r   e   k   l   a   m   a
reklama

Producenci lustrzanek ani myślą chronić fotoreporterów. Lepiej sięgnąć po iPhone'a?

Strona główna Aktualności

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Coraz lepsze kamery w smartfonach sprawiają, że coraz mniej osób robi zdjęcia półprofesjonalnymi czy profesjonalnymi lustrzankami. Jednak to co można osiągnąć za pomocą algorytmów ma swoje granice – w pracy fotoreportera, gdzie przydaje się teleobiektyw, konieczna jest błyskawiczna reakcja, a czasem przychodzi robić zdjęcia przy kiepskim świetle, dobre body z dobrym obiektywem pozostają bezkonkurencyjne. Tak się jednak składa, że praca fotoreportera wiąże się z poważnym ryzykiem osobistym. Policjanci, przestępcy, strażnicy, terroryści, szpiedzy – wszyscy oni mają swoje powody, by nie chcieć być fotografowanymi. Każdego roku dochodzi do setek incydentów, w których aparaty fotograficzne zostają skonfiskowane, ukradzione czy zniszczone, a reporterzy poturbowani. Niestety w przeciwieństwie do producentów smartfonów, producenci profesjonalnego sprzętu fotograficznego do dzisiaj nie robią nic, by ograniczyć to ryzyko.

Pod koniec 2016 roku grupa ponad 150 fotoreporterów i filmowców wystosowała do producentów aparatów fotograficznych list otwarty, w którym skrytykowała ich nieumiejętność czy też niechęć do wprowadzenia podstawowych zabezpieczeń do danych przechowywanych na aparatach fotograficznych, zabezpieczeń, które pomogłyby ochronić ich zdjęcia przed przeszukaniami czy atakami hackerów.

Amerykańska Fundacja na rzecz Wolności Prasy, która opublikowała ten list, donosi o setkach incydentów w samych Stanach Zjednoczonych, podczas których dziennikarze, reporterzy i blogerzy byli fizycznie atakowani za próby sfilmowania czy zrobienia zdjęć wydarzeń, których byli świadkami. A przecież to nie jedyne zagrożenie – wielokrotnie sprzęt był przejmowany przez policjantów, strażników czy agentów służb specjalnych, którzy bez wysiłku mogli sprawdzić cyfrową rolkę zdjęć i w razie znalezienia czegoś dla nich niepożądanego, skonfiskować choćby sam nośnik.

W tej sytuacji i dla fotoreporterów coraz bardziej atrakcyjnym rozwiązaniem było korzystanie np. z iPhone’a, który nie tylko zapewnia szyfrowanie danych na poziomie niemożliwym do złamania nawet dla FBI, ale też zapewnia wgrywanie zrobionych zdjęć do bezpiecznej chmury – dzięki czemu nawet po skonfiskowaniu sprzętu, napastnicy nie osiągną swojego celu, tj. powstrzymania upublicznienia zdjęć. Producenci kamer i aparatów fotograficznych po prostu przespali swój czas, jakby nie zauważając problemu, który dotyczy ich najlepszych przecież klientów.

Robimy co robimy, nic więcej nie trzeba

Ponad rok od wysłania listu otwartego, Zack Whittaker z bloga Zero Day na ZDnecie skontaktował się z wiodącymi producentami sprzętu fotograficznego, by ustalić, czy cokolwiek się zmieniło w kwestii podejścia do szyfrowania. W skrócie – nic się nie zmieniło. Canon odmówił komentarzy w kwestii przyszłych produktów czy innowacji, Sony stwierdziło, że nie rozmawia o harmonogramach związanych z szyfrowaniem danych na kamerach, Fuji w ogóle nie raczyło odpowiedzieć. Nikon ogłosił, że firma stale wschłuchuje się w zmienne potrzeby rynku, biorąc pod uwagę opinie fotografów, dalej więc będzie oceniać funkcjonalności produktów pod kątem spełniania przez nich potrzeb użytkowników.

Jedynie Olympus stwierdził, że firma będzie dalej rozważać prośby o zaimplementowanie technik kryptograficznych w produktach fotograficznych, i stworzy plan takiej implementacji w odniesieniu do produktów i wymogów rynku.

Fundacja na Rzecz Wolności Prasy rozczarowana jest takim obrotem spraw – producenci nawet nie pokusili się o przeprowadzenie prac badawczo-rozwojowych w tej dziedzinie, a co dopiero stworzenie działających rozwiązań. Wyrażono zarazem nadzieję, że ostatecznie producenci wysłuchają swoich najważniejszych, i zarazem najbardziej narażonych na ryzyko klientów.

Oni nie chcą szyfrować? Nie szkodzi, kto inny zaszyfruje

Zanim jednak do tego dojdzie, trzeba przypomnieć wszystkim obawiającym się o swoje zdjęcia fotografom, że pod nieobecność mechanizmów szyfrowania w oprogramowaniu kamer i aparatów fotograficznych można skorzystać z innego rozwiązania. Powszechnie wykorzystywane karty w formacie SD mogą być czymś znacznie więcej, niż tylko zwykłym nośnikiem pamięci. Karta SD może być samodzielnym komputerem, który zapewni szyfrowanie zapisywanych danych w sposób przezroczysty dla aparatu fotograficznego.

Przykładem takich rozwiązań mogą być karty FluCard Pro, PQI AirCard czy Transcent WiFiSD, zawierające wielordzeniowy procesor ARM, własną pamięć RAM, czip radiowy Wi-Fi, a to wszystko pod kontrolą Linuksa (OpenWRT), z serwerami Apache i Samba. Z łatwością można dowolnie oprogramować takie karty, tak by wychwytywały nowe zapisane na nich pliki i szyfrowały je, np. za pomocą GPG za pomocą klucza publicznego – oczywiście klucz prywatny znajduje się jedynie na domowym komputerze fotoreportera.

Zapewne jednak większość fotoreporterów nie chce bawić się ze skryptowaniem wbudowanego w kartę SD Linuksa, woleliby gotowe rozwiązanie. Tutaj najciekawsza wydaje się oferta Toshiby, która stworzyła karty FlashAir. Pozwalają one na automatyczne przenoszenie drogą bezprzewodową zdjęć czy filmów zrobionych normalnym aparatem czy kamerą na urządzenie przenośne reportera, np. wspomnianego iPhone’a – który już jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwo danych.

© dobreprogramy
reklama
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

reklama
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.   
Polecamy w WP TechnologieWP TechnologieAsus VivoBook Flip 14: laptop, który staje się tabletem