tylko pracy w grupie, ale była to też realna praca na serwer produkcyjny i co najważniejsze bardzo cenne rady. W międzyczasie udało się pracodawcy wprost wywalczyć te praktyki i szczęście takie, że były to praktyki sponsorowane z samej wielkiej Unii Europejskiej ... Niestety jako początkujący wiele rzeczy zrobiłem źle, ale dzięki błędom człowiek się uczy, a takich praktyk to ja potrzebowałem ... no cóż w gimnazjum/liceum. Wyszłoby mi dokładnie na to samo, gdyby po podstawówce poszedł na te praktyki, a po pracy szedł na zajęcia pozalekcyjne. Resztę materiału do 21 spokojnie bym ogarnął zamiast uczyć się z dodatkowych książek. I tak straciłem przez kochany kraj 8 lat młodości - nawet jeśli nie liczyć gimnazjum to i tak wychodzi 5 lat - przypominam że Liceum totalnie olałem, ale nie dla wagarów a dla własnych celów ... szkoda tylko że te przerwy spędzony w bibliotece były takie krótkie. :-)

Wystarczyło jedno słowo, by odmienić moje życie

Elixir - po prostu przez przypadek usłyszałem gdy poszedłem sobie zrobić herbatkę w pracy. Gdy poprosiłem o szczegóły bardzo się tym zainteresowałem, ale niestety nie było za bardzo miałem na to czas. Zarejestrowałem się na forum w maju minionego roku. Pracowało mi się bardzo przyjemnie, a pracodawca przedłużał moją naukę jak długo było to opłacalne. Na koniec zostały projekty, dla których potrzeba było bardziej doświadczonych osób. Nie byłem specjalnie smutny i żegnaliśmy się pogonie. Udało mi się jak na start swoje zarobić i zdobyłem sporo cennego doświadczenia głównie w Ruby/RoR, a miałem też parę pomniejszych sukcesów. Po jakimś czasie poszedłem się zarejestrować, żeby tylko mieć chociaż to ubezpieczenie, ale czy dostałem? Zgadnijcie. Coś im się przypomniało że ... brakuje jakiś papierów ... Przez tyle czasu pracodawca próbował współpracować z urzędem, ale jak widać tylko jednej stronie na tym zależało. Od tego czasu ani razu tam nie zawitałem - może kiedyś pójdę, bo w końcu ubezpieczenie itp., ale pewnie znowu się jakoś wykpią. Pewnie mogę mieć wypadek lub złapać jakąś zarazę ... co najwyżej w domu czy na zakupach. Kiedyś tam pójdę, jak znajdę godzinę wolnego czasu, a póki co mogę w tym czasie trochę zarobić ...
Przypomniało mi się o tym forum i ... bum! Elixir całkowicie pochłonął mój czas. Spokojnie nie spiesząc się czytałem całkiem sporo i dyskutowałem na forum - ok 5 miesięcy. Szybko osiągnąłem tam najwyższy poziom zaufania - wszystko poszło łatwo (po prostu trzeba było się przyłożyć, a daleko było do "nieprzespanych nocy" czy podobnych sytuacji) i dalej nie też było inaczej ...

Pierwszy projekt i pierwszy sukces!

Znalazłem pierwszą ofertę pracy zdalnej dla kogoś z USA. Prota sprawa wyciągać informacje z różnych stron - bo tych informacji i stron było naprawdę dużo. Za każdą stronę osobna wypłata i tak za najłatwiejszą pracę (z obecnym doświadczeniem) 50 dolarów w pół godziny ... Nie ma to jak w pół godziny robienia obiadu dodać do konta ~200 złoty. Za najtrudniejszą stronę (z obecnym doświadczeniem) 200 dolarów w dwa dni (na luzie). Dzięki temu bez problemu w 2 dni mogłem zarobić więcej niż na praktykach (z naszej kochanej Unii), pracując 8h dziennie przez cały miesiąc ... Co tu porównywać? Wiecie ile płacę z Unii, a ile z Polskich pieniędzy? Oczywiście cudów za naukę podczas której trochę pomagam pracodawcy to nie wymagam, ale różnica w poświęconym czasie i zebranej gotówce robi swoje ...

