Producenci smart seks-zabawek domagają się regulacji ws. reklamy w internecie

Strona główna Aktualności
Duże korporacje mają problem, jak interpretować kwestię e-erotyki. Źródło: Depositphotos
Duże korporacje mają problem, jak interpretować kwestię e-erotyki. Źródło: Depositphotos

O autorze

Producenci smart seks-urządzeń czują się poszkodowani. Twierdzą, że duże korporacje nie radzą sobie z określeniem tego, co w internecie można promować, a czego nie. Oczekują regulacji ws. reklamy i bardziej przejrzystych zapisów regulaminowych.

Na początku stycznia, podczas targów CES 2019, doszło do dużego kalibru kontrowersji. Masażerowi erotycznemu firmy Lora DiCarlo najpierw przyznano nagrodę za innowacyjność, by tuż przed oficjalną galą diametralnie zmienić decyzję i całkowicie zabronić eksponowania tego produktu. Tymczasem nikomu nie przeszkadzało, że kilkaset metrów dalej, na stoisku firmy OhMiBod można było oglądać podobne urządzenia, a na całym terenie imprezy nie brakowało seks-robotów i pokazów filmów dla dorosłych, w rzeczywistości wirtualnej.

Alexandra Fine, współzałożycielka e-erotycznej firmy Dame Products, w obszernym wywiadzie dla serwisu CNET skarży się na brak konsekwencji w podejściu do seks-urządzeń.

Kickstarter zmiennym jest, a miejsce na półkach w Walmarcie niczego nie gwarantuje

Jak mówi, Kickstarter odmówił organizacji kampanii crowdfundingowej dla jednego z jej produktów; zgodziło się Indiegogo. Później jednak Kickstarter zmienił politykę i kolejna zbiórka odbyła się już na tej platformie. Równocześnie Administracja ds. Małych Przedsiębiorstw nie udzieliła dofinansowania, wskazując na obsceniczny charakter projektu. Problemów nie było za to z pośrednikami płatności, choć kobieta twierdzi, że nie jest to regułą, a jej znajomym z branży już zamykano bramki.

Jeszcze gorzej wygląda ponoć sytuacja z reklamami. Fine skarży się, że Facebook zdejmuje każdą reklamę Dame Products, która jest utworzona z firmowego konta. W tej kwestii wtóruje jej Brian Sloan, szef Autoblow, któremu – jak ujawnia – usunięto nawet reklamę będącą odnośnikiem do artykułu w serwisie BuzzFeed. Według przedsiębiorców, spośród największych internetowych korporacji tylko Google w otwarty sposób podchodzi do e-erotyki, choć stosuje momentami naprawdę restrykcyjne ograniczenia, takie jak ograniczenie jednostek reklamowych do tekstu.

To ostatnie ostro krytykuje z kolei Jamie Leventhal z firmy plusOne, której udało się wprowadzić swoje smart masażery do znanej sieci Walmart, a mimo to nie zawsze udaje się bez zgrzytów przeprowadzić kampanię promocyjną w internecie. Leventhal nie potrafi tego zrozumieć.

Przy czym wszyscy trzej przedstawiciele zgodnie twierdzą, że cenzurze podlega przede wszystkim pewna nomenklatura. Ich zdaniem giganci boją się promować zabawki erotyczne wprost jako przedmioty służące do uzyskania przyjemności. Co innego, gdy zostają przypisane do kategorii zdrowie i uroda, najlepiej z zastrzeżeniem, że chodzi o treści dla osób pełnoletnich. Ale producenci nie chcą używać eufemizmów, które na dodatek – według nich – nie oddają istoty produktu i temat powraca jak bumerang; chcą jasnego stanowiska ze strony korporacji.

© dobreprogramy