Dalej z górki

Za zrobienie kilku takich projektów otrzymałem kilka tysięcy, które były zarobione w absurdalnie śmieszny czas. Przez 3 miesiące pracowałem z 1-2 tygodnie w sumie (dzieląc łączną liczbę godzin na 8). Czego chcieć więcej? Postanowiłem, że mogę w ten sposób robić kilka projektów, ale dalsze perspektywy nieco zmieniły mój pogląd. Zamieściłem swój profil na forum oraz linkedin i nie musiałem długo czekać by dostać 2 oferty pracy jako CTO! Tutaj małe sprostowanie: faktycznie była to pomyłka w nazewnictwie, a ja pełnię rolę lidera projektu, który ze względu na małą liczbę osób w zespole został przez pracodawcę niewłaściwie określony. Pierwszy projekt był mniejszy, więc zarezerwowałem go sobie na wolne weekendy. Prosta robota parę dni i 200 Euro ze Słowacji. Druga praca jest dużo większa, więc zostawiłem ją sobie na normalny tydzień roboczy. Oczywiście pomiędzy tymi dwoma projektami od czasu do czasu dalej pomagałem pracodawcy z USA, ale do rzeczy. Oferta pochodziła z nowego start-upu z Wielkiej Brytanii. Całkowita dowolność w doborze - mogłem użyć Elixira, mogłem wybrać Ruby, ale że tak dobrze mi idzie z Elixirem to postanowiłem i w tym projekcie go wykorzystać i wpadłem na bardzo ciekawy pomysł. Otóż sam od dłuższego czasu planuję wielki projekt, ale potrzebuję dobrego grafika, a wiadomo że to swoje kosztuje. Na moje szczęście pracodawca i jego kolega są grafikami. Nie ma co od razu podła propozycja: "a może zrobimy projekt za projekt?" i po przestawieniu swoich planów pracodawca się zgodził. W między czasie robię dla niego innych projekt w zamian za ... własne mobilne urządzenie administracyjne z logiem dla mojego projektu! Obecnie jestem na etapie pomysłów z jego innym kolegą z Włoch, który specjalizuje się w sprzęcie i buduje robota. Planuję stworzyć mały potężny serwer produkcyjny, który będzie przenośny i łatwo używany (dokładnych planów póki co nie zdradzę).

Podsumowanie osiągnięć, w których pomogło mi państwo:

Podsumowanie moich własnych osiągnięć:


  1. kilka tysięcy złotych łatwą ręką
  2. zamówiona profesjonalna grafika na mój własny duży projekt
  3. zamówione (teraz omawiane) drogie i mobilne urządzenie administracyjne i mobilny serwer w jednym dla mojego dużego projektu
  4. jeszcze więcej już teraz planowanych projektów
  5. coraz więcej odsłon mojego profilu na linkedin na moich profilach (wcześniej było tam pusto, a teraz widzę już nie jednego rekrutera)

Po prawdzie dostałem jeszcze trzecią ofertę, ale aż tyle czasu to ja niestety nie posiadam, ale przynajmniej wiem, że mam pewną robotę (przynajmniej do końca września - jak nie do końca roku). + inne osoby są także zainteresowane współpracą ze mną

Aktualizacja

Część treści została wydzielona i przygotuję o nich osobny wpis. Ten był swoistym "hejtem" na "system", więc trzeba by było napisać co można zrobić, kiedy się jest w kiepskiej sytuacji, dlatego następne wpisy będą zawierały porady oraz drogę jaką przebyłem podczas nauki Elixira, aż po dzisiejsze dni. Na koniec zaprezentuję przykładowy projekt, dzięki któremu bardziej wizualizuje poziom, który jest zadowalający przynajmniej typowego freelancera z perspektywy pracodawcy.
Na koniec chciałem podziękować za wszystkie komentarze. Dzięki wam ten i przyszłe wpisy będą miały zdecydowanie lepszą jakość. 

porady
reklama
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